Sakramenty

(196 - listopad - grudzień 2013)

Sakramenty bez wiary?

rozmowa z ks. Grzegorzem Michalczykiem

Nie wszyscy, którzy zawierają śluby kościelne, to ludzie wierzący

Wieczernik: Coraz więcej osób deklaruje, że nie chodzą do kościoła. Jednak kiedy przychodzi czas chrztu, ślubu lub pogrzebu – coś się w nich budzi. Jak Ksiądz sądzi, jaka jest tego przyczyna – tradycja, obawa przed potępieniem w oczach rodziny i sąsiadów, czy może jednak tęsknota za Bogiem?

ks. Grzegorz Michalczyk: Myślę, że to jednak kwestia tego, że są ludźmi praktykującymi pewne formy religijności, natomiast nie mają w sobie wiary. Przemawia przez nich pragnienie, żeby forma tradycyjnych uroczystości pozostała taka, jaka była do tej pory – wrosło to w naszą tradycję, w nasz pejzaż kulturowy. Czymś oczywistym jest, że ślub czy pogrzeb wiąże się z obrzędem religijnym, bo taka jest tradycja. Wiąże się to z sentymentami, z pragnieniem przeżywania uroczystości. Nie ma jak na razie świeckiej alternatywy praktycznie dla żadnego z tych obrzędów. Oczywiście, jest możliwość wzięcia ślubu cywilnego, ale każdy, kto był na ślubie cywilnym wie, jaka jest różnica w warstwie obrzędowej, że jest to zupełnie nieatrakcyjne. W przypadku pogrzebów są wprawdzie świeccy ceremoniarze, ale jednak wszystkie te ceremonie tchną pustką. Obrzęd religijny niesie ze sobą nadzieję nie tylko na to, że zmarły pozostanie w wiecznej pamięci, ale mówi o tym, że po śmierci może być coś więcej. Analogii dla chrztu nie ma żadnej, bo trudno uznać za nią świętowanie nadania imienia dziecku. 

Wyraźnie widać, że niektórzy szukają innych sposobów przeżywania ważnych momentów w życiu, ale jest to szukanie na siłę. Jeśli ktoś jest zapiekłym ateistą, to oczywiste jest, że będzie się trzymał z daleka od Kościoła. Jednak z reguły pragnienie ceremonii religijnej, która podkreśla wagę chwili, która jest uroczysta, która jest rzeczywistością wspólnototwórczą, gdzie spotykamy się z innymi ludźmi, którzy mogą doświadczać naszej radości – jest mocno zakorzeniona w naszej świadomości. Jednak nie znaczy to, że płynie z wiary. Decyzji związanej z uczestnictwem w obrzędach Kościoła może towarzyszyć przekonanie, że Bóg istnieje, że te tradycje są dobre, że wspólne świętowanie ma wymierną wartość itp. Jednak to wcale nie oznacza, że dana osoba ma na uwadze to, co jest w naszej wierze najważniejsze – osobistą relację do Osoby Jezusa Chrystusa. Może się więc zdarzyć, że człowiek, który ma de facto mentalność pogańską, zachowuje pewne formy religijne, ale jest to epizodyczne, okazjonalne.

W.: Czyli ważniejsze staje się przeżycie emocjonalne, odpowiednia oprawa, a nie ma w tym elementu wiary?

ks. G.M: Niekoniecznie, element wiary na pewno jest, jednak nie stawiałbym znaku równości. Nie wszyscy, którzy zawierają śluby kościelne, to ludzie wierzący – w tym sensie, w jakim wiarę rozumiemy w rzeczywistości chrześcijaństwa. W przeciwnym przypadku praktykowaliby regularnie. Natomiast te, ważne w życiu momenty, są okazją do tego, aby się spotkać i porozmawiać. Nieraz miałem taką okazję, najczęściej przy formalnościach kanonicznych związanych z sakramentem małżeństwa, gdzie padają pytania o wiarę – np. czy ktoś regularnie przystępuje do sakramentów. To jest punkt wyjścia do dalszej rozmowy. Często rozmawiam z narzeczonymi, choć tego pytania nie ma w formularzu protokołu przedślubnego, dlaczego chcą zawrzeć małżeństwo sakramentalne. Formularz wymaga odpowiedzi na pytanie czy tego chcą, ale warto porozmawiać o tym dlaczego. Chyba wychodzimy z założenia, że nie trzeba o to pytać, bo to jest oczywiste – a wcale tak nie jest. Podobnie w przypadku chrztu dzieci – zdarza się, że przychodzą rodzice, nawet sakramentalni małżonkowie, którzy nie potrafią jasno określić swoich intencji. Jeśli są to ludzie praktykujący, żyjący wiarą, to jest oczywiste dlaczego pragną chrztu dziecka. Jednak jeśli wyraźnie deklarują się jako zdystansowani do Kościoła, to jednak trzeba zadać pytanie, dlaczego chcą wprowadzić dziecko w rzeczywistość, którą sami nie żyją i która jest dla nich zbyt dużym ciężarem czy abstrakcją. Jest to pytanie ze wszech miar zasadne.

Unikałbym jednak rygoryzmu. Nie jestem zwolennikiem radykalnego odmawiania udzielania sakramentu dlatego, że ja rozeznałem, że ktoś ma za małą wiarę. Moment, kiedy człowiek staje w ważnym momencie swojego życia – bo chrzci dziecko, bo przeżywa śmierć bliskiego – to raczej okazja do tego, żeby pozytywnie porozmawiać i pokazać dobrą drogę. Nie można człowieka potępić dlatego, że nie spełnia wymyślonych przez nas kryteriów. A często tak, niestety, jest. Mam doświadczenie spotkań z ludźmi, którzy po rozmowie z księdzem byli bardzo poranieni, czasami zamykali się na długie lata na Kościół. Człowiek nie ma racjonalnego obiektywizmu w ocenie i przekłada zdanie jednego księdza, na stosunek do całego Kościoła. Sytuacje, które ranią, zapadają w serce, a to człowieka zamyka. Więc optymalne jest z jednej strony nie pobłażanie, bo trzeba porozmawiać na serio o ważnych sprawach życia, w kontekście wiary, żywej relacji do Boga. Ale z drugiej strony nie rygoryzm, który będzie tylko ludzi od Kościoła odstraszał i był kłodą na ich drodze do Boga.

W.: A jak Ksiądz ocenia wymaganie pisemnych potwierdzeń obecności na konferencji przedchrzcielnej czy nie cieszące się dobrą sławą indeksy wypełniane przez kandydatów do bierzmowania? Aby przystąpić do sakramentów, trzeba przynieść komplet podpisów. To zmusza niektórych do podejmowanych praktyk religijnych – a nie przekłada się na ich wiarę, na zachowanie w kościele. Czy więc system zbierania podpisów zdaje egzamin?

ks. G.M: To szerszy problem, obejmujący również pytanie o wiek ludzi przystępujących do sakramentu bierzmowania. Jeśli ktoś nie potrafi się zachować w kościele, to znak, że jest jeszcze zbyt niedojrzały, aby myśleć o tym sakramencie. Nie trzeba się bać przesuwania granicy wieku kandydatów. Z czasem wiara się krystalizuje. A często – zwłaszcza jeśli się przeakcentowuje weryfikację i rygoryzm – gubi się to, co najważniejsze.

Uważam, że warto korzystać z każdej, naprawdę każdej okazji do dawania ludziom dobrej katechezy. Niewątpliwie taką okazją jest chrzest dziecka. Przez wiele lat prowadziłem katechezy przedchrzcielne dla rodziców i chrzestnych w dużych warszawskich parafiach. Przychodzili ludzie z bardzo różną świadomością religijną. Czy trzeba było sprawdzać czy wszyscy przyszli? Tak, ale nie trzeba tego robić wprost, jak przy sprawdzaniu listy obecności w klasie. Można zacząć spotkanie od tego, że mamy ochrzcić np. Jasia, i czy są rodzice Jasia. Trzeba też rozumieć, że niektórzy przyjeżdżają z daleka i nie mogą wziąć udziału w spotkaniu, które odbywa się w innym dniu niż chrzest.

Można robić histerię, straszyć niedopuszczeniem do sakramentu, mnożyć procedury i biurokrację – ale lepiej pokazać wartość katechezy, tłumaczyć, dlaczego jest istotna. Katecheza musi wnosić coś nowego do perspektywy spojrzenia na życie tych, którzy w niej uczestniczą – warto jest nad tym popracować. Można się odwołać do intencji, do świadomości. Zapytać, czy wiedzą co znaczy, że wyznają wiarę, że wyrzekają się szatana. Przemyśleć jak to powiedzieć ludziom, którzy być może żyją w jakiejś sytuacji nieuporządkowania; co to ma oznaczać dla kogoś, kto być może długie lata nie chodzi do spowiedzi, a przy okazji sakramentu przystępuje, ale z przekonaniem, że to będzie tylko jakiś epizod w jego życiu. Jak mówić o wierze do tych, którzy żyją w niesakramentalnym małżeństwie, a nie mają przeszkód do tego, aby je zawrzeć. Ja osobiście często powoływałem się na tekst św. Pawła, że zostaliśmy zanurzeni w śmierć Chrystusa – i dodawałem, że dzieci, które mają być ochrzczone, muszą umrzeć. Zszokowani rodzice zaczynają słuchać. I to jest dobry moment, żeby powiedzieć – tak, ma w nich umrzeć to, co jest starym człowiekiem, a zmartwychwstać to, co przynosi Chrystus, bo to jest istota chrztu. Można w prostych słowach, wychwytując pewne niuanse, powiedzieć katechezę tak, żeby została zapamiętana, żeby słuchaczom zapadło w pamięć coś, co im samym pomoże przeżywać wiarę. A przechodzenie przez biurokratyczny magiel sformalizowanych przygotowań z reguły nic nie daje.

Podobnie z narzeczonymi. Wielu – nie oszukujmy się – decyduje się na ślub kościelny z innych pobudek niż głęboka wiara. Ale i syn marnotrawny nie miał głębokich pobudek, kiedy postanawiał wrócić do swojego ojca – po prostu był głodny. To był powód, że wrócił – a nie głęboka wiara czy skrucha. Dlatego trzeba się cieszyć z tych, którzy przychodzą, i rozdmuchiwać to, co jest dobre i pozytywne, niż ich tłamsić zbytnik rygoryzmem. Jeżeli katechezy przedmałżeńskie są dobrze przygotowane, jeśli współprowadzą je również ludzie świeccy, jeśli tematy są interesujące – tzn. dotykają egzystencji tych ludzi, a nie są pustą teorią – mogą prowadzić ludzi do głębszego zrozumienia siebie nawzajem, a także do nawiązania relacji z Bogiem w ich życiu, w ich małżeństwie. Dużo zależy więc od tego, jak do katechezy przykładamy się my sami, od kościelnej strony, i czy rzeczywiście potrafimy pokazać ich wartość. Musimy dotknąć problemu, który rzeczywiście tych ludzi dotyczy – bo od tego zależy ich życie, ich przyszłość. Jeśli to się uda – to już jest dobry punkt wyjścia.

W.:Więc indeksy dla kandydatów do bierzmowania nie są najlepszym rozwiązaniem?

ks.G.M.: Nigdy nie kazałem kandydatom do bierzmowania przynosić indeksów, wypełniać rubryczek. Miałem świadomość, że być może niektórzy potraktują zobowiązania zbyt lekko, może nie będzie ich na Mszy św. Trudno, takie jest ryzyko. Raczej apelowałem do ich wiary, dojrzałości, wolności wyboru, do świadomości wchodzenia w świętą przestrzeń. Przekonywałem, że jeśli nie wierzą w tę świętość, że jeśli przychodzą tylko dlatego, że mamusia karze, to lepiej to odłożyć o kilka lat, na czas, kiedy będzie im zależeć na związku z Jezusem. Niektórzy rezygnowali, chcieli być autentyczni. Czasami wracali po kilku latach. Przecież każdy człowiek ma wolną wolę w podejmowaniu decyzji. 

Natomiast mam też doświadczenie takie, że można mieć wypełnione wszystkie rubryczki, zebrane podpisy, ale po te podpisy niektórzy przychodzili z czerwonymi od mrozu nosami, co ewidentnie wskazywało na to, że na Mszy św. nie byli. A księża, z naiwnym uśmiechem, indeksy podpisywali. A to nie ma sensu. Ludzie, jeśli będą chcieli oszukiwać, to oszukają każdą krateczkę i każdy indeks. Sakrament ma sens tylko wtedy, jeśli ktoś rzeczywiście chce iść drogą wiary. W innym przypadku może lepiej to odłożyć. I często okazywało się, że młodzi to rozumieją, bo chcą być uczciwi wobec siebie samych, ale opór stawiali rodzice. W przypadku wielu z nich pragnienie doprowadzenia dziecka do sakramentu jest silniejsze, niż chęć przekazania żywej wiary. A przecież człowiek musi mieć pozostawioną wolność wyboru. 

W.: Jak trzeba mówić do ludzi dorosłych, aby przyniosło to dobre owoce?

ks.G.M.: Przede wszystkim trzeba unikać teoretyzowania, nie chodzi przecież o przedstawienie formuły dogmatycznej sakramentu. Trzeba mówić tak, żeby wprowadzić ludzi w kontekst egzystencjalny, żeby uświadomić im, że to, o czym się mówi, dotyczy ich osobiście. Że od tego zależy ich życie dziś, ich przyszłość, ich wieczność, szczęście ich dzieci... Krótko mówiąc – tak, jak od początku głoszony był kerygmat, jak głoszony był Chrystus Zmartwychwstały. Ludzie odkrywali z fascynacją, że to dotyczy ich życia, że to jest oferta dla nich. Wzorzec znajduje się w Dziejach Apostolskich, w wystąpieniu Piotra w dzień Pięćdziesiątnicy – gdzie tysiące ludzi przyjęło chrzest, bo odkryło, że jest on obietnicą dla nich. Że mogą tego doświadczyć. Że to nie teoria religijna, jedna z wielu. 

Zadaniem każdej katechezy – przedsakramentalnej i posakramentalnej – jest wprowadzanie ludzi w więź osobistą z Chrystusem i umacnianie potem tej więzi. Ta więź nazywa się wiarą. Zanim człowiek zrozumie, dlaczego takie czy inne formy życia są moralne lub nie, musi zrozumieć, że Bóg go kocha i że jest to fascynujące. Że pójście drogą Boga jest pójściem drogą szczęścia, a nie bezrozumnych restrykcji, które ktoś mu narzuca. Nie uda się to, jeśli człowiekowi nie zewangelizowanemu i nie wychowanemu w wierze daje się zakazy moralne, których on kompletnie nie rozumie, uważając to za fanaberię kościelną.

W.:W realizowanym programie duszpasterskim brakuje katechezy posakramentalnej. To niezrealizowany postulat, czy formuła nie na dzisiejsze czasy?

ks.G.M.: To problem, który wymaga inicjatywy wiążącej się z dodatkowymi obowiązkami, dodatkowymi wieczorami poświęconymi na spotkania, na przygotowania. Wymaga konsekwencji w realizacji. Propozycji takiej katechezy w parafii raczej nie ma. Ewidentnie jednak jest grupa ludzi, którzy pragną czegoś więcej. Pozostaje pytanie jak ich zachęcić, jak ich formować. Bardzo dobrą opcją jest pokazanie im drogi do wspólnoty, w której będą mogli przeżywać swoją wiarę. Elementem katechezy jest również dobrze przygotowane kazanie w czasie niedzielnej Mszy św. Szkoda, że mało się mówi w czasie kazań o prawdach wiary w oparciu o Słowo Boże czytane na liturgii – wielu ludzi, pomimo regularnego praktykowania, ma braki w podstawach edukacji religijnej.

W.: Dlaczego więc mówi się o tym zbyt mało?

ks.G.M.: Może dlatego, że wymaga to głębszej refleksji, większej znajomości Pisma Świętego. Łatwiej jest zająć się kwestiami bioetycznymi, moralnymi, niż głosić Chrystusa Zmartwychwstałego w taki sposób, aby to było fascynujące i porywające. Przypomina o tym ostatnio papież Franciszek – że nie możemy zapominać o tym, co jest fundamentem głoszenia Ewangelii.

W.: Czyim zadaniem jest wprowadzanie ludzi dorosłych w życie sakramentami – wierzących świeckich, na zasadzie wspólnoty doświadczeń i przykładu życia, czy księży, nauczycieli życia duchowego?

ks.G.M.: Jednych i drugich! Wszystkich, którzy działają na terenie parafii na zasadzie zbliżonej do diakonii. Oczywiście, miejsce kapłana jest niezastąpione, ale to nie znaczy, że musi on wszystko robić sam. Dotyczy to wszystkich form działania katechetycznego, poza głoszeniem homilii w czasie liturgii. Osoby świeckie, przygotowane do głoszenia katechezy, same głęboko przeżywające swoją wiarę, są doskonałymi animatorami małych grup – a tylko taka formacja ma sens. W małej grupie ludzie mogą się poznać, mogą się dzielić swoim życiem – osoby świeckie świetnie prowadzą takie spotkania. Podobnie katecheza przed chrztem dziecka czy elementy katechezy przedmałżeńskiej – pomoc uformowanych świeckich jest niezastąpiona. Jednak to, czy w parafii będą tacy świeccy, w dużej mierze zależy od tego, co się dzieje w parafii, jaka jest jej otwartość na obecność grup i wspólnot. Jeśli tej otwartości nie ma, trudno liczyć na to, że znajdą się uformowani świeccy. Ich obecność jest konsekwencją formacji wspólnoty parafialnej.

W.:A od czego trzeba zacząć formowanie tej wspólnoty?

ks.G.M.: Od osobistego nawrócenia.

W.:Kapłana?

ks.G.M.: Tak, proboszcza przede wszystkim. Jeżeli proboszcz rozumie czym jest Kościół, jeśli zależy mu na tym, żeby budować żywy Kościół, to z całą pewnością jest to najlepszy punkt wyjścia. Jeżeli proboszcz tej istoty Kościoła nie rozumie i pozostaje przy skostniałej, hierarchiczno-podległej strukturze, to nigdy tego nie osiągnie. Jeśli będzie otwarty, to chcąc stworzyć w parafii formułę opartą na jakiejś wspólnocie, to musi zaprosić ludzi, którzy mu pomogą rozpocząć to dzieło. Musi też zaszczepić w ludziach świadomość, że coś takiego jest możliwe, że życie we wspólnocie jest dobre i ważne. Jest to kontynuacja katechezy przedsakamentalnej. Jeśli zbierze się grupa ludzi chętnych spróbować, to trzeba ją mocno wspierać, czuwać, umacniać w kryzysach – po to, aby ludzie mieli możliwość wzrastania w wierze i aby potem oni mogli formować innych. Ale początki z pewnością nie są łatwe.