Praca

(170 - luty - marzec 2010)

z cyklu "To lubię"

Świat pocztówek

Radosław Pietrykowski

Historia pocztówek rozpoczęła się w 1865 roku, a w obieg weszły 4 lata później; dokładnie 140 lat temu na terenie Monarchii Austro-Wę-gierskiej. Na terenie Polski rozpowszechniły się u schyłku wieku XIX, a nazwę „pocztówka” zawdzięczamy samemu Henrykowi Sienkiewiczowi, który wygrał konkurs na „imię” dla tej formy listu w 1900 roku. Filokartystyka, inaczej zwana pocztówkarstwem, od początku towarzyszyła kartom pocztowym. Sama kartka, poza treścią listu, miała pewne przesłanie i była doskonałą pamiątką!

Moje zainteresowanie pocztówkami zaczęło się w szkole podstawowej. Wtedy każdy próbował coś zbierać. Rozpocząłem od znaczków; te jednak dość szybko znudziły mi się. Potrze-bowałem czegoś, co nie jest aż tak powszechne (a za takie uwa-żałem kolekcje znaczków czy monet) i jednocześnie nie wyma-ga wielkiego wkładu finanso-wego (dla dziecięcej kieszeni to istotne!). 

Pierwsze egzemplarze były „zdobyczne” – przysłane okazyj-nie do Rodziców. Następne kupowałem przy okazji wycie-czek i dłuższych wyjazdów. Wielkim wsparciem była dla mnie rodzina oraz przyjaciele i znajomi, od których otrzyma- łem niejedną pocztówkę. Zdoby-łem także trochę na aukcjach. Obecnie mam ich blisko cztery tysiące. Do niedawna sądziłem, że jest to dużo, jednak przy kolekcjonerach ze stu tysięcznym zapleczem czuję się jak początkujący. I rzeczywiście tak jest. Dopiero odkrywam tajniki filokartystyki. Powoli zaczynam poznawać ten świat.

Wielu kolekcjonerów ogranicza zbiory do jednej tematyki. Ja natomiast zbieram wszystkie. Nie uważam braku „specjalizacji” za brak profesjonalizmu kolekcjonera, gdyż każda pocztówka jest mi bardzo droga. Sporo osób dyskwalifikuje karty, które znalazły się w obiegu pocztowym (są zapisane). Ja uważam je za jeszcze bardziej wartościowe, bowiem są one doskonałym świadectwem historii i kultury! Teraz z ciekawością czytamy, jak dawniej pisywano listy, jak to robili pradziadkowie. Czemu nie dać tej szansy naszym prawnukom?

Mam kilka pocztówek, które uważam za najcenniejsze. Pierwszą jest kartka z lat dwudziestych przedstawiająca wnętrze katedry wileńskiej; zaadresowana, ze znaczkiem i stemplami. Choć nie jedyna moja z tego okresu, to cenna jest mi z powodu miejsca, które przedstawia. Inne to kolekcja kart świątecznych wyda-nych przez „Solidarność” – moż-na by rzec: kolekcja konspiracyj-na. Wielką wartość mają te pocz-tówki, które ktoś oddał mi mając samemu do nich wielki sentyment. Ostatnio otrzymałem taką z Tajlandii. 

Cały mój zbiór staram się przechowywać w albumach; odpowiednio posegregowany. Ma to dwie istotne zalety: są mniej narażone na uszkodzenia mechaniczne, a jednocześnie mogę pokazać je innym bez obaw o późniejsze ponowne porządkowa-nie.

Wiele kartek ma swoje historie. Niektóre otrzymałem przypadkowo, przez pomyłkę na-dawcy. Są też takie, które posiadają autografy. Ciekawa jest ta, która służyła jako bilet wstępu do Parku Narodowego Gór Stołowych. Po niektóre szedłem wiele kilometrów, aby tylko dotrzeć do miejsca gdzie mogę nabyć coś nowego do albumu. Niespodziewanie, około półtora roku temu, zakupiłem na Kopcu Kościuszki w Krakowie kilka kart pocztowych z lat 70’. Co ciekawe, nie były one wystawione jako stare, kolekcjonerskie lecz z przeznaczeniem wysłania, jak każda współczesna.

Obecnie najbardziej poszukiwane przez mnie pocztówki to kolekcje łotewskie i litewskie. Jestem zafascynowany tymi krajami, dlatego chętnie tam powrócę i przy okazji powiększę swoje zbiory. Urzekają mnie widoków-ki przedwojenne, lecz zdobycie ich w większej ilości to cel dale-kosiężny.

Nigdy nie myślałem o sprze-daży swoich zbiorów. Włożyłem wiele pracy, by nabrały one konkretny kształt; dlatego pozbycie się ich oznaczałoby rezygnację z siebie, pozbycie się swoich marzeń. Owszem, bywają czasy, kiedy człowiek musi zająć się ważniejszymi sprawami i wtedy kartki schodzą na dalszy plan, ale prędzej czy później znowu do nich powracam. 

Czego nauczyłem się dzięki pocztówkarstwie? Po pierwsze cierpliwości i pokory. Wiem, że nie zawsze mogę każdy napotkany egzemplarz kupić, a segregowanie i spisywanie wymagają wielu godzin monotonnej pracy. Nie czytam korespondencji współczesnej, przez szacunek do osób, od których dostałem część kartek; ale patrząc na tę sprzed siedemdziesięciu lat, coraz chętniej zgłębiam kulturę tamtego okresu. Nie tylko geografii można się nauczyć – o wiele istotniejsza jest historia zamknięta w fotografii, rycinie i atramencie.

Filokartystyka to hobby dla każdego. Nie trzeba być wielkim specjalistą, by rozpocząć tę przygodę. Doświadczenie i znajomość pewnych pojęć przyjdzie z czasem. Chciałbym, by było wielu takich zapaleńców, co pragną poznać życie, w jakże dziś modny sposób doby nauki niekonwencjonalnej – z opowieści pocztówkowych!