Sprawy ostateczne

(133 - listopad - grudzień 2004)

z cyklu "W szkole animatora"

Szukać wspólnego języka

Jan Halbersztat

Jeśli spotykają się dwie osoby mówiące różnymi językami, to może się okazać, że mają poważne trudności w dogadaniu się. Jeśli na przykład ja — Polak — chcę porozmawiać ze znajomym moich rodziców, który jest Francuzem, to mamy trzy możliwości:
— albo ja znam francuski (a, niestety, nie znam);
— albo Pierre zna polski (no, przykro mi, ale nic z tego…);
— albo obaj znamy jakiś „język trzeci”, na przykład angielski.
Jeśli żaden z powyższych warunków nie zostanie spełniony — to choćbyśmy mieli dużo wspólnego, wyznawali podobne poglądy, te same ideały i wartości, lubili tę samą literaturę i muzykę, słowem — choćbyśmy byli naprawdę podobni — nic z tego. Nie pogadamy.
Banał? Jasne. Dlaczego zatem czasami tak ciężko przychodzi nam (nam — animatorom, ale i w ogóle nam — ludziom Kościoła) zaakceptować tę prawdę, kiedy przychodzi do głoszenia Chrystusa?
Kiedy misjonarze — świeccy czy duchowni — przygotowują się do wyjazdu na misje, uczą się języka ludzi, do których jadą. Jeśli jadą do Chin — muszą znać chiński, i to narzecze konkretnego regionu. Jeśli do Ameryki Południowej — nie wystarczy znajomość hiszpańskiego czy portugalskiego, trzeba jeszcze mówić w języku konkretnego szczepu czy plemienia…
Aby skutecznie głosić Ewangelię, trzeba mówić językiem zrozumiałym dla tych, którym ma ona być głoszona. Ów „język” to nie tylko słownictwo i reguły gramatyczne, jakimi posługują się poszczególne narody czy grupy ludzi, ale także cała sfera kultury, filozofii czy szeroko pojętego sposobu myślenia i przeżywania świata. Doskonale rozumiał to apostoł Paweł, który potrafił prowadzić dialog z wartościami kulturowymi i religijnymi różnych ludów. Mieszkańcom Likaonii, którzy wyznawali religię kosmiczną, przypomina on doświadczenia religijne odnoszące się do kosmosu; z Grekami dyskutuje o filozofii i cytuje ich poetów (encyklika „Redemptoris missio”, 25).
Czy zatem my, animatorzy, potrafimy mówić o Bogu językiem ludzi, do których jesteśmy posłani? Czy w ogóle próbujemy się tego języka uczyć?
Jeśli prowadzimy małą grupę — zastanówmy się, w jakim wieku są nasi uczestnicy, jakie mają wykształcenie, z jakich środowisk pochodzą. Jasne, wszyscy mówimy po polsku — ale czy na pewno jest to ten sam język?
Na przykład — czy umiemy mówić językiem współczesnych nastolatków? Oczywiście — nie chodzi mi o to, żebyśmy — na przykład — przeklinali czy używali wulgarnych wyrażeń. Nie chodzi także o to, żeby silić się na „młodzieżowy luz”, używać szkolnego slangu. Młodzi ludzie zawsze wychwycą fałsz i udawanie, mówienie im, że
„Jezus jest cool” a „Kościół jest trendy” wywoła tylko uśmiech politowania na ich twarzach. Chodzi natomiast o to, żebyśmy rozumieli świat, w którym ci ludzie żyją, poznali ich sposób myślenia, świat skojarzeń, sposób patrzenia na rzeczywistość. Czy wiesz, jakie hobby mają twoi uczestnicy? Jak spędzają wakacje? Czy wiesz, jakiej muzyki słuchają (to ostatnie może szczególnie ważne w czasach, kiedy często właśnie rodzaj słuchanej muzyki określa dużą część życia młodego człowieka…)?
Pójdźmy o krok dalej — czy próbowałeś kiedyś posłuchać tej muzyki (żeby zostać przy tym przykładzie)? Nie musi ci się ona podobać, nie musisz jej słuchać regularnie, nie chodzi także o to, żeby pokazać uczestnikom, że jesteś „spoko gość”, bo słuchasz tego, co oni. Nie — chodzi tylko o to, żeby zrozumieć ludzi, którym masz przybliżać Chrystusa. Żeby wiedzieć, co dla nich ważne, w jakiej rzeczywistości żyją na co dzień. Żeby nauczyć się ich wrażliwości — nawet, jeśli zupełnie nie pokrywa się ona z Twoją wrażliwością.
Bardzo łatwo — kiedyś już o tym pisałem — nawet podświadomie „uznać się za lepszego” — za doroślejszego, za człowieka o bardziej wyrobionym guście, widzącego świat we właściwych proporcjach, „poukładanego”. I bardzo łatwo — słowem, gestem, zachowaniem – dawać uczestnikom do zrozumienia, że tak jest. A to droga do nikąd. Żeby powiedzieć człowiekowi o Chrystusie — trzeba najpierw nauczyć się mówić jego językiem (bo dużą naiwnością byłoby sądzić, że człowiek, który na przykład dopiero zaczyna drogę nawrócenia, będzie chciał od razu uczyć się „naszego języka”).