Ku dojrzałości w wierze

(153 - wrzesień - październik 2007)

Sakrament dojrzałości wiary

ks. Mariusz Pohl

Człowiek bierze na siebie osobistą odpowiedzialność za kształtowanie i przeżywanie swojej wiary
Dojrzałość człowieka wierzącego nie jest tylko owocem osobistego wysiłku i rozwoju, lecz przede wszystkim darem Ducha Świętego, a raczej owocem współpracy człowieka z Duchem Świętym. Słynny owoc Ducha, owoce życia duchowego, z Listu do Galatów, czyli: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie, to nic innego jak tylko katalog cech określających człowieka dojrzałego. Źródłem takiej dojrzałości jest właśnie działanie Ducha Świętego, zapoczątkowane w sakramencie bierzmowania.

Znaczenie bierzmowania w praktyce liturgicznej Kościoła rzymskokatolickiego polega przede wszystkim na świadomym przyjęciu i potwierdzeniu łaski i daru chrztu świętego. Powinna to być naturalna kontynuacja procesu dojrzewania wiary. Ale też i powinien dokonać się tu jakiś istotny przełom w wychowaniu: wychowawczy trud i odpowiedzialność rodziców powinny wtedy ustąpić miejsca procesowi samowychowania i osobistemu wysiłkowi młodego człowieka. Wysiłek ten wymaga wsparcia „mocą z wysoka”, czyli właśnie działaniem Ducha Świętego.

     W tym sensie możemy mówić o sakramencie dojrzałości chrześcijańskiej: człowiek bierze na siebie osobistą odpowiedzialność za kształtowanie i przeżywanie swojej wiary. Można by też powiedzieć o swoistej samodzielności we wierze, gdyby nie to, że w dziedzinie wiary bynajmniej nie chodzi o samodzielność - raczej o całkowite poddanie się prowadzeniu Ducha Świętego i włączenie we wspólnotę Kościoła. Ale w dziedzinie praktykowania wiary powinna to być samodzielność i odpowiedzialność.

Dojrzałość polega bowiem na tym, że człowiek potrafi sam sobie stawiać wymagania i podejmować zobowiązania wynikające z życiowego powołania, obowiązków, zadań i inspiracji Ducha Świętego. Dojrzałość najpierw dotyczy własnego, indywidualnego charakteru i osobowości, ale potem zawsze odnosi się do innych: do wzajemnych relacji, służby, miłości, wspólnoty.

O ile chrzest ma raczej wymiar indywidualny i akcentuje osobistą więź człowieka z Bogiem, to bierzmowanie ma charakter wspólnotowy, eklezjologiczny - ukierunkowuje człowieka na wspólnotę Kościoła. Zostało to podkreślone zaraz na samym początku, kiedy to po Zesłaniu Ducha Świętego Apostołowie wyszli z Wieczernika na ulice Jerozolimy, by głosić wszem i wobec Zmartwychwstałego Chrystusa. Wiedzieli, że nie mogą tej Dobrej Nowiny zatrzymać tylko dla siebie. Ich wybranie nie było tylko osobistym wyróżnieniem i darem, lecz zadaniem wobec innych ludzi, wobec świata.

Wiary nie można bowiem sprowadzać i ograniczać tylko do osobistego rozwoju i pobożności, do indywidualnego parcia wzwyż, z pominięciem innych ludzi. Wiara to nie jest wyścig, kto szybciej i dalej zabiegnie, lecz wspólne, solidarne pielgrzymowanie do Boga. Nie chodzi o to, bym ja dotarł tam pierwszy, lecz byśmy wszyscy osiągnęli cel. A jeśli ja mam zabiegać o swój rozwój i osobistą dojrzałość, to głównie po to, bym później mógł się stać lepszą podporą dla innych.

W życiu duchowym i chrześcijańskim powinniśmy nieraz wracać do łaski i wyzwań sakramentu bierzmowania. Chodzi nie tyle o wspominanie liturgii i wydarzenia, bo te zwykle zacierają się szybko w pamięci, ale raczej o uświadamianie sobie bliskości i mocy Ducha Świętego, napełnianie się Nim na bieżąco. Każda modlitwa powinna zaczynać się niejako automatycznie przywołaniem i otwarciem na Ducha Świętego. Jeśli pozwolimy Mu działać, będziemy odważni i wrażliwi na Jego natchnienia, doświadczymy Jego skuteczności.

Chyba mało kto z bierzmowanych pamięta słowa, które wypowiadał wspólnie z innymi podczas liturgii sakramentu: „Pragniemy, aby Duch Święty, którego otrzymamy, umocnił nas do mężnego wyznawania wiary i do postępowania według jej zasad”. Na ogół ten element jest wielokrotnie ćwiczony i gdy biskup pyta młodzież o ich pragnienia, to słowa te zwykle brzmią głośno i z przekonaniem. Ale czy tak jest naprawdę?

Mężne wyznawanie wiary w dzisiejszych czasach niewiele kosztuje. Mało kiedy w dziejach naszej ojczyzny Kościół miał tak sprzyjające warunki rozwoju i działania, jak w latach obecnych. Całkowita wolność stowarzyszeń, liczne media katolickie, brak jakichkolwiek przeszkód w wyznawaniu i przyznawaniu się do wiary - czegóż więcej potrzeba? Kiedyś za ślub kościelny czy ochrzczenie dziecka można było stracić awans albo zostać przeniesionym do gorszej pracy. Przyjmowanie oazy groziło gospodarzom wysoką grzywną. O każdą procesję trzeba było się długo prosić, a na piesze pielgrzymki w ogóle nie dawano zezwoleń. Legalny remont czy budowa kościoła była niemożliwością.

     Dzisiaj mamy to wszystko za sobą, wręcz trudno uwierzyć w te historie sprzed 20, 30 lat. A jednak można odnieść wrażenie, że mimo sprzyjających warunków obawiamy się przyznać do wiary. Tym, co nas powstrzymuje, nie są administracyjne szykany, lecz obawa, co pomyślą o mnie ludzie, koledzy, sąsiedzi, nawet rodzina. Może się ironicznie uśmiechną? A może zapytają z przekąsem: co ty taki święty się zrobiłeś? Właśnie tego i tylko tego się boimy. Czy jednak takie obawy dają się pogodzić z męstwem w wyznawaniu wiary? A przecież bierzmowanie do tego męstwa nas zobowiązuje i uzdalnia!

Może źródłem tego wstydu czy strachu jest świadomość, że nie do końca jesteśmy w tym wyznawaniu wiary konsekwentni. Każdy, kto nas bliżej zna, bez trudu mógłby nam zarzucić, że co innego mówimy, a co innego robimy. Albo, co gorsza, mógłby zażądać, byśmy postąpili zgodnie z deklarowaną wiarą. A to jest niekiedy bardzo trudne i kosztowne. I chyba właśnie dlatego wolimy się zbytnio nie wychylać i nie zdradzać ze swoją gorliwością religijną - tak jest bezpieczniej i łatwiej.

Tylko że na takich obawach i powściągliwości, traci i wiara, i my sami, i Kościół. Wiara lękliwa to gorsze niż brak wiary - budzi politowanie i wzgardę. Bo jeśli wierzymy w Boga, to nic nie powinno być dla nas straszne. A jeśli boimy się byle czego, to jaki jest ten Bóg, w którego wierzymy, czy też może raczej: którego się wstydzimy - wszechmocny? Potężny? Wielki? Nasza postawa wcale o tym nie świadczy - wręcz przeciwnie: ukazuje Boga małego i słabego, którego trzeba się wstydzić.

Żyjemy w czasach, kiedy chrześcijanie są w odwrocie - zwłaszcza w krajach Europy Zachodniej - kiedy się wstydzą przyznać, boją świadczyć, wycofują się z życia, zdradzają prawdę i lekceważą Boga. W Polsce większość młodzieży i prawie wszyscy dorośli są bierzmowani. Czy jednak widać to na co dzień w naszym stylu życia? Potrzeba bardzo ludzi, którzy będą mieli odwagę dać świadectwo, że wiara, to nie jest tylko coś tak sobie, byle było. Ludzi odważnych, konsekwentnych, skromnych, ewangelicznych. Sakrament bierzmowania nas do tego uzdalnia i zobowiązuje, tylko czy my o tym wiemy? Czy potrafimy tę wiedzę przełożyć na praktyczne zasady i styl życia?