Formowanie następców

(218 - listopad - grudzień 2017)

z cyklu "Pamięć świadków"

Świadek miłości

A. Jankowiak, M. Szerszeń, K. i Z. Warzechowie, Elżbieta, Halina i Adam, o. Bartłomiej Parys

Anię i Jacka poznałam najpierw z opowiadań mojego męża, a dopiero potem osobiście w 2001 r. podczas I Kongregacji Stowarzyszenia Diakonia. Ciepło wspominam to pierwsze spotkanie, myślę, że wtedy zaczęła się budować naprawdę dobra relacja. 

To, co mnie wtedy uderzyło, to promieniejący pokój wewnętrzny Ani. W ciągu kolejnych 15 lat (ostatni raz na ziemi widziałyśmy się w sierpniu 2016 r.) spotykałyśmy się w różnych sytuacjach i miejscach, w nie zawsze spokojnych okolicznościach, ale wewnętrzny pokój, płynący z wewnętrznego uporządkowania i przyjaźni z Panam Bogiem był zawsze cechą, którą podziwiałam. Z tych wewnętrznym spokojem kojarzę również otwartość Ani na ludzi i ich problemy – w tej otwartości nie była żywiołowa ani wybuchowa, była cierpliwie i życzliwie słuchająca, skromna i mądra, wzbudzająca zaufanie. Była też w bardzo naturalny sposób otwarta na to, co zaskakujące. Kiedy w 2003 r. jechaliśmy z trójką dzieci na rekolekcje do Przemyśla, popsuł się nam (bardzo) samochód stosunkowo niedaleko Dębicy. Ania i Jacek byli jedynymi osobami, które w tamtych stronach znaliśmy – nie tylko zabrali nas do siebie na obiad ale i dotransportowali własnym autem do Przemyśla… Gdy Jacek dowiózł nas do domu, Ania przywitała nas jak… wybawicieli: „Tak się martwiłam, że ugotowałam za dużo zupy, jak dobrze, że jesteście”.

Ponieważ mieszkamy kilkaset kilometrów od Dębicy, spotykaliśmy się siłą rzeczy przy okazji rozmaitych mniejszych i większych spotkań Ruchu Światło-Życie czy samego Domowego Kościoła, czasem rekolekcji, choć był też Zjazd Gnieźnieński, na którym reprezentowali oboje z Jackiem Ruch. Był podczas tych spotkań czas na rozmowy, też takie od serca. Nie wiem, czy udało mi się kiedykolwiek powiedzieć Ani do końca, jak bardzo odczuwałam jedność myślenia z nią i Jackiem, jak często to, co mówiła/mówili było w 100% zgodne z moim spojrzeniem na życie, wiarę czy relacje międzyludzkie. Myślę, że teraz już to wie na pewno. I wie jak jestem za to wdzięczna. Mam poczucie, że takie współmyślenie naprawdę nieczęsto się zdarza.

Podczas pogrzebu Ani ks. Jan Mikulski mówił, że zawsze „myślał Ania i Jacek”, wszak byli jedno, zawsze razem. Tak samo ich odbierałam – zawsze jako jedność dwojga, nawet jeżeli w jakimś miejscu było widać tylko jedno z nich – ale jednocześnie wiem i doświadczałam, jak ta jedność była tworzona przez każde z nich jako człowieka. Ania była samodzielną, silną, pełną, prawdziwą kobietą – świadomą siebie, szukającą dobrych i najlepszych rozwiązań, umiejącą „walczyć o swoje” ale umiejącą też zrezygnować z upierania się przy swojej racji, jeśli miało to posłużyć dobru wspólnoty. Myślę, że przede wszystkim zaś była człowiekiem modlitwy, kierującym się w życiu jasną hierarchią wartości. Podziwiam z całego serca jej oddanie Panu Bogu i poddanie się Bożej woli – gdzieś głęboko w sercu mam rozmowę, podczas której powiedziała mi o swojej chorobie i nie było w tym cienia skargi czy użalania się nad sobą.

W sierpniu tego roku na spotkaniu z uczestnikami Oazy Międzynarodowej III stopnia Jacek przedstawił się jako „mąż Ani, która jest w niebie”. Mama wrażenie, że nieobecność Ani na ziemi jeszcze wciąż nie do końca do mnie dociera, ale cieszę się bardzo, że znałam Anię, która jest w niebie.

Agata Jankowiak

 

Ania z Jackiem 17 lat temu pilotowali nasz krąg DK. Od razu uderzyła mnie wtedy ich życzliwość w stosunku do innych i zrozumienie w małżeństwie. Każde z nich swobodnie wyrażało swoje opinie czy poglądy, w małżeństwie panowała zgoda i szacunek dla męża, żony… Dziwiłam się wtedy temu i zastanawiałam skąd oni to mają… Dziś sądzę, że to z prawdziwego życia Bogiem. 

Często widziałam ich razem uczestniczących we Mszy św. Zwykle po Eucharystii Ania „zagadywała nas”… Wiedziała co robimy, służyła radą i zaskakiwała dobrym humorem. Umiała „wyławiać” z życia ciekawe, radosne sytuacje i dzieliła się tym. 

Potem jeździliśmy z Anią i Jackiem na oazy wakacyjne, których byli moderatorami. I tam usłyszałam od ks. Jana Mikulskiego słowa, które mi zapadły w serce: Od momentu ślubu, z chwilą zawarcia związku małżeńskiego nie jesteście już dla Pana Boga Ania i Jacek, jesteście ANIAJACEK, czyli jeden, nierozerwalny już twór. Tak, że myślę, że Jacek może śmiało powiedzieć, że już jest w połowie w niebie…

Anię wspominam jako osobę bardzo ciepłą, potrafiącą zauważyć różne bolączki, trudności, zmartwienia konkretnych ludzi. Myśląc ewangelicznie – na pewno by zauważyła, że „nie mają już wina…”. Pamiętam, jak troszczyła się, żeby inni włączali się w oprawę liturgii Mszy św. 

Nigdy nie słyszałam jej narzekającej na stan zdrowia, choć nieraz na pewno było jej ciężko. 

Nie bała się stawiać czoła nowym wyzwaniom, choćby były trudne… Nawet na emeryturze dawała korepetycje, choć musiała się do nich dobrze przygotowywać. 

Pamiętam rejonowe spotkanie posługujących w Poradni Rodzinnej. Po prelekcji Pani Sylwii dotyczącej NPR-u Ania dopowiedziała: i na tym przykładzie widać, że naprawdę Panem życia i śmierci jest sam Bóg.

I jeszcze jedno…. Pewnie nie zdecydowalibyśmy się z mężem na posługiwanie w ruchu jako para rejonowa. To Ania, mimo choroby z nami rozmawiała. Tłumaczyła, że posługa jest trudna i wymagająca. Nieraz możemy czuć się przytłoczeni obowiązkami, ale… mówiła, że warto zaufać Duchowi świętemu i zgodzić się na kandydowanie… Bo Pan Bóg daje też przez tę posługę takie łaski, dla małżeństwa, dla rodziny, że nigdy byśmy się tego nie spodziewali i nie śmieli prosić. Kogo Pan Bóg powołuje tego też uzdalnia do służby – mówiła za ks. Blachnickim. 

Wierzę mocno, iż Ona tam już jest w Domu Ojca… i jak wspomniano na pogrzebie: tam również angażuje się w sprawę rychłej beatyfikacji założyciela Ruchu Światło-Życie.

Magdalena Szerszeń, Dębica

 

Z Anią trwaliśmy w Kręgu św. Józefa przy parafii św. Jadwigi w Dębicy od 1994 roku. To Ania z mężem Jackiem, którzy byli w Ruchu Światło-Życie od 1979 roku a Domowym Kościele od 1988, zachęcili kila małżeństw, znajomych z pracy, osiedla, parafii do utworzenia kręgu rodzin. Wrodzona skromność, uprzejmość i delikatność oraz umiejętność odpowiedniej zachęty pozwoliła Ani zarazić nas wszystkich entuzjazmem na drodze stawania się „nowym człowiekiem”. 

Razem z Jackiem bardzo dbali o rzetelność przekazu wartości Ruchu, a jednocześnie pokazywali na przykładzie swojej rodziny jakie to przynosi w życiu efekty. Ania wraz Jackiem tworzyli taką niepowtarzalną jedność, wzajemnie się idealnie uzupełniali i od samego początku uczyli nas odkrywania charyzmatu Ruchu Światło-Życie. Takim charakterystycznym dla nich sposobem przedstawiania się było powiedzenie: „Mamy na imię Ania i Jacek”, co od razu kierowało uwagę słuchających na istotę ich posługi – posługi małżeńskiej. Dla nas takim wielkim odkryciem jedności małżeństwa było to, jak Ania z Jackiem idąc do kościoła trzymali się za ręce. Ten zwyczajny gest, był tak piękny i „zaraźliwy”, że nie tylko my, ale i inne małżeństwa potem tak czyniły.

Ania z Jackiem dzieląc się swoim doświadczeniem uczyli nas także różnych sposobów jak zachęcić nasze dzieci do modlitwy, jak bardziej ich zaangażować, jak z nimi czytać Słowo Boże, czy też dobrą książkę, np. Opowieści z Narnii. Razem z Anią w kręgu uczyliśmy się także słuchać siebie nawzajem oraz patrzeć na potrzeby innych. To dzięki staraniom Ani i Jacka, nam i innym małżeństwom udawało się wyjeżdżać na oazy czy inne rekolekcje. Tam mogliśmy doświadczyć wielkiej życzliwości, profesjonalizmu i opiekuńczości naszych animatorów. Pomimo , że nie zawsze im zdrowie dopisywało, a zajęć nie brakowało, zawsze znaleźli czas na ciepłe słowo i uśmiech dla innych. Za przyczyną Ani można było w pełni docenić także piękno stroju kobiety. Miała taki spokojny, pełen kobiecości, godności i elegancji styl ubierania się, a czyniła to tak „mimochodem”. 

Na oazie „Jacki” uczyli nas radowania się wszystkim co nam Bóg daje. Jak było trudno, zawsze podtrzymywali nas na duchu opowieścią o tym, jak to oni przyjechali na pierwszą swoją oazę autobusem z dwoma plecakami, dwójką dzieci i nocnikiem w ręce. To zazwyczaj wystarczyło, by każdy pomyślał, że nie jest tak źle.

Ania z Jackiem będąc w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, swoim przykładem i świadectwem gorąco zachęcali nas i innych do podpisania deklaracji. Czynili to tak skutecznie, że teraz nie tylko my, ale i nasze dzieci i ich małżonkowie są w Krucjacie. 

Troska Ani o innych, jej otwarte serce i chęć dzielenia się z potrzebującymi konkretów nabierała w rzeczywistości sąsiedzkiej i parafialnej. Chętnie dzieliła się tym co miała, a w naszej rodzinie do tej pory z rozrzewnieniem wspominamy garnek bigosu przyniesiony przez Anię, gdy mieliśmy problemy zdrowotne.

W parafii Ania przez pewien czas pracowała w Oddziale Caritas, a potem razem z Jackiem w poradni rodzinnej. Jak podkreślała „trzeba być darem dla innych” i chętnie służyła radą i pomocą wielu, bardzo wielu osobom. Takim wyraźnym dowodem tej wielkiej liczby obdarowanych przez Anię, jest ogromna liczba osób, które przybyły na jej pogrzeb oraz długa lista intencji mszalnych za zmarłą.

Ania z Jackiem będąc w naszym kręgu, pełnili posługę pary krajowej, posługę pary diecezjalnej, oraz dwa razy posługę pary rejonowej. Są członkami Stowarzyszenia „Diakonia Ruchu Światło-Życie, aktywnie uczestniczyli w Diakonii Ewangelizacji. Pomimo tak dużego zaangażowania, Ania i Jacek zawsze na spotkania naszego kręgu przychodzili w pełni przygotowani, w miarę swoich możliwości włączali się także w prace na rzecz rejonu czy parafii. Chętnie służyli także nam, rodzinom swojego kręgu w wyjaśnianiu różnych spraw zwianych z Ruchem. To w tym czasie Ania i Jacek widząc różne zagrożenia oraz dbając o charyzmat Ruchu, zgodny z wolą jego Założyciela, gorąco nas zachęcali do modlitw w tych sprawach za wstawiennictwem ojca Blachnickiego. 

Ta mnogość obowiązków i zajęć nie przeszkodziła Ani i Jackowi dbać o swoją rodzinę. Starali się o wszechstronne wykształcenie swoich dzieci i rozwój ich powołań. Ich córka Ola i syn Mateusz przeszli drogę młodzieżową Ruchu Światło-Życie. Mateusz od dziewięciu lat księdzem diecezjalnym.

Ania zawsze uczyła nas wszystkich postawy służby, na wzór Chrystusa Sługi. Ta nauka przeniosła się także na jej świadectwo. Ania od jakiegoś czasu zmagała się z chorobą nowotworową, o czym wiedzieli tylko nieliczni. Nie chciała zbytnio innych tym absorbować.

Była jednak pogodna i pełna nadziei w Panu, a swoją siłę brała z Eucharystii. Do końca była przepełniona troską o innych; tych najbliższych ale i tych najbardziej potrzebujących, stąd jej prośba by nie przynosić na jej pogrzeb kwiatów, a pieniądze przeznaczyć na potrzeby Caritas. 

Aniu, jeszcze w tym roku formacyjnym przerabialiśmy tematy z „Listów” – uczynki miłosierne co do ciała. W czasie dzielenia wielokrotnie podkreślałaś, że życie człowieka się nie kończy, ale zmienia formę. Głęboko w to wierząc i mając nadzieję w Jezusie Chrystusie, naszym Panu i Zbawcy, mówimy Ci: Do zobaczenia!

Krystyna i Zdzisław Warzechowie 

 

Ania była wyjątkową osobą o wielkim sercu. Posługiwaliśmy z naszymi mężami na różnych szczeblach w Domowym Kościele diecezji tarnowskiej i poza nią. Dlatego znałyśmy się bliżej. Niejednokrotnie wspólnie podróżowaliśmy. Ania była kobietą wielkich lotów, która służyła z ogromnym zaangażowaniem, dając całą siebie innym. Cokolwiek czyniła to robiła to z miłością i wielkim sercem oczywiście z mężem Jackiem. Oni zawsze i wszędzie byli razem. Zawsze wypowiadali się na różne tematy i te łatwe i te trudne. Mieli własne zdanie i nie lękali się o tym mówić .

Ruch Światło-Życie, Domowy Kościół był bardzo ważny w ich życiu małżeńskim, rodzinnym i wspólnotowym .Troszczyli się o jedność tego ruchu od samego początku poprzez systematyczną formację (ewangelizacja, deuterokatechumenat i diakonię – służbę). Posługiwali na wielu rekolekcjach i ORARA-ch w kraju i za granicą .

Ja zapamiętam Anię jako osobę serdeczną, ciepłą, miłą, wrażliwą i bardzo konsekwentną w swoich poczynaniach. Emanowała swoją delikatnością i zaufaniem Panu na 100% . Zawsze znajdowała czas dla drugiego człowieka dostrzegała w nim to co inni nie widzieli. Dla mnie osobiście była wzorem i przykładem do naśladowania . Wspierała mnie w trudnych chwilach i mojej chorobie.

Dzięki za to Aniu !

My z mężem, kiedy dowiedzieliśmy się o jej chorobie, wspieraliśmy ją modlitwą. Gdy była w szpitalu, kontaktowałyśmy się telefonicznie, dopóki mogła rozmawiać. Ostatni raz zadzwoniłam w dzień jej imienin, ale już rozmawiałam z Jackiem, przekazałam życzenia prosząc, aby ją pobłogosławił i ukochał od nas. A rano otrzymaliśmy informację o odejściu Ani . Było to dla mnie bardzo trudne.

Wierzymy jednak , że Ania jest już blisko Pana , że jest szczęśliwa spokojna i modli się za nas, za cały Ruch Światło-Życie i o rychłą beatyfikację jego założyciela czcigodnego sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego.

Polecamy ją Panu w modlitwie.

Aniu, będzie mi Ciebie brakowało!

Elżbieta

 

23 lata temu Ania i Jacek zaprosili nas do nowo tworzącego się kręgu pw. Św. Józefa. Dziękujemy Bogu za dar spotkania na naszej drodze takich ludzi jak Ania i Jacek. 

Ania była dobrym i ciepłym człowiekiem wyróżniającym się bardzo w dzisiejszym świecie, z daleka bił od niej spokój i radość. Była osobą głębokiej wiary, otwarta na potrzeby innych, niezwykle delikatna, subtelna i skromna. Potrafiła nas zawsze wysłuchać i wesprzeć w trudnych chwilach naszego życia – zamawiając Mszę Świętą i zapewniając o dalszej modlitwie. 

Ania zawsze zatroskana była o dobro każdego człowieka, szczególnie to duchowe. Ponadto tak zwyczajnie była bardzo gościnna, dzieląc się z nami tym co miała najlepsze. 

Poprzez życie Ani mogliśmy doświadczyć już tu na ziemi dobroci i miłości Boga. Aniu teraz jeszcze bardziej zawstydzasz nas i mobilizujesz do solidnego wypełniania zobowiązań DK, Ty zawsze byłaś systematyczna, dokładna i rzetelnie przygotowana do każdego spotkania.

Do zobaczenia

Halina i Adam

 

Pisząc swoje wspomnienie o Annie muszę sięgnąć pamięcią do naszego pierwszego spotkania z Anną i Jackiem. Było to 20 lat temu, podczas zimowego wyjazdu naszych grup apostolsko-oazowych do Szczawnicy, ośrodka Ruchu Światło-Życie diecezji tarnowskiej. Odwiedzili nas wtedy ze swoim synem Mateuszem i to głównie przez jego osobę pamiętam to spotkanie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jesteśmy parafianami, a ja miałem wtedy 15 lat. Krótko po tej zimowej eskapadzie moje drogi z Ruchem wiązały się mocniej i mocniej, aby po trzech latach stać się już bardzo silną więzią. 

Tak też spotykałem Annę, przez nasze wspólne przeżywanie rejonowe Dni Wspólnoty Ruchu czy Msze Święte wspólnotowe w parafii. Wspólna obecność na modlitwie wspólnotowej to przez cały ten czas 20 lat jest wspólny mianownik mojego wspomnienia zapisanego w sercu. Najwięcej jednak o niej wiedziałem z mojej przyjaźni z Mateuszem, ich synem. Zbiegło się to z ich podjęciem posługi na szczeblu krajowym wobec Domowego Kościoła. Na pewno urzekała w niej cicha radość i promieniowanie pokojem który z niej bił. Jednak po latach, kiedy wspominam te okruchy pamięci z młodości to chyba najbardziej im obojgu jestem wdzięczny za świadectwo dawane o jedności obu gałęzi Ruchu. Coś co dla mnie było także dzięki im oczywiste i co mogłem tu prawie u samego zarania rodzącej się wspólnoty w Irlandii przekazywać. Nie tylko jako coś teoretycznego ale jako coś w czym wyrosłem i to w doświadczeniu Kościoła lokalnego. 

Ostatni raz w przestrzeni Ruchu spotkaliśmy się w roku, kiedy odwiedzili ogólnopolski ONŻ III stopień w Krakowie, gdzie i ja posługiwałem. Dawali wtedy świadectwo o DK ale i o swoim małżeństwie. Po tamtym czasie moje drogi z Ruchem się rozluźniły i rozeszły. Kiedy w 2011 roku miałem swoje prymicje wyjeżdżając na moją stałą posługę misyjną do Irlandii, ogromnym zaskoczeniem było dla mnie, że to właśnie oni w imieniu parafii składali mi życzenia. Annę z Jackiem wciąż oczywiście spotykałem na codziennych Eucharystiach, kiedy przyjeżdżałem w odwiedziny do rodzinnej Dębicy. Kiedy już wróciłem do posługi Ruchowi przez jego narodziny w Irlandii, zdarzyło nam się mieć dłuższą rozmowę o Domowym Kościele. 

Chyba dość symbolicznie i opatrznościowo moje ostatnie spotkanie a Anną było takie samo jak pierwsze. Przyjechałem w zeszłym roku w dzień rozpoczęcia Oazy Rodzin I stopnia do Szczawnicy odwiedzić małżeństwo i kapłana od nas z Irlandii, którzy w niej uczestniczyli. Anna rozmawiając ze mną dość speszona z wielką pokorą zapytała jak się ma do mnie zwracać, uspokoiłem ją, że przecież znali mnie praktycznie od dziecka, więc nie ma potrzeby żadnej formalnej zmiany. 

W tym roku moderowałem ORDR II na Jagiellońskiej. Ktoś poprosił aby jedną z Eucharystii ofiarować za jej duszę. Po jej odprawieniu, na drugi dzień w Krościenku spotkałem też Jacka. Myślę sobie, że jakoś tajemniczo Duch Święty nie pozwalał nam daleko od siebie odejść, mimo że nie łączyła nas ludzka przyjaźń, to na pewno ukryta więź poprzez charyzmat Światło-Życie.

o. Bartłomiej Parys, SVD - Irlandia