Dary Ducha Świętego

(201 - wrzesień - październik 2014)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Trójka na Ukrainie

Magdalena Roszak

Najpierw zrodziło się pragnienie uczestniczenia w oazie III stopnia jako animator. Była myśl o diecezjalnych rekolekcjach. Pierwsze światełko w duszy o Ukrainie przyszło w lutym podczas Kongregacji Odpowiedzialnych w Częstochowie. Myślałam, że od razu pójdę za tą intuicją, jednak „zdrowy rozsądek” dopiero wtedy przystąpił do batalii z sercem, przekonując, że to niewykonalne. Lęk o sprawy materialne skutecznie hamował zapał misyjny. 

Mijał miesiąc za miesiącem. W końcu w maju ksiądz Piotr z Ukrainy przypomniał, że naprawdę potrzeba im w Gwardijskiem wolontariuszy. Podjęłam decyzję, że trzeba iść za głosem, który wzywa. Nic innego nie jest ważniejsze. Zgłosiłam się do pomocy na oazie III stopnia w Gwardijskiem – Letyczowie – Kamieńcu Podolskim. Po spełnieniu wymogów formalnych zostałam przyjęta przez moderatora ks. Pawła Rossę. 

Miała to być oaza łączona młodzieżowo-rodzinna. Nie znając ukraińskiego mogłam tylko służyć jako animator dla rosyjskojęzycznej młodzieży. Później okazało się, że młodzieży jednak na oazie nie będzie. Dobrze, będę służyć jako diakonia wychowawcza dla dzieci. I mogę też pomagać muzycznie. W drodze na oazę, będąc dwie godziny od Gwardiejska dowiedziałam się, że z pięciorga planowanych dzieci dojechało na oazę tylko dwoje. Cała oaza liczy 11 osób. Ze mną. Ale czy będę w takim razie potrzebna na tych rekolekcjach? Może zostanę przydzielona jako wolontariuszka do innych zadań? Myśli kołatały w głowie. Panie Boże, przecież nie wysyłałeś mnie do innych zadań, ale do tego właśnie, prawda? Czy się pomyliłam? 

To była ostatnia próba wiary. Zaraz po przyjeździe była Eucharystia. Po Eucharystii zamęt i niepokój prysnęły. Zostałam przyjęta do oazy. Później kolacja, spotkanie z żywym Kościołem w osobach ks. Jarka, założyciela i budowniczego Centrum Ewangelizacji Ruchu Światło-Życie w Gwardijskiem oraz Teresy, przedstawicielki Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła, pierwszej powołanej do życia tym charyzmatem z ukraińskiej ziemi. Uspokoiłam się, byłam w odpowiednim miejscu. 

Podczas spotkania słuchałam z nie mniejszym zaciekawieniem niż uczestnicy oazy z Ukrainy. Od kilku lat realizuję swoje powołanie w diakonii misyjnej. Tam w Gwardijsku „misje” naszego Ruchu dzieją się od prawie 15 lat! Najpierw w 2000 roku przyjechał na Ukrainę ks. Jarek Gąsiorek, kilka lat później Basia oraz ksiądz Paweł, a od kilku lat pracuje tam również ks. Piotr Główka. Pochodząca z Gwardijskiego Tereska mówiła o swoim powołaniu do INMK. Padło pytanie, ile jest takich powołań do tej pory z Ukrainy. Odpowiedź była rozbrajająco szczera: „Na razie ja jedna”. 

* * *

Niedziela 6 lipca, II dzień oazy. Pojechaliśmy na odpust do Letyczowa. Jest to piękne sanktuarium, w którym Maryja czczona jest w wizerunku Salus Populi Romani. Tłumy pielgrzymów, Eucharystia na ołtarzu polowym, piękny śpiew. Największe wrażenie zrobiła na mnie długa procesja ulicami miasta z poruszającą modlitwą o pokój na Ukrainie. Wtedy usłyszałam modlitwy i pieśni po polsku i dowiedziałam się, że to naturalne dla ukraińskiego katolicyzmu. 

Tak rozpoczęło się wspólnotowe pielgrzymowanie naszej małej grupki oazowej. Małej, ale jakże dynamicznej! Tylko trzy ukraińskie rodziny, ale jakże mocne świadectwo wiary. Maria i Wiktor mają dwoje dorosłych dzieci, które wyrosły w Ruchu Oazowym i zakładając swoje własne rodziny, od razu wstąpiły do wspólnot Domowego Kościoła. Ponieważ nie było im dane mieć więcej dzieci, Pan Bóg poprowadził ich do decyzji o adopcji i teraz mają jeszcze 5-letniego Rostika. Irina i Igor z 9-letnim stażem małżeńskim oraz 5-letnim stażem w Ruchu byli na oazie z dwoma synami: Stanisławem (8) oraz Gabrielem (4,5) oraz trzecim dzieciątkiem w drodze. Takiej rodziny dawno nie spotkałam! Oni żyją wiarą, Kościołem, wspólnotą. Służą jako para rejonowa. Gotowi do świadczenia o każdej porze dnia i nocy. Byli już nawet na Kongregacji Odpowiedzialnych w Częstochowie. Oksana i Wiktor – najmłodsi stażem – 3 lata w Domowym Kościele. Podkreślali, że wszystkiego się dopiero uczą. Oksana mówiła przy końcu rekolekcji, że teraz ma silne pragnienie powtórzenia I stopnia. To za rok. Oni swoich dwóch synków na czas oazy pozostawili u dziadków, jednak Pan Bóg zatroszczył się, abym mogła Nikitę i Artura także poznać.

* * *

Wielu wrażeń dostarczył nam kolejny dzień, kiedy odwiedziliśmy Gródek Podolski (Horodok), nieduże miasteczko, z pozoru nieróżniące się od innych ukraińskich miast. Jednak jak się okazuje, dla Kościoła Katolickiego miejsce to jest prawdziwą perłą. W ciągu kilkugodzinnej wyprawy odwiedziliśmy kościół parafialny, prowadzony przez księży Marianów oraz grób ks. Władysława Wanagsa, który w tym miejscu przez 25 lat niestrudzenie pracował, odbudowując kościoły katolickie na tych terenach. Zwiedziliśmy Dom Miłosierdzia dla osób chorych i starszych. Mieszkańcy domu wychylali się na korytarz i widząc księdza w naszej grupie, zapraszali go na chwilę modlitwy do siebie. Jedna staruszka w chuście na głowie zagadnęła mnie, a kiedy dowiedziała się, że przyjechałam z Polski, od razu zaprosiła do swojego pokoju (gdzie na łóżkach leżały jeszcze dwie panie) i odszukała w szufladzie list od wolontariuszki z Polski, która rok wcześniej była w ich Domu w Gródku. Ta dziewczyna przysłała na pamiątkę wywołane zdjęcie swoje i tej starszej kobiety. Jak wielkim skarbem był dla niej ten drobny gest miłości!

Zaraz obok Domu Miłosierdzia znajduje się Seminarium diecezji kamieniecko-podolskiej. Dzięki życzliwości księdza Rektora zwiedziliśmy chyba wszystkie jego zakamarki, łącznie z zupełnie przez nas nieoczekiwanym pokoikiem gościnnym, gdzie espresso i cukierki postawiły nas na nogi i dały siłę do… dalszego pielgrzymowania. Tego wieczoru w programie był jeszcze Instytut Katechetyczny oraz Dom Sióstr Oblubienic Ducha Świętego. Intensywnie, ale warto było.

* * * 

IV dzień oazy. Wyjazd do Kamieńca. Największa niespodzianka oazy dla mnie osobiście. Miasto – bajka. Nie można tego opowiedzieć, trzeba to przeżyć, trzeba napatrzeć się do woli na kamieniecką fortecę, przespacerować brukowane bazaltowe ulice wzdłuż i wszerz, trzeba dotknąć ścian katedry, przejść drogą krzyżową, posłuchać opowieści księdza Proboszcza i organisty, pana Stanisława. Zobaczyć niebo po burzy.

* * *

VII dzień oazy – kościół „Quo vadis?”, Katakumby św. Kaliksta. Lokalnie mamy w planie przejść przez Kamieniec szlakiem męczenników. Pierwsza stacja na tej drodze znajduje się na końcu ulicy, przy której mieszkamy. Po przejściu około 200 metrów naszym oczom ukazuje się poruszający obraz – doszczętnie zniszczony i rozsypujący się kościół i klasztor sióstr dominikanek. Siostry żyły i pracowały w tym miejscu przez kilka stuleci, dopóki ich własności nie przejęła bolszewicka władza. Na początku XX stulecia kościół przerobiono na kasyno. W latach trzydziestych było w nim więzienie, do którego systematycznie zwożono katolików z okolicznych miejscowości, a następnie zabijano. Z miejsca kaźni ciała wrogów nowego systemu rozwożono po różnych kościołach Kamieńca i tam zamurowywano. 

W późniejszych powojennych latach kościół sióstr dominikanek był wykorzystywany jako archiwum. Zanim w końcu po rozpadzie ZSRR został przekazany Kościołowi Katolickiemu, uległ spaleniu. Nasz przewodnik pan Walera, miłośnik historii Kamieńca, wyjaśnił, że taka była „normalna” procedura przekazywania zagrabionych uprzednio dóbr. 

W tymże miejscu, gdzie setki, tysiące niewinnych ludzi straciło życie ze względu na Jezusa, przeżywaliśmy Eucharystię. Dosłownie na gruzach. Na prowizorycznym ołtarzu. Tam, gdzie szatan zbiera swoje obfite żniwo śmierci i spustoszenia, gdzie historia z pozoru zakończyła się tragicznie i beznadziejnie, tam znów pojawiają się „kiełki zmartwychwstania” (to papież Franciszek w Evangelii gaudium), rodzi się nowe życie: piękno, dobro i prawda. W ciągu ostatnich 15 lat Kościół odbudował wiele zabytków sakralnych. Odbudowa kościoła sióstr dominikanek dopiero się rozpoczyna, na razie serce boli na widok sypiących się ścian.

Nasz historyczny spacer tego dnia wiódł przez wiele uliczek starego miasta, naznaczonych licznymi prześladowaniami czasów komunizmu. Katedra św. Piotra i Pawła służyła jako muzeum ateizmu. Po kościele karmelitów bosych zostały tylko gruzy fundamentów i wyrwa w ziemi. Niektóre, jak klasztor franciszkanów i kościół trynitarzy, przeszły w ręce Kościoła Prawosławnego.

W Kamieńcu wszystko jest przedziwne. I pogoda też. Tego dnia przez całą noc padał deszcz, rankiem również podczas naszej modlitwy i śniadania. Wypogodziło się przed 9, kiedy wyruszaliśmy w drogę, a następna rzęsista ulewa spadła tuż po naszym powrocie.

* * *

To tylko kilka impresji z tych rekolekcji. Dla mnie był to czas duchowych zmagań, ale też ogromnej radości z wypełniania woli Bożej. Była to też dla mnie swoista „Bildungsreise” – podróż otwierająca oczy na to, jak funkcjonuje nasz Ruch w przestrzeni innego kraju i kultury. Na pewno tej podróży bardzo mocno towarzyszył ojciec Franciszek, do którego nieustannie się zwracam. 

I dał o sobie znać jeszcze inny bliski każdemu polskiemu sercu święty… Spotkałam go, ponieważ Pan Bóg sam zaplanował moją podróż do domu. Okazało się pod koniec rekolekcji, że jeden z uczestników będzie musiał zaraz po oazie pojechać do Lublina. Będę mogła się z nim zabrać, na co oczywiście chętnie przystałam, jednak jeszcze przedtem zdążę odwiedzić z naszymi oazowymi rodzinami odpust w Berdyczowie – największym ukraińskim sanktuarium maryjnym – oraz na jeden dzień Kijów. 

W Berdyczowie przyjęłam szkaplerz karmelitański. Po uroczystej Eucharystii Ukraina została zawierzona Niepokalanemu Sercu Maryi, a mer miasta oznajmił, że zgodnie z przyjętą uchwałą plac przed sanktuarium zostanie nazwany Placem Jana Pawła II i stanie na nim pomnik świętego. Moi ukraińscy przyjaciele, poruszeni i szczęśliwi, zapytali tylko: „Magda, ty słyszysz, co tu się wyprawia?”. Tak, na Ukrainie obok rzeczy strasznych dzieją się rzeczy wielkie i przedziwne, a Jan Paweł II macza w tym palce. Wiem, bo uśmiechnął się do mnie od swoich relikwii podczas procesji z obrazem Berdyczowskiej Madonny.