Krucjata Wyzwolenia Człowieka

(185 - kwiecień 2012)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Tęsknię za Brazylią

Agnieszka Rakowska

Agnieszka, świecka misjonarka wywodząca się z Ruchu Światło-Życie spędziła dwa lata we wschodniej części Brazylii (stan Bahia), w kilkunastotysięcznym mieście Umburanas. Oto kilka migawek z życia brazylijskiej prowincji, utrwalonych w jej wspomnieniach (Agnieszka Salamucha).

 

Dzisiejszy księżyc, widoczny jeszcze przy zachodzącym słońcu, sprawił, że wróciłam myślą do objazdu wiosek w parafii w dalekiej Bra-zylii. 

Woda – deszcz

Listopad jest czasem oczekiwania na deszcz. Normalnie w tym miesiącu powinna zacząć się pora deszczowa, ale tam, gdzie mieszkałam, opady zdarzają się naprawdę rzadko. Deszcz pada mniej więcej przez tydzień i tak obficie, że w licznych domach przeciekają dachy. Zdarzało się, że i w parafialnym kościele musieliśmy zbierać wodę z podłogi, bo rynny nie były w stanie jej odprowadzić.

Woda to ratunek dla ludzi, zwierząt i ziemi. Nareszcie dos-tępna jest w nadmiarze i nie trze-ba przywozić jej ciężarówkami – samochody nie należą do najnowszych i wiele wody „ucieka” z nieszczelnego zbiornika. Deszczówkę „łapie” się z rynny do cysterny zbudowanej przy domu na podwórzu. Nie wszystkich stać na postawienie cysterny. Ci najbiedniejsi otrzymywali pomoc od siostry ze zgromadzenia bezhabitowego z Irlandii, która pracuje tam od kilkunastu lat i dzięki pieniądzom przywiezionym z Europy sfinansowała budowę wielu zbiorników na wodę.

Z pierwszym deszczem ludzie wychodzą w pole, żeby posadzić przede wszystkim fasolę i kukurydzę, bo to podstawa jedzenia, a dzięki ich sprzedaży jest też za co żyć. Po deszczu robi się ślicz-nie, zielono, wszystko kwitnie – nie jest tak pięknie jak w Polsce, ale każda ziemia ma swoje uroki. Jest to radość dla oczu po wielu miesiącach suszy, kiedy – poza kaktusami – wszystko jest wypa-lone. Nareszcie jest czym oddy-chać i znika poeira (kurz). Za to pojawiają się nie wiadomo skąd, różnego rodzaju robaki – jakby wychodziły spod ziemi.

Każdy cieszy się tym pierwszym deszczem. Dzieciaki wychodzą na ulice i bawią się w strumieniach lejącej się z nieba wody, stają pod rynnami, brodzą w kałużach… Niestety, radość nie trwa długo. Po tym deszczu na kolejny trzeba czekać nawet dwa miesiące, co znaczy, że to, co powinno rosnąć w polu, po wypuszczeniu kiełków albo ginie wypalone przez słońce, albo jest zaatakowane przez szkodniki. A nie każdego stać na to, by kupić środki owadobójcze.

Deszcz często wstrzymuje wyjazdy księży misjonarzy do wiosek z Mszą świętą. Przejazd drogami jest trudny – woda zmienia je w strumienie i rozmywa wszystko, a jazda po glinie przypomina jazdę po lodzie.

W Umburanas woda gruntowa jest słona z powodu geologicznego podłoża, które zasala wodę, i potrzebne są pompy do jej odsalania. Ale w pewnej wsi na terenie parafii jest źródło i zbiornik ze słodką wodą. Mieszkańcy specjalnie ogrodzili to miejsce, by przypadkiem zwierzęta nie weszły i nie naro-biły szkód. Zbiornik na wodę został podzielony na dwie komory, z wodą dla ludzi i dla zwierząt. Tyle tylko, że woda w obu zbior-nikach niczym się nie różni i jest brudna. Kto ma filtry, ten ich używa, ale służą mu one przez okres dłuższy niż miesiąc czy dwa.

Dzieci – kolonie

W grudniu kończy się rok szkolny, dzieci i młodzież zaczynają wakacje. Styczeń i luty to czas największych upałów – temperatura dochodzi do 40 stopni. Na szczęście klimat jest suchy, a upały nie są tak dokuczliwe jak na terenach oddalonych o jakieś 100 km, gdzie wilgoć z palącym słońcem potrafią wycisnąć wszystkie poty!

Siostra Irlandka, o której wspominałam, we współpracy z miejscową młodzieżą i dorosłymi organizuje od kilku lat kolonie dla dzieci. Chodzi o to, by szczególnie te najbiedniejsze dzieciaki mogły choć parę dni przeżyć inaczej niż zwykle. Rodziców nie stać na to, by zorganizować im czas, zapewnić wyjazd poza miejscowość, w której mieszkają. Ich podstawowym zmartwieniem jest zadbać o to, by dzieci miały co jeść i w co się ubrać.

Prowadzący kolonie wyróżniają się spośród wszystkich charakterystycznymi koszulkami. Kilka kobiet szyje je wcześniej. Na koszulkach znajduje się nadruk informujący, która to edycja „im-prezy”. Koszulki – różowe, pomarańczowe lub turkusowe, w zależności od tego, jaki kolor zostanie wybrany w danym roku, są wyróżnieniem dla tych mło-dych ludzi. Oznaczają, że są oni za coś odpowiedzialni, nawet jeśli nie wszystko się udaje. A dzieci łatwo rozpoznają organi-zatorów w tłumie, gromadzącym z każdym dniem coraz więcej uczestników.

Najbardziej zapadły mi w pamięć kolonie organizowane po raz pierwszy w najbiedniejszej wiosce. Biednej pod każdym względem – moralnym, duchowym, finansowym. Za to bogatej w dzieci, od których tam się roi. Jedną z zabaw była gra w piłkę nożną (oczywiście!) Dzieciaki biegały boso, zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. To najwygod- niejszy sposób, bo „japonki” to żadne buty do gry. (Przedziwne jest to, że każda wioska – nawet najmniejsza, ma boisko do piłki nożnej i to super przygotowane, to znaczy równiutkie, czego nie można powiedzieć o drogach!) Mam w pamięci scenę, gdy na boisku pojawiła się dziewczynka ubrana w białą sukienkę, prawdopodobnie najlepszą, jaką miała w domu. Przyszła na kolonie i chciała ładnie wyglądać, a że akurat były rozgrywki piłki nożnej, nic nie stało na przeszkodzie, by wyjść na boisko i biegać za piłką w sukience.

Życie – pasje

Każdy Brazylijczyk wie, co dzieje się w polityce i w piłce nożnej! Poza tymi dwiema dziedzinami mają różne inne pasje, którym się oddają. Na przykład większość mężczyzn łapie ptaki, by trzymać je potem w domu w klatce. Dlaczego to robią? Nie wiem. Na pewno są dumni z faktu, że sami je złapali. W większości mają papugi lub inne „regio- nalne” ptaki. Gdy przy jednym z domów zobaczyłam kanarka, od razu zapamiętałam ten szcze-gół.

Kobiety zajmują się domem. Nie znają robótek na drutach, za to w pracach wykonywanych szydełkiem są mistrzyniami. Kiedyś pokazały mi torebkę zrobioną z części wyciętych z butelek plastikowych, obrabianych szydełkiem. Musiałam sobie taką zrobić! Inne prace ręczne to wyszywanie obrusów, osłonek na filtry na wodę, serwetek.

Nie ma raczej domu, w którym brakuje telewizora – nawet w wioskach, gdzie prąd podłączono stosunkowo niedawno. (Wyjechałam do Brazylii w 2006 roku a z rozmów z księżmi wiem, że wiele wiosek miało prąd od 2 lat). Na naszych comiesięcznych drogach objazdowych była urokliwie położona wieś Gruna – najdalej położona w parafii. Kilka domów, szkoła i… brak prądu. Może dziś jest już inaczej?

Brazylijczycy z pasją oglądają telenowele. Ci, żyjący z dala od wielkiego miasta, marzą o takich domach jak w filmach; młode dziewczyny śnią o przystojnych mężczyznach. Z żywym zaintere-sowaniem śledzą losy bohaterów, intrygi, miłości, kłótnie… Był czas, że i ja zasiadałam wieczorem przed telewizorem i oglądałam serial „Paginas da vida” …ze słownikiem w ręku 

Święta – liturgia

Brazylijczycy to ludzie wierzący. Świadczy o tym między innymi pokaźna liczba kościołów i sekt, jakie były w naszym małym miasteczku – razem z Kościołem katolickim, doliczyłam się ich trzynastu!

Zajęło mi trochę czasu, nim zaakceptowałam inny niż w Polsce sposób przeżywania liturgii. Dużo spontaniczności, radości, ruchu. Z upływem czasu odkryłam, że jest to piękne i prawdziwe, bo – ich własne. Obcokrajowca może dziwić kicz czy brak gustu, dla nich jest to wyjątkowe przeżycie.

Przy okazji odpustów parafialnych, przed Mszą świętą cała wspólnota wychodzi na ulice z figurą lub obrazem świętego przystrojonego w kwiaty sztuczne  – bo o żywe najczęściej jest trudno. Z głośników umieszczonych na specjalnym samochodzie rozlegają się donośne śpiewy prowadzącego. Co jakiś czas ktoś odpala petardę. Huk ogromny, ale nikt nie śmie zwrócić uwagi, bo ów człowiek złożył „promesę” – obietnicę świętemu, że na jego cześć wypuści na przykład 10 petard. Kiedy widać człowieka z tubami w ręku, już wiadomo, że lepiej się oddalić, by nie ogłuchnąć.

W Niedzielę Palmową odby-wa się procesja przez całe miasteczko, z Jezusem na osiołku, Maryją w welonie z firanki i apo-stołami przepasanymi przeście- radłami. No i tłumem z palmami lub krzyżykami w rękach. W Wielki Piątek – droga krzyżowa, prowadzona ulicami miasteczka z piętnastoma stacjami czyli obrazkami zdjętymi ze ścian kościoła. Piętnaście osób, większość ubrana w białe alby, niesie „swoją” stację. Droga krzyżowa kończy się przed  kościołem stacją piętnastą – Zmartwychwstaniem! Dlaczego? Ponieważ protestanci bardzo radośnie przeżywają Wielki Piątek, dlatego i w Kościele katolickim w Umburanas świętuje się w ten sposób zwycięstwo nad śmiercią i radość Zmartwychwstania przed Liturgią Męki Pańskiej. Nie jest to zwyczaj powszechny w całej Brazylii, lecz zdarza się w niektórych miejscach. Nas, Polaków, to bulwersuje, natomiast miejscowi nie widzą żadnego problemu, bo od zawsze tak jest. Co nie znaczy że tak musi być, choć wyjaśnianie i wprowadzanie właściwego porządku zajmuje niekiedy lata.

Wspomnieć chcę jeszcze o okresie Bożego Narodzenia, a dokładniej o szopkach. Widziałam zaledwie kilka, ale – jaka różnorodność! W wioskach ludzie nie stroją szopki tak jak to bywa w miastach. Przedmioty służące temu wystrojowi nie są przecież ogólnie dostępne. Dla-tego w jednej kaplicy w szopce zamiast aniołów były dwa dalmatyńczyki, w innej znalazły się lalki, zepsute zegarki, flakoniki po perfumach… Wydawało się to śmieszne, ale cała zbieranina różnych rzeczy – ustawionych w określonym porządku – była najcenniejszym darem, jaki mieszkańcy chcieli złożyć Dzie-cięciu.

Zabawa – radość

Na ulice miasteczka kilka razy dziennie – najczęściej oczywiście, gdy w najlepsze odpoczywałam i korzystałam z popołudniowej sjesty – wyjeżdżają samochody-głośniki. Płynie z nich głośna muzyka przerywana co jakiś czas wiadomościami lub komunikatami: o imprezach w mieście czy promocjach w mercado. To podobno najlepszy sposób, by przekazać informacje i coś w tym musi być, bo wielu ludzi (nie tylko osoby starsze, ale i dzieci) ma problemy z czytaniem i powszechny jest wtórny analfabetyzm. Także w kościele jest głośno, gdy zbierze się zespół, który gra na mszy. W naszej parafii mieliśmy wyjątkowego „grajka”, który znał zaledwie dwa chwyty i jedno bicie, a potrafił przy ich pomocy zagrać wszystko. Co nie znaczy, że było to przyjemne dla ucha.

Na Bahia w okresie karnawału nie króluje gorąca samba, ale FORRÓ, które przypada w czasie uroczystości świętego Jana. Forró tańczy się w parach, które wykonują różne ewolucje i układy. Grupa taneczna przygotowuje się do występu przed mieszkańcami miasteczka przez długi czas, bo zmieniają się tancerze, pary i trzeba też uszyć nowe, barwne stroje. (Podobno już w niektórych miastach Polski są organizo-wane warsztaty tego tańca).

Wiadomo, że z okazji imprezy czy niedzieli każda kobieta chce wyglądać pięknie i wiele robi, by osiągnąć swój cel. Nie dziwi więc nikogo widok pań chodzących cały dzień ulicami miasteczka w dużych wałkach na głowie albo w pończosze (może tylko dla mnie była to nowość). Miasto Salvador w stanie Bahia było największym ośrodkiem handlu niewolnikami w całej Ameryce Łacińskiej. Skutki tego widać po dzień dzisiejszy. Ponad 80 procent populacji miasta to tzw. Afro-Brazylijczycy, potomkowie dawnych niewolników, Mulaci i Murzyni o najróżniejszych odcieniach barwy skóry. Jeszcze kilka lat temu niektóre dzieci nie chodziły do szkoły bo były dyskryminowane za pochodzenie. Dlatego na wszelkie możliwe sposoby baianie starają się zatuszować oznaki pochodzenia afrykańskiego. W tym właśnie celu kobiety prostują włosy za pomocą… pończochy.

Tęsknię za Brazylią, za Bahia, za ludźmi, klimatem… Za radością i spontanicznością. I wielkim spokojem życia. Bo tu można doświadczyć prawdy, że to człowiek ma czas, a nie czas ma człowieka. Kraj ten, jak każdy w Ameryce Południowej, potrze-buje misjonarzy i misjonarek, bo brakuje ich tam, zwłaszcza kapła-nów. To co każdy może zrobić, to przede wszystkim modlić się za tych, którzy już tam pracują i całe swoje siły poświęcają dla Brazylijczyków. A prosić trzeba o wiele, także o zdrowie, bo różne choroby tropikalne potra-fią wyniszczyć organizm. Zachęcam do pamięci w modlitwie za posłanych i za tych, którym oni służą.