Ten obcy

(223 - wrzesień - październik 2018)

Uchodźcy i czekolada

Maksymilian Kuźmicz

Znaczna część bogactwa wypracowanego przez obywateli, jak i środków otrzymanych w ramach pomocy międzynarodowej, trafia do prywatnych kieszeni 

Uchodźca i imigrant 

Jednym z większych nieporozumień związanych z migracjami jest nagminne mylenie migrantów i uchodźców. Różnica jest jednak zasadnicza. Migrantem jest każda osoba zmieniająca miejsce zamieszkania lub stałego pobytu. Może być powodowana różnymi czynnikami, które nie są istotne do stwierdzenia, że doszło do migracji. Oznacza to, że migrant może zmieniać swoje miejsce zamieszkania w poszukiwaniu lepszego życia, ale też ze względu na szczególne umiłowanie jakiegoś miejsca a nawet zwyczajny kaprys. Natomiast pojęcie uchodźcy definiują dokumenty prawa międzynarodowego (Konwencja Genewska z 1951, zmieniona Protokołem Nowojorskim w 1967 r.). W świetle tych umów za uchodźcę może zostać uznana osoba, „która przebywa poza krajem swego pochodzenia i posiada uzasadnioną obawę przed prześladowaniem w tym kraju ze względu na rasę, religię, narodowość, poglądy polityczne lub przynależność do określonej grupy społecznej”. Podlega ona specjalnej ochronie państwa, ale w okresie ubiegania się o nadanie statusu uchodźcy objęta jest licznymi ograniczeniami (np. co do swobody poruszania się po kraju i podejmowania pracy). 

Aby zostać uchodźcą należy złożyć wniosek, który musi zostać pozytywnie rozpatrzony – innymi słowy, trzeba chcieć otrzymać taki status. Tymczasem migrant to pojęcie socjologiczne. Migrantem zostaje się przez sam fakt zmiany miejsca zamieszkania. Dlatego, wbrew powtarzanej przez niektórych tezie, nie ma w Polsce „miliona uchodźców z Ukrainy” – ludzie ci nie ubiegają się bowiem o status uchodźcy. Są migrantami, najczęściej ekonomicznymi, niejednokrotnie podejmującymi prace, których Polacy nie chcą wykonywać. Oczywiście zdarzają się także osoby, zwłaszcza z rejonu Donbasu, faktycznie uciekające w obawie przed prześladowaniem, ale są to pojedyncze przypadki. 

Basen Morza Śródziemnego

We wrześniu 2015 roku byłem w Wiedniu, kiedy tysiące osób z Bliskiego Wschodu szły przez Węgry do Niemiec, które zadeklarowały gotowość przyjęcia ludzi koczujących na granicy UE. Miałem wtedy okazję porozmawiać z Syryjczykami, gdyż to głównie oni przybyli wówczas do Europy. Większość z nich jako powód migracji podawała strach przed wojną, jaka toczyła się w Syrii między reżimem al-Asada, rebeliantami a tzw. Państwem Islamskim (ISIS). Wszystkie te strony nienawidziły się wzajemnie, a do ludności cywilnej podchodziły nieufnie, podejrzewając ludzi o współpracę z wrogiem, i nie przejmując się za nadto cywilnymi ofiarami. Ponad rok później potwierdził to dramat Aleppo. Wiele osób, także dobrze wykształconych i zarabiających na siebie, zabierało to, co miało najcenniejszego i co było najpotrzebniejsze (słynne smartfony, przywoływane przez niektórych jako „argument” na rzecz nieprzyjmowania uchodźców...), uciekając do sąsiednich krajów, głównie Libanu i Turcji. Życie w tamtejszych obozach (w namiotach, na ogrodzonym terenie), było jednak tak frustrujące, że kto tylko miał siłę i mógł zdobyć się na wędrówkę dalej (stąd ci młodzi mężczyźni), próbował dostać się do UE. 

Nieco odmienna sytuacja wytworzyła się w Libii, a poniekąd w Egipcie. Na skutek tzw. Arabskiej Wiosny w 2011 r. obalono tam rządzących od wielu lat dyktatorów. Niestety, nie udało się utworzyć sprawnych, demokratycznych rządów, co przełożyło się na wyniki ekonomiczne. O ile w Egipcie panuje jedynie pewna niestabilność i występują wewnętrzne tarcia różnych grup, o tyle w Libii rząd jest w znacznej mierze „teoretyczny”, a władzę sprawują szefowie lokalnych grup o charakterze mafijnym, dysponujących uzbrojonymi formacjami milicyjnymi. Toteż wiele osób w poszukiwaniu bezpieczniejszego życia usiłowało dopłynąć do Europy. 

Podsumowując czynniki wywołujące migracje z basenu Morza Śródziemnego, można stwierdzić, że podstawowym powodem jest wojna i niestabilność państwa, stwarzająca zagrożenie prześladowaniem. Efektem konfliktów i anarchii jest także zubożenie ekonomiczne, które stanowi dodatkowy czynnik motywujący do migracji.

Afryka Subsaharyjska

Sytuacja w Afryce jest bardzo skomplikowana. Można by krótko powiedzieć, że migracje wywoływane są przez wojny i biedę. A zatem wyślijmy tam misje pokojowe ONZ, powołajmy kolejne fundusze wsparcia, i cieszmy się swoim dostatnim, europejskim życiem. Tymczasem my, Europejczycy, czy też szerzej – ludzie Zachodu, nie jesteśmy bez winy. Kajuju Murori, dziennikarka „The African Exponent”, w swoim artykule wymienia 7 głównych powodów, dla których Afryka jest wciąż biedna, co możemy przyjąć za główną przyczynę migracji. Jej skala i przebieg są chyba mało znane, a jednak bardzo poruszające. 

Wiele historii wygląda tak: rodzina w Afryce Subsaharyjskiej zdobywa środki na wyjazd jednej osoby, które ma dotrzeć do Europy i pomóc krewnym dostać się do UE. Następnie wytypowany „pionier” płaci przemytnikom, którzy otwartym samochodem wiozą kilkanaście osób przez Saharę. W Libii ponad 300 osób zostaje umieszczonych na stateczku, który może pomieścić ok. 140 pasażerów. Wtedy zaczyna się ruletka: jeśli na wodach terytorialnych wpadną w ręce libijskiej straży przybrzeżnej, czeka ich więzienie, a w nim przemoc, głód, podłe warunki; jeśli wypłyną na wody międzynarodowe i przejmie ich włoski lub niemiecki statek, mają szczęście – trafią do europejskich ośrodków, zwanych też obozami, dla uchodźców... Jak widać nawet wariant optymistyczny jest niezbyt godny pozazdroszczenia. Co zatem sprawia, że ludzie ci opuszczają swoje domy? Pokrótce przedstawię przyczyny podane przez Murori.

Wojny domowe i terroryzm

Konflikty zbrojne same w sobie wyzwalają migracje. Dodatkowo przyczyniają się do zniszczenia domów, sklepów, fabryk, infrastruktury itd. Paraliżują handel i zmniejszają wiarygodność kraju jako dłużnika, co przekłada się na wyższe koszty zaciągania pożyczek przez rząd. Wojna wymaga też poświecenia znacznej części budżetu na resorty siłowe. Nie bez znaczenia jest także śmierć wielu osób, w tym profesjonalistów, powodująca trudności w szukaniu pracowników. 

Niektórym jednak wojny te bardzo się opłacają. Koncerny zbrojeniowe w Ameryce, Europie czy Chinach, osiągają kolosalne zyski na handlu bronią, który niejednokrotnie odbywa się za pośrednictwem krajów trzecich. Przedsiębiorcom tym nie zależy na uspokojeniu sytuacji. Oni przecież żyją z wojny, bogacąc się na śmierci i cierpieniu, co nie raz zauważał papież Franciszek.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym Wieczerniku.