Słuchać Pana

(173 - lipiec - sierpień 2010)

z cyklu "W szkole animatora"

Teraz życie

Anna Lipska

Często ostatnio ocieram się, a raczej obijam, o rozbieżności między słodką kościółkowo-oazową teorią i anielską duchowością a twardym, wiele kosztującym życiem. Wciąż mnie dziwi, że w człowieku te sfery niekoniecznie się pokrywają i że dysproporcje w dojrzewaniu różnych płaszczyzn człowieczeństwa w jednej osobie mogą być tak duże. Miły, fajny, zaangażowany animator, bardzo ceniony w oazowym świecie, może być nieodpowiedzialnym obywatelem, biernym członkiem rodziny, lekceważącym naukę uczniem, czy nieodpowiedzialną, raniącą innych „sympatią”. I nie chodzi mi tym razem o to, że ktoś jest zupełną sierotą w czynnościach praktycznych typu „przybić gwóźdź”, czy „ugotować obiad”. Ale o to, że osoba rozwinięta intelektualnie, mająca w sobie empatię i dojrzałą emocjonalność, mająca potencjał duchowy, doskonale znająca treści formacyjne, może tego nie przenosić na życie „pozareligijne”.

Wciąż widzę jak rozjeżdża się teoria z praktyką a piękne słówka nie zgadzają się z konkretnym, namacalnym zachowaniem. Jesteśmy coraz lepsi w kadzeniu sobie i brylowaniu religijnym i coraz bardziej za-wodzimy jeśli chodzi o zwykłe decyzje i ludzką przyzwoitość. A potem jeszcze uśmiechamy się, posypując kolejnymi słowami – jedność, zgoda. To jakaś porażka formacyjna i osobowościowa!

Łatwo jest jeździć na ewangelizacje i płomiennym językiem mówić o miłości Bożej i wspólnocie. Trudniej przyjąć np. na towarzyskim spotkaniu osobę tak bardzo nie przystającą do nas swoim zachowaniem i bezkrytyczną, że aż śmieszy. Łatwo głosić ciekawą konferencję. Trudniej zwrócić uwagę osobie, której sympatii nie chcemy stracić. Łatwo modlić się pięknie, trudno pięknie żyć. Modlić się trzeba, ale modlitwa nie może być ucieczką przed odpowiedzialnością – odmówmy różaniec i udawajmy, że się nic nie stało. Głupio mówić o Nowej Kulturze bez zwykłej ludzkiej kultury, o formacji bez zwykłej ludzkiej dojrzałości, o odpowiedzialności bez zwykłej ludzkiej przyzwoitości i o świętości bez przejawiania choćby szczątkowej klasy. Najpierw prawdziwe, święte życie, a potem święcona teoria. 

Kształtujemy w oazie intelekt, gromadzimy wiedzę, coraz częściej dbamy o sferę emocjonalną. A najczęściej zawodzi wola. Zwykła, silna i wolna wola. Jak ją kształtować? Jak nad nią pracować? Jak uczyć się, że „nie chce mi się, ale zrobię” i „chce mi się, ale nie zrobię” – i że to jest dobre, choć takie niedzisiejsze? Jak przekuć słowo w czyn, myślenie w działanie?

Ja nie wiem. Staram się być wiarygodnym świadkiem, modlę się za kogoś, towarzyszę. A tu po latach była współanimatorka okazuje się być osobą niepraktykującą, „wzorcowa” oazowiczka dorasta i wiąże się z rozwodnikiem, jakaś para regularnie po ślubie stosuje antykoncepcję, a inna podejmuje się in vitro. Teoria swoje, życie swoje. No cóż, wolna wola. Tylko jak pomóc jeszcze na drodze wzrastania w twarde, prozaiczne życie, w tym by ciało i duch szły razem? 

Chyba takie „praktyki animatorskie” każdemu by się przydały, aby nie było za nieprawdziwie-pobożnie-słodko, choćby na zwieńczenie pełnoletności, ukończenia formacji podstawowej i wejścia w dorosłe życie. Tak, żeby zweryfikować swoją dojrzałość, wiarygodność – i wolę. Może bąble na dłoniach oduczą nas teorii? Albo zasypianie z dobrego zmęczenia w połowie drogi do łóżka? Jeśli godzinka zmywania naczyń lub pół godziny dziennie sprzątania korytarza i łazienki na rekolekcjach nie wystarczy, to może potrzeba czegoś mocniejszego? Na wolontariuszy czeka Krościenko, czy Carlsberg, choć na 2-3 miesiące, do szczotki, kuchni, papierów czy czegokolwiek jeszcze, po dorosłemu. Kazachstan potrzebuje osób, które zamiast wachlować się konspektem zajmą się parafią, dzieciakami, uczeniem języka i sprzątaniem kościoła. Do Kenii potrzeba nie tylko kogoś do opieki społecznej, czy obsługi komputera, ale nawet piekarzy, murarzy, pracowników fizycznych, którzy ubrudzą się pyłem drogi, a nie kadzidła. Poza tym są lokalne ośrodki Ruchu, w których trzeba ponosić tapczany, przybić gwoździe, wyprać dwadzieścia alb, jesienią porąbać 10 kubików drewna, zimą przez trzy godziny dziennie odśnieżać.

A jak już umyjemy ręce z kurzu, to sięgniemy po kadzidło. I nasza koszulka ewangelizacyjna będzie miała inną wagę.