Służba

(208 - styczeń - luty 2016)

Służę uprzejmie

Jan Buczyński

Postawa radosnej służby to zaproszenie dla każdego, również niewierzącego – zaś dla chrześcijanina to wezwanie do naśladowania Jezusa

Służba jako sposób bycia

W czym przejawia się postawa służby jako coś normalnego, naturalnego w życiu chrześcijańskim? Powszechnie kojarzy się ona z jakimś konkretnym uczynkiem wobec drugiego człowieka, potrzebującego naszej pomocy, z relacją, w której nie jest się równoważnym sobie: ktoś służy komuś, czyli w pewien sposób jest mu podległy – tak jak choćby żołnierz niższy stopniem wobec wyższego, urzędnik wobec dyrektora i tak dalej. Wtedy taka służebność wydaje się czymś oczywistym – ale tylko na poziomie podstawowym, wynikającym z konkretnych zasad, przepisów, układów międzyludzkich (nie mówimy już o sytuacji przymusu, bo, jak wcześniej zauważyliśmy, to już nie jest służba, lecz niewola).

A czy postawa służby może tez mieć miejsce w relacji równorzędnej, na przykład w małżeństwie, między mężem a żoną? Nie tylko może, ale wręcz powinna, zwłaszcza w małżeństwie chrześcijańskim, skoro jest ono obrazem relacji Chrystusa do Kościoła. Małżonkowie służą sobie nawzajem, darząc się szacunkiem, dostrzegając swoje potrzeby, pragnąc dobra dla drugiego, razem dążąc do świętości. A przecież na najgłębszym poziomie wszyscy jesteśmy sobie w równi w godności Dzieci Bożych – co uzdalnia nas do służenia sobie nawzajem, w każdej relacji, o każdym czasie i w każdym miejscu.

Sam to dostrzegam w moim życiu, w którym uczę się takiej postawy w ponad trzyletnim małżeństwie. Nie jest to takie proste, jak się nieraz wydaje, zwłaszcza gdy trzeba pokonać swój egoizm, często podszyty wygodnictwem i własnymi przyzwyczajeniami. Natomiast gdy rodzina się powiększa i z dwojga robi się troje (lub więcej) – wtedy „służba” nabiera bardzo konkretnego wymiaru, choćby opieki nad małym dzieckiem, jego pielęgnacji, nieprzespanych nocy itp. – wówczas akcent przesuwa się na konieczność patrzenia na to wszystko z perspektywy miłości; nic innego, poza miłością, nie może być motywacją takiej służby, ponieważ szybko upodobni się ona do przymusowych i męczących obowiązków, niż do radosnych – chociaż często trudnych i fizycznie rzeczywiście wyczerpujących – okazji do oddania siebie drugiej osobie. 

Gdy hrabia podaje obiad lokajowi

Służyć może też ktoś, będący wyżej w rozmaitej hierarchii: skoro sam Syn Boży umywał nogi swoim uczniom, to nikt nie może się od podobnej postawy wykręcać jakimkolwiek stanowiskiem. Widać to wyraźnie w Kościele, gdzie papież nazywa sam siebie „sługą sług”, gdzie każda funkcja określana jest mianem „posługi”, gdzie istnieje urząd diakonatu, którego sama nazwa oznacza „sługę”. Ruch Światło-Życie podzielony jest na „diakonie”, co ma wskazywać na służebny charakter każdego działania.

Podobnie powinno być w życiu społecznym, politycznym. Wielu już prawdopodobnie zapomniało, że słowo „minister” oznacza nic innego, jak właśnie „posługującego”. W dobie medialnych przepychanek, karmiących się sporami politycznymi, umyka gdzieś pojęcie polityki jako służby publicznej. Postawa służby zakłada przecież jakąś formę ofiarowania siebie komuś innemu (albo szerzej: społeczeństwu, narodowi, ojczyźnie) – świat kusi raczej dbaniem jedynie o swoje własne interesy, sugerując że bardziej od postawy służby „opłaca się” spryt, kombinowanie i nie baczenie na dobro kogoś innego. Tym bardziej chrześcijanin, sprawujący jakieś funkcje publiczne (od urzędnika najniższej rangi po prezydenta) powinien wyróżniać się tym innym rysem, idąc trochę pod prąd, często niepopularnie, wbrew obowiązującym trendom – cóż, właśnie jak Jezus, który robił coś zupełnie innego, niż wszyscy wokół się spodziewali.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".