Czyńcie uczniów

(159 - lipiec - sierpień 2008)

Środowisko wzrostu uczniów

ks. Jarosław Międzybrodzki

Kiedy ktoś żyje sam, mieszka osobno, mało styka się z ludźmi, wtedy może mu się wydawać, że kocha cały świat

Zanim podejmiemy temat wyrażony w tytule, musimy odpowiedzieć na pytanie: co rozumiemy przez „wzrost”? Na początek trzeba powiedzieć, że wzrost niekoniecznie musi być związany z dobrym samopoczuciem czy psychicznym komfortem. Odwrotnie - wzrastanie często wymaga trudu, powiązane jest ze zmaganiami z własną słabością i niemocą. Jeśli mamy wzrastać, musimy dotykać swoich słabych stron, grzechu, upadku, bezradności. Wzrost nigdy nie jest przechodzeniem od sukcesu do sukcesu, od przyjaźni do jeszcze głębszych relacji. Wzrastanie nie jest sielanką! Piszę o tym, ponieważ czasami spotykam się z takimi oczekiwaniami: „będę się duchowo rozwijał, to znaczy będzie mi coraz lepiej”. Niestety, zbyt często mam do czynienia z emocjonalnym ocenianiem swojego rozwoju. „Dobrze się czuję na mszy świętej, to znaczy dobrze ją przeżywam, a może nawet głęboko”. „Podobała mi się oaza, to znaczy były to dobre rekolekcje”. Tymczasem najczęściej jest dokładnie odwrotnie. Najbardziej rozwijamy się, kiedy jest trudno i trzeba przełamywać swoje opory.

Kiedy ktoś żyje sam, mieszka osobno, mało styka się z ludźmi, wtedy może mu się wydawać, że kocha cały świat. Bardzo łatwo utwierdza się w swoich ograniczeniach i jakoś tłumaczy sam sobie, że inni - którzy go denerwują - są po prostu źli i niedobrzy. Bardzo często izolacja jest przejawem silnych mechanizmów obronnych. Kiedy wchodzimy we wspólnotę, po krótkim okresie fascynacji, prędko odkrywamy jak bardzo inni nas drażnią i denerwują. Oni rzeczywiście grzeszą, są nieodpowiedzialni, słabi, mają zupełnie inne przyzwyczajenia niż ja, wychowali się w innych środowiskach. Stosunkowo szybko można się zorientować, że nie da się wszystkich podporządkować sobie. Oni prawdopodobnie są niereformowalni!

I w tym momencie zaczyna się prawdziwy wzrost. Właśnie wtedy, gdy tracimy we wspólnocie swój komfort psychiczny. Obecność innych wydobywa z nas reakcje, o których nie mieliśmy pojęcia, kiedy byliśmy sami. Potrafimy się złościć, być agresywnymi, nie umiemy przebaczać, jesteśmy zazdrośni, prymitywni w swoich reakcjach, gardzimy innymi. „A tak miło było myśleć o sobie, że jestem fajny. I pewnie Jezus kochał mnie właśnie takiego. A teraz przez niego/nią zachowuje się tak podle...”! Wspólnota wydobywa prawdę o nas samym i jest to dzieło Boże! Jeśli ktoś stawał przed Panem Bogiem w abstrakcyjnym, nie rzeczywistym myśleniu o sobie samym, to jak On miał do niego przemawiać. Przecież zna nas do głębi. Jak Bóg ma być Prawdą dla osoby, która żyje w zakłamaniu, ma fałszywy obraz samego siebie. Dlatego we wspólnocie osoby, które pokazują naszą ciemną stronę, często są błogosławieństwem.

W Ewangelii św. Jana, na początku, czytamy jak dwaj uczniowie usłyszawszy świadectwo Jana Chrzciciela, poszli za Jezusem. Czytamy tam: Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: „Czego szukacie?” Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi! - to znaczy: Nauczycielu - gdzie mieszkasz?” Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego (J 1, 37-39). Zatem najpierw, aby być uczniem Chrystusa, trzeba zamieszkać z Nim, przebywać na co dzień, chodzić za Nim i podążać tam gdzie On się udaje. Szkoła Jezusa nie polega na wysłuchaniu jakiegoś wykładu, pokiwaniu głową i rozejściu się w swoja stronę. No, ewentualnie Jezus przepyta czy wszystko zapamiętaliśmy... Dla ucznia Jezus musi stać się Mistrzem, a Mistrz nie tylko czy nie tyle przekazuje wiedzę, co uczy życia.

Nie jesteśmy uczniami Chrystusa, jeśli ograniczymy się tylko do niedzielnej mszy św. i krótkiej codziennej modlitwy. To zdecydowanie za mało. Uczniami stajemy się wtedy, gdy uczymy się życia od Chrystusa, kiedy dajemy się prowadzić Chrystusowi, idziemy za Jego słowem, kontemplujemy Jego oblicze. Jednym słowem, uczeń Jezusa jest bardziej członkiem Jego rodziny, niż chodzi do Jego szkoły. Pamiętamy jak przyszła Matka Jezusa, a On wskazał na tych, którzy go słuchali i powiedział: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk 8, 21). Uczeń przebywa z Mistrzem 24 godziny na dobę. Przypatruje się, jak żyje, mówi, je, śpi, modli się, jak zwraca się do innych. Mistrz w zasadzie daje uczniowi dostęp do samego siebie, w pewnym sensie zawierza im siebie. Ale i odwrotnie: uczeń nie może niczego chować przed Mistrzem! Tu nie ma miejsca na podział: tutaj Cię dopuszczę, a tutaj to ja sam będę decydował. Uczeń i Mistrz żyją wzajemnie swoim życiem. W zasadzie decyzja zostania uczniem Chrystusa, praktycznie zawsze oznacza zmianę sposobu życia. To nie jest decyzja wpisania w swój harmonogram kilku godzin dziennie. To jest radykalne podporządkowanie wszystkiego stylowi życia Mistrza.

Wszystko było by dość proste: „ja i Jezus, On mnie uczy życia, ja go kocham...” - gdyby nie pozostali uczniowie, gdyby Jezus nie powołał innych oprócz mnie! „Jezusa kocham, ale ten nerwus Piotr, niedowiarek Tomasz, dziwny Natanael, celnik Mateusz i podejrzany Judasz! Jak Jezus mógł ich powołać do takiej godności?” I rzeczywiście wspólna droga uczniów nie była by możliwa, gdyby wszyscy nie szli za Jezusem, gdyby On nie był Pasterzem. Jeśliby próbowali pójść za którymkolwiek z apostołów, z pewnością bardzo szybko doszło by do rozłamów i braku jedności.

Przestajemy się rozwijać wtedy, gdy we wspólnocie poszczególne osoby stają się ważniejsze niż Jezus, gdy one jakoś nam Go przesłaniają. I tutaj niezwykle ważna uwaga: wielkim złudzeniem było by przekonanie, że wystarczy słuchać Jezusa i nie są potrzebni jacyś przełożeni, odpowiedzialni. Dość szybko swoje własne pomysły, odczucia, sympatie będziemy traktować jako wolę Bożą. Jeśli jeszcze do tego zacznie nam się wydawać, że mamy nieomylny dar prorocki, to jest wręcz pewne, że zbudujemy sobie Jezusa na nasz własny obraz i podobieństwo!

Rzeczywiste kroczenie za Jezusem dokonuje się w konkretnej wspólnocie, w której nie jesteśmy tylko autorytetem dla samego siebie, ale wsłuchujemy się w rozeznanie innych. Nasza wspólnota zaś jest poddana szerszej wspólnocie całego Ruchu, a Ruch jest podany Kościołowi. Jest takie stare powiedzenie: „jeśli jedna osoba powie ci: «ty świnio», możesz to zlekceważyć, ale jeśli dziesięć osób powie ci podobnie - czas wyjść z chlewa”. Jeśli idziemy za Jezusem jako wspólnota, to jest większe prawdopodobieństwo, że idziemy za Jezusem, a nie za naszymi wymysłami. Jeśli ta wspólnota jest poddana w posłuszeństwie Kościołowi, to możemy mieć pewność, że pełnimy wolę Bożą i powoli stajemy się uczniami Jezusa.

Pójść za Jezusem oznacza równocześnie zerwanie w sposób całkowity z przeszłością. Pamiętajmy jak uczniowie uczyli się zupełnie nowego sposobu życia. Mateusz - jak można przypuszczać - żył sobie wygodnie w porządnym domku. Od kiedy chodził za Jezusem, spał pod drzewami i nie miał żadnej gwarancji na jutro. Czasem warto siebie zapytać czy chociaż raz pozwoliłem Jezusowi radykalnie wkroczyć w swoje życie? Czy zmieniłem coś w życiu o 180 stopni ze względu na Jezusa, zerwałem z czymś złym dla Jezusa, zrezygnowałem dla Niego nawet z czegoś dobrego? Decyzja na wspólnotę często jest rezygnacją z pewnego komfortu czasu, myślenia o sobie, jakiejś formy niezależności, a czasem nawet pieniędzy. Wspólnotę nie wybieramy ze względu na siebie, ale dla Jezusa.

Niezwykle pocieszające, że uczniowie na początku w ogóle nie zdali tego egzaminu. Często zupełnie nie rozumieli Mistrza. Jak wtedy, gdy ...zbliżyli się do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli: „Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy”. On ich zapytał: „Co chcecie, żebym wam uczynił?” Rzekli Mu: „Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twojej stronie”. Jezus im odparł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?” Odpowiedzieli Mu: „Możemy”. Lecz Jezus rzekł do nich: „Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale [dostanie się ono] tym, dla których zostało przygotowane” (Mt 10, 35-40).

Wyczuwamy konsternację spowodowaną tą sytuacją. Warto dodać, że scena ta jest umiejscowiona tuż po zapowiedzeniu męki przez Jezusa. Mistrz mówił: właśnie idę do Jerozolimy i tam będę cierpiał, oddam życie za ludzkość. A oni pytają, czy będą mogli w Królestwie Jezusa być pierwszym i drugim ministrem! On im mówi o swojej męce, a oni ciągle widzą przywileje jakie im się dostaną w zamian za pójście za Jezusem. Jak wiemy, uczniowie kompletnie oblali egzamin pod krzyżem, kiedy z lęku o siebie nie mieli odwagi spojrzeć w oczy umierającego Mistrza. Tak też często myślimy o wspólnocie, jako o miejscu gdzie ma być mi lepiej, przyjemniej i łatwiej, a nie o miejscu do którego Pan mnie powołuje.

Charakterystyczna jest odpowiedź Jezusa na pragnienie chwały jaką ma dać im chodzenie z Jezusem: Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony? Jezus mówi, że przechodzi do chwały przez swoją mękę i pyta: „czy jesteście gotowi rzeczywiście pójść za Mną? Czy jesteście gotowi pójść za Mistrzem do końca”. I wiemy, że oni w ostateczności poszli tą drogą, ale najpierw musieli doznać goryczy własnego tchórzostwa.

Tuż przed śmiercią mówił do nich: Sługa nie jest większy od swego pana. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować. Jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać (J 15, 20). Wyraźnie dawał im do zrozumienia, że chodzenie za Nim oznacza również narażanie się na odrzucenie, wyśmiania, niezrozumienie, a nawet na śmierć. I myślę, że długo te słowa jakoś do uczniów nie docierały. Oni je słyszeli, ale jakby przechodziły obok nich. Przyznajmy szczerze: często udajemy, że nie słyszymy radykalizmu ewangelicznego, jakby nas nie dotyczył! I chyba podobnie musimy doświadczyć własnej nędzy, własnego tchórzostwa, nasz własny egoizm musi nas dogłębnie przerazić, abyśmy mogli poczuć się zdolnym do drogi ucznia Chrystusa.

Uczeń, który postanawia chodzić za Jezusem, decyduje się również na Paschę, na przejście przez śmierć do życia. Chodzenie za Jezusem jest w jakiejś mierze wchodzeniem w umieranie. Ale jest to umieranie dla życia. Uczeń przez umieranie dla siebie, przez wchodzenie z Jezusem w śmierć - równocześnie wchodzi w życie. I dlatego nie boi się, że coś traci dla Mistrza. On wchodzi w głęboką relację z Mistrzem, gdyż Ten nie tylko uczy życia, ale daje życie, On jest ŻYCIEM!