Duch Święty

(151 - maj - czerwiec 2007)

Spotkanie z miłością (świadectwo)

Seminarium jest dla mnie czasem szczególnej łaski. Pragnęłam tego czasu od dawna – zostawienia wszystkiego, co wiem, co umiem, co dobrze znam, wszystkich schematów, przyzwyczajeń

Kilka tygodni temu w naszej diecezji (warszawsko-praska) rozpoczęło się Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Trudno w jednoznaczny sposób powiedzieć czemu sięgnęliśmy po te materiały formacyjne. Nie była to też decyzja nagła. Pragnienie przejścia tej drogi budziło się w wielu sercach w ciągu ostatnich kilku lat. Wciąż jednak brakowało zdecydowania. W ubiegłym roku w czasie rekolekcji sekcji diecezjalnej Stowarzyszenia Diakonia, temat został w końcu uznany za szczególnie ważny. Pozostała kwestia ustalenia formy, czasu, oraz tego kto to seminarium poprowadzi. Wnikliwe badania zasobów ludzkich wykazały że nie możemy sami się tego podjąć. Spośród wielkiej rzeszy członków Ruchu tylko kilkunastu przeszło formację Seminarium, a ich zaangażowanie w innych dziedzinach wykluczało możliwość prowadzenia spotkań. Sytuacja wyglądała na trudną. A właściwie decyzja, którą należało podjąć była trudna i mogła spotkać się z niezrozumieniem.

***

Od dobrych kilku lat w sąsiedniej diecezji funkcjonuje niewielka wspólnota ewangelizacyjna. Trudno w to uwierzyć ale gro odpowiedzialnych za nią to ludzie po formacji Ruchu Światło-Życie. Choć z drugiej strony niełatwo też znaleźć wspólnoty, w których taki ludzi nie ma:). Wiedzieliśmy, że niektórzy z nich uczestniczyli w Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Mieliśmy też okazję (choć brzmi to fatalnie) zweryfikować przez ostatnie 15 lat dary Ducha jakimi zostali obdarzeni. Pozostało pytanie czy podejmą się tej służby. Odpowiedź była krótka - pomodlimy się. Zostało oczekiwanie, na szczęście niedługie.

***

Pierwsze spotkanie. Zaczynamy modlitwą, w zasadzie to najważniejsza część każdego z kolejnych spotkań, pozostałe mają stanowić komentarz, uzupełnienie, do tego osobistego stawania przed Bogiem. Nie było łatwo. W czasie Seminarium 15 lat temu ktoś z prowadzących mówił o noszeniu kamieni w sercu, przyzwyczajeniach, jakie towarzyszą naszej modlitwie, czy wręcz rutynie. To prawda, którą ciężko zweryfikować we własnym środowisku. Kolejne spotkania i widać jak pozbywamy się tych zbędnych ciężarów. To oczywiście nie zasługa 45 minut tygodniowo, każdy z nas spotyka się regularnie z Słowem Bożym, konkretnym rozważaniem uzupełniającym poprzednia katechezę i wprowadzającym do kolejnej. Dziś - gdy piszę ten tekst - jesteśmy w połowie drogi. I jest to jak wędrówka do góry Tabor. Z mglistej perspektywy kilka tygodni temu zaczynamy dostrzegać miejsce do którego zmierzamy. Oczekujemy wiele. Panie Jezu Chryste dotknąłeś mojego serca, pociągając za sobą na drogę tej formacji, daj wytrwać w tym wysiłku, wesprzyj gdy serce będzie się skłaniać ku mało ważnym rzeczom. Dotknij swoją łaska każdego z nas. Wzmocnij wiarę, udziel pokoju, obdarz radością, tchnij nadzieję. Amen.

***

Seminarium jest prowadzone w oparciu o materiały opracowane dla naszego Ruchu przez o. Jana Mikruta. Spotkania odbywają się raz w tygodniu. Poza modlitwą i katechezą składają się również z dzielenia w małych grupach. Uczestniczy w nim około 60 osób w tym kilka małżeństw z Domowego Kościoła. Spotykamy się w parafii św. Ojca Pio na Gocławiu.

Mikołaj

Świadectwa

Seminarium, które miało być elementem uzupełniającym formację, stało się dla mnie drogą do Prawdy, drogą rozbudzania pragnień, by już nie tyle modlić się w Duchu, ale by Duch modlił się we mnie, by On w moim sercu, moimi ustami i życiem całym uwielbiał Tego który Jest Miłością.

Asia

Seminarium jest dla mnie czasem szczególnej łaski. Pragnęłam tego czasu od dawna - zostawienia wszystkiego, co wiem, co umiem, co dobrze znam, wszystkich schematów, przyzwyczajeń. Jest we mnie pragnienie Głębi, od dawna jak naprawdę zeschła ziemia chcę, pragnę, potrzebuję, by Pan Jezus dotknął mojego serca i da mi nowe życie. Życie w Duchu. Wolne.

Tak, przyszłam na seminarium z pragnieniem, by Pan Jezus da mi wolność. Wolność od mojego lęku przed odrzuceniem, od ciągłego zabiegania o uznanie, szacunek, od ciągłego udowadniania sobie i innym, że jestem warta miłości. I by mi pozwoli w końcu się odbić od tego brzegu i wypłynąć na głębię, bez asekuracji.

Otrzymałam już bardzo wiele. Jakby mi Pan zdejmował skorupę z serca. Najpierw doświadczenie na modlitwie, odkrycie serca, znane od lat - że wiara rodzi się ze słuchania. I pragnienie słuchania, zasłuchania w Nim. Potem doświadczenie mówienia o Nim, mówienia tym, którzy nie słyszeli, na ulicy. To było podczas ostatniej Kongregacji. Jak dawno tego nie było w moim życiu. Takiego prostego głoszenia Jezusa, mojego Pana, mojego Zbawiciela. Wielka była moja bezradność, nieumiejętność, brak słów. I wielka radość, radość dziecka, gdy wreszcie do tej mojej pustki mógł wejść sam Bóg.

I wreszcie modlitwa o uzdrowienie. Pan Jezus z całą mocą wziął się za moje stare, odłożone rany. Ja uznałam po prostu jakiś czas temu, że szczyt uzdrowienia w moim życiu to świadomość moich zranień. To, że wiem, gdzie mnie boli i dlaczego, miało mi zagwarantować życie w pełni. Kilka lat temu podczas rekolekcji ignacjańskich Pan Bóg pokazał mi, że się Go boję. Moje lęki były irracjonalne, wręcz katastroficzne - że nie będę mogła mieć dzieci, że mój mąż umrze, że ktoś bliski mnie zostawi... Choć od dawna wiem, że Bóg jest Miłością, nosiłam w sobie inny obraz - Boga, który chce mi dołożyć, który chce, bym cierpiała, który pastwi się nad moim życiem, który rzuca mi wciąż nowe kłody pod nogi. Bóg oprawca. 

Wtedy Pan Bóg dotknął mojego serca. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam w Nim Ojca, miałam na modlitwie doświadczenie, że siedzę Mu na kolanach i sprawdzam, jak daleko mogę się posunąć, na ile mi pozwoli. Byłam dzieckiem, które się wierci, ciągnie za brodę, jest niecierpliwe, a On patrzy wciąż z ogromną miłością na mnie. Ten obraz jest wciąż we mnie żywy... Myślałam, że to już wszystko. Ale podczas tego seminarium On upomniał się znowu o moje serce, zapragnął wejść dalej. Podczas modlitwy stanęły mi przed oczami te wszystkie moje rany z dzieciństwa, z mojego domu. Te już tyle razy rozgrzebywane, zaleczane. Myślałam, że ja mam to już za sobą. Ale podczas tej modlitwy On mi mówi , że chce tam wejść. Znów wybaczanie, zawierzenie. Ale zobaczyłam też, że choć nie widzę już Pana Boga jako tego, który pastwi się nade mną, a moje irracjonalne lęki zniknęły, nawet nie wiem kiedy, to jest jeszcze coś. Że ja wciąż usiłuję zasługiwać na Jego miłość. Tego wieczoru pierwszy raz po prostu pozwoliłam się przytulić, i przytuliłam się tym moim sercem zranionym do Serca Jezusa. To już nie było tylko siedzenie na kolanach, sprawdzanie Bożej miłości, cierpliwości. Po prostu byłam w Nim. Bez zasługiwania. Bez udowadniania na co mnie stać. I pierwszy raz - chyba tak mogę powiedzieć - w tym tygodniu tak głęboko dotarło do mnie pytanie: „Czy miłujesz Mnie więcej?” Wreszcie nie bałam się odpowiedzieć, nie miałam wątpliwości. To moje serce mówi: „Panie, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię kocham”.

Jezu, pragnę by w Tobie, moje serce w Tobie, w Twojej miłości. Zawsze. Amen.

Monika