Służba

(208 - styczeń - luty 2016)

Służba w rodzinie

Agnieszka Zawisza

Służenie innym nie jest kwestią spontanicznego porywu serca, nagrodzonego pełnym zachwytu spojrzeniem czy słowem, ale regularnego wykonywania nużących czynności, których efektów nikt nawet nie zauważa, nie docenia

Służba w rodzinie to konieczność, choć nie każdy ją zakładający zdaje sobie z tego sprawę. Początkowo na fali uczuciowego natchnienia wzajemna troska przychodzi nam bez specjalnego wysiłku, chcemy sobie nawzajem służyć, dawać dowody naszej miłości. Kiedy jednak na scenie pojawia się pierwszy potomek, a liczba obowiązków rośnie – jeśli wierzyć niektórym źródłom – sześciokrotnie, sprawa zaczyna wyglądać mniej różowo. Oto służba okazuje się wtedy już nie kwestia mego wspaniałomyślnego wyboru, ale niewybrednym zewnętrznym przymusem. Dziecko krzyczy więc trzeba wstać, nakarmić, przewinąć, utulić, ponosić… Oto służę już nie kiedy ja chcę, ale znacznie częściej wtedy kiedy ani trochę nie chcę, kiedy jestem zmęczony i chciałbym, by to mi usłużono, kiedy jestem chora i chciałabym, by to mną się zajęto, kiedy fizycznie lub psychicznie cierpię, ale zagryzam zęby i robię co do mnie należy, bo dzieci nakarmić i dopilnować ktoś musi. 

Okazuje się wtedy, że służenie innym nie jest kwestią spontanicznego porywu serca, nagrodzonego pełnym zachwytu spojrzeniem czy słowem, ale regularnego wykonywania nużących czynności, których efektów nikt nawet nie zauważa, nie docenia. Bo co wielkiego może być w codziennym ścieleniu łóżka, zmywaniu naczyń, robieniu prania, koszeniu trawnika czy wynoszeniu śmieci. Co specjalnego w codziennym chodzeniu do pracy by zarobić na chleb. I ile razy można za te oczywistości dziękować. 

Służba w rodzinie to szkoła umierania dla siebie, a rodzenia się dla innych. Rodzenia i umierania, jak to w naturze, w bólach i kryzysach. To dojrzewanie w tempie ekspresowym. Dojrzewanie, jak to w młodości, poprzez bunty i emocjonalne huśtawki. 

Szkoła miłości

Mimo to rodzina to cudowny Boży wynalazek. Gdyby nie ona, nigdy byśmy nie zaznali tak wiele miłości, ale też nigdy nie nauczyli się kochać. A nauczyć się warto, bo to z miłości będziemy rozliczani w niebie. To ona jest najważniejszym przykazaniem. „Relacja z małżonkiem i dziećmi ma rozszerzyć ci serce i zwiększyć twoją zdolność do miłości” mówi autor „Świętego małżeństwa” Gary Thomas. Małżeństwo, rodzina to doskonały poligon. Tu ćwiczymy miłość w konkretach codziennego życia, przed „ostatecznym” sprawdzianem. Co chwila wybuchają bomby, ktoś zostaje ranny… Ale jeśli będziesz ćwiczył rzetelnie, będzie z ciebie doskonały żołnierz… Odważny, wytrzymały. Będziesz miał też większą szansę powrócić z pola walki do domu Ojca. Najpierw jednak oczyścić cię trzeba w ogniu, wypalić egoizm, lenistwo, samolubstwo, wyćwiczyć wytrwałość, cierpliwość, nauczyć akceptacji, pokory, uwolnić od niebezpiecznych złudzeń. 

Lustro

Bo małżeństwo i rodzina to także doskonałe lustro, w którym zobaczysz, jaki naprawdę jesteś. Odbicie to nie zawsze ci się spodoba, dlatego nie raz będziesz próbował przed nim uciec w pracę i inne pozadomowe zaangażowania, by zobaczyć siebie elegancko wyretuszowanego w fotoshopie własnej próżności… 

Małżeństwo i rodzina to powołanie do zupełnie nowego, nieegoistycznego życia. To ciągła gotowość do poświęcenia dla drugiej osoby. Tu wytapia się i kształtuje charakter człowieka. 

Jezus często zostawiał tłum, aby posługiwać konkretnym osobom. My tymczasem nierzadko potrafimy pięknie zracjonalizować porzucenie konkretnej osoby – współmałżonka, dzieci, aby zdobyć poklask tłumu, w pogoni za własnymi planami. Czasem nawet bardzo zbożnymi. Ron Sider teolog i społecznik kanadyjskiego pochodzenia powiedział kiedyś: "Pomyślcie tylko jaki by to przyniosło efekt, gdyby pierwsza rzeczą z jaką radykalnym feministkom kojarzyliby się wierzący mężczyźni, byłaby ich godna podziwu wierność przysiędze małżeńskiej i pełna oddania służba żonom – na wzór Jezusa na krzyżu."

Feministki bowiem nie wzięły się znikąd…

Miłość w codzienności

Witek od kilku lat wstaje o 5.30. Dzięki temu udaje mu się wygospodarować pól godziny na modlitwę przed pójściem do pracy. Wcześniej próbował wieczorem, ale Biblia wypadała z rąk i usypiał na klęcząco, ze zmęczenia. Do pracy dociera na 7. Mógłby przychodzić i na 9, ale wtedy wracałby późno do domu i nie mógłby żonie pomóc przy dzieciach. A obowiązków niemało, bo właśnie urodziło im się szóste. Domowe popołudnia należą do niego. Czasem to duże wyzwanie, ale nie narzeka. Mówi, że opieka i zabawa z dziećmi to nie tylko obowiązek wynikający z jego najważniejszego życiowego powołania, ale i odskocznia. Lubi z nimi spędzać czas. A żona po całym dniu zajmowania się trójką młodszych dzieci potrzebuje wsparcia, gdy starsze wracają do domu. Do przedszkola maluchów nie posyłają. Wierzą, że dzieci do 6 roku życia potrzebują przede wszystkim obecności matki.

Zbigniew Nosowski w książce „Szare jest piękne” pisze, że miłość to sprawa wielka, Boska. Jednak wyraża się w drobiazgach przez codzienność, rozdawanie siebie każdego dnia. Zakochanie odciąga ludzi od codzienności, chce wyłączności. Miłość dojrzała posyła w codzienność. Jej sprawdzianem jest to czy inni ludzie są też nią objęci, czy są wpuszczani w jej orbitę. 

Dla Krysi dzieci to całe życie. Choć nie uchylają się z Witkiem także od służby w kościele pilotując kręgi Domowego Kościoła. Rodzicielstwo to jednak ich najważniejsze powołanie. „Szczęśliwa miłość pragnie się dzielić, mieć uczestników i świadków tego szczęścia. – mówi Krysia – Dzieci to najlepszy dar Boga dla małżeństwa, bo to sam Bóg przychodzi do nas. Gdybym broniła się przed przyjęciem dzieci, to tak jakbym broniła się przed wpuszczeniem Boga do naszego życia”. Wielokrotne rodzicielstwo to u nich nie przypadek, ale otwarcie się na Bożą wolę. Przyjmują dzieci, którymi Bóg ich obdarza, bo wierzą, że w dziecku On sam przychodzi do nich, w myśl słów: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje”. Gdy najmłodsze dziecko zaczyna przesypiać noce, zaczynają pytać Boga czy powinni otworzyć się na kolejne. Jak na razie odpowiedział „tak” sześć razy. Choć ostatnim razem przeżywali trudne chwile, gdy okazało się, że dzidziuś może urodzić się chory. Zaufali Bożej Opatrzności. A dziecko przyszło na świat zdrowe. Wielodzietność to u nich realizacja Bożego wezwania do przynoszenia owocu, służby. „Trwanie w wiernej miłości do małżonka oraz rodzenie i wychowywanie dzieci jest oddawaniem życia i służbą. A zadania wynikające z rodzicielstwa są wprost odpowiedzią na słowa Jezusa o spełnianie uczynków miłosiernych względem ciała i duszy: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, strapionych pocieszać, nieumiejętnych pouczać, urazy chętnie darować…” – podkreśla Krysia. Co nie znaczy, że zawsze jest to łatwe i przyjemne, że nie bywają zmęczeni. Widać w nich jednak pokój serca i zgodę, także na momenty słabości. A także ogromną otwartość na służbę nie tylko własnej rodzinie. Krysia podjęła właśnie kolejna nowennę pompejańską w intencji znanych im osób z problemami. Nowennę, która zakłada 54 dni codziennego odmawiania wszystkich części różańca… Widać jak rozszerzone w ogniu rodzinnej służby serce, chce dawać siebie także poza jej obrębem. Bo „Miłość – jak mówi Jean Vanier – nie polega na dokonywaniu rzeczy nadzwyczajnych i bohaterskich, ale na spełnianiu rzeczy zwykłych z czułością”.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".