Parafia

(172 - maj - czerwiec 2010)

W jedności Światła i życia

rozmowa z ks. Marcinem Aleksym

O parafii wiejskiej i miejskiej, o byciu farorzem i odpowiedzialnym za Ruch

Wieczernik: Z tego, co pamiętam, tak z rekolekcji, jak również z innych rozmów z Księdzem, często podkreślał Ksiądz początek swojego kapłstwa, który miał miejsce… w Wielki Czwartek. Te początki, powiedziałbym, nie są standardowe…

ks. Marcin Aleksy: Należę do grona tych kapłanów diecezji katowickiej, którzy przyjmowali święcenia w Wielki Czwartek. Był to zwyczaj, dzisiaj już niepraktykowany, zapoczątkowany przez ks. bpa Herberta Bednorza. Następnego dnia po święceniach niespodziewanie wynikła taka sytuacja, że zostałem poproszony o przewodniczenie Liturgii na cześć Męki Pańskiej. Swoje posługiwanie Ludowi Bożemu rozpocząłem więc od wejścia do kościoła w ciszy i leżenia krzyżem, czyli rzeczywiście niestandardowo.

Dla mnie było to bardzo znamienne. Uświadomiłem sobie, iż jestem tylko prochem. Sam z siebie jestem niczym. A jeżeli staję na czele Ludu Bożego, to staję w imieniu Chrystusa.

W.: I również nie był Ksiądz wikarym…

ks. M.A.: Formalnie dekret wikarego miałem. Faktycznie jednak okazało się, że jest taka potrzeba, aby podjąć posługę kapelana w szpitalu. Przez rok łączyłem te funkcje. Po nim dołączył do zespołu duszpasterskiego kolejny kapłan i zostałem oddelegowany tylko do szpitalu, z zaleceniem pomocy przy parafii.

Uczyłem się tam pokory wobec życia… Początek kapłaństwa, ten Wielki Piątek, to była nauka pokory wobec Boga i ludzi, a w szpitalu właśnie wobec życia, które bardzo szybko może zgasnąć. Towarzyszyłem ludziom przy umieraniu, obserwowałem cierpienia. Mocno wyryło się to w mojej pamięci i wpłynęło na myślenie o wartościach materialnych i doczesnych…

W.: Ksiądz był zatem kapelanem szpitalnym, a następnie już proboszczem w Bierach…

ks. M.A.: Rzeczywiście tak było. Po niespełna dziewięcioletnim pobycie w Jastrzębiu, zostałem przeniesiony do Bier.

W.: Trafił Ksiądz na parafię wiejską, na miejsce poważanego i lubianego księdza. Mała wieś, parafia, kościółek… Co czuł młody kapłan, którego postawiono w takiej sytuacji?

ks. M.A.: Podejmowałem posługę po ks. Stanisławie Gańczorzu, za którego czasów Biskup erygował tam parafię, czego tamtejsi mieszkańcy bardzo pragnęli, zatem Jego wpływ był duży.  Moja obecność była podyktowana podjęciem odpowiedzialności za dom rekolekcyjny i za to, aby ten dom mógł funkcjonować, jako ośrodek oazowy. Już wtedy bardzo angażowałem się w sprawy Ruchu.

Na pewno byłem przerażony. Był to mój zaledwie dziewiąty rok kapłaństwa i z trudnością wyobrażałem sobie takie samotne życie Dodatkowo wspominana odpowiedzialność: za parafię, za dom… Ale ufny wobec Boga spróbowałem sprostać temu wyzwaniu. (uśmiech)

O tyle trafiło to w mój styl, tak to ujmę, że parafia w Bierach jest właśnie małą parafią, mocno zintegrowaną wokół Kościoła, co dawało możliwość przeżywania relacji niemalże rodzinnych. Ludzie zadbali o to by był tam kapłan, żeby byli samodzielną parafią. Z czasem zatroszczyli się o powiększenie kościoła…

Trafiło to w moje postrzeganie Kościoła, jako wspólnoty. Tam dało się to przeżywać w praktyce.

W.: Czyli soborowa wizja Kościoła, jako wspólnoty-wspólnot…

ks. M.A.: Może aż tak daleko nie. Trudno było zainicjować jakieś wspólnoty z racji małej liczby ludności, chociaż niewielkie grupy się zawiązywały – nie było to jednak takie książkowe. Mówiąc o wspólnocie, mam na myśli całą parafię. Sprzyjały ku temu warunki – Biery nie są wsią, gdzie domy dzielą pola i odległość między nimi jest duża, wręcz przeciwnie. I bądź, co bądź w niedzielnej Mszy św. uczestniczyło blisko 80% zobowiązanych.

W.: Z jaką wizją wszedł Ksiądz między parafian? Jestem przekonany, iż o takich rzeczach się myśli, snuje przynajmniej pewne plany, co możnaby zrobić, zmienić…

ks. M.A.: Ruch ukształtował we mnie przekonanie o jedności światła i życia, aby światło wcielać w życie, idee przekuwać na praktykę. To był, jest, mój ideał, tak w życiu osobistym, jak w posłudze kapłańskiej.

Parafia w Bierach była, można powiedzieć, tradycyjna: ludzie przywiązani do Boga, do Kościoła, zintegrowani, o pewnym rysie pobożności, praktyk religijnych. I teraz przychodząc miałem obawy związane z tym, jak przekonać do pewnych zmian… Rozpocząłem od liturgii. Przyjąłem ową zasadę z Ruchu: najpierw światło, czyli próba przedstawienia problemu, dlaczego tak, skąd to wynika i ewentualna propozycja realizacji tego w naszym wymiarze. Następnie ten element, wcześniej omówiony, wcielało się w życie.

W.: Szczególnie pamiętam procesję z darami, w której uczestniczą osoby, zamawiające intencję danej Mszy…

ks. M.A.: Miedzy innymi. Chodziło także o postawy, jak również zaangażowanie w liturgię słowa, śpiew, włączenie się w całe życie liturgiczne. Ku mojej radości to zadziałało – ludzie to przyjmowali. Okazało się, że wyjaśnienie czegoś owocowało otwartością.

Dodatkowym argumentem była obecność oazowiczów-gości, którzy starali się przeżywać Eucharystię wedle zaleceń odnowy soborowej. Czasami dało się słyszeć komentarz, że skoro oaza tak może, to my też. (uśmiech) Parafianie widzieli przykład, mieli uzasadnienie – światło, więc przechodziło to w życie. Praktyka wynika z czegoś. To nie tak, że do czynów dorabiamy teorię, ale odwrotnie…

W.: Wspominał Ksiądz już, że Bierowianie z czasem powiększyli kościół. Przypadło to na Księdza „kadencję” – był Ksiądz budowniczym. Przypominam sobie pewną prezentację, w której pokazano znaczenia poszczególnych elementów, tych zewnętrznych. W Bierach wszystko ma sens…

ks. M.A.: Pani redaktor, Alina Świeży z Gościa Niedzielnego, artykuł poświęcony bierowskiej parafii zatytułowała „Kościół, jak księga”. Odkrywała w nim, również w tym wymiarze materialnym, tę ideę światło-życie, że są tam pewne elementy architektoniczne, uwarunkowane teorią, teologią. Cieszył mnie ten tytuł, że po krótkim przebywaniu w tej przestrzeni, tak to odkryła, że to się daje odczytywać.

W.: Zatem przejdźmy do szczegółów…

ks. M.A.: Nowa przestrzeń kościoła jest na planie kwadratu, z układem drzwi i ołtarza po przekątnej, co daje wrażenie, że wszyscy są blisko ołtarza, otaczają go. Na linii wejście-prezbiterium roztacza się na posadzce czerwony, marmurowy krzyż – pionowa belka biegnie do szczytu prezbiterium, gdzie znajduje się miejsce przewodniczenia. Z kolei pozioma belka rozciąga się wzdłuż prezbiterium. Na przecięciu znajduje się ołtarz w kształcie sześcianu, czyli bryły regularnej, co ma oznaczać, iż każdy ma równy dostęp do Chrystusa. Już to jest wymowne – każdy wchodząc, wspina się do Boga.

Ów krzyż rozdziela przestrzeń na dwie równe części. Po jednej stronie jest, można powiedzieć, strefa światła, po drugiej strefa życia, łączące się w Chrystusie.

Po stronie światła znajduje się ambona, z której czerpiemy źródło światła. Wystrój, witraże w oknach (niewielkich, aby panował pewien półmrok, który sprzyja modlitwie w innym czasie niż np. Msza św.), są w tonacji żółtej, brązowej, czerwonej. W nich zostały umieszczone hasła z cytatów biblijnych traktujących właśnie o świetle.

Po drugiej stronie mamy z kolei tabernakulum, z żywym płomieniem, a nie lampką elektryczną, przypominającym o obecności Chrystusa. W witrażach dominuje błękit, zieleń, a hasła mówią o życiu.

Po stronie światła jest księga Pisma św. lub lekcjonarz, dostępne w każdej chwili, z których można korzystać. Naprzeciw mamy Chrzcielnicę i Matkę Bożą, będącą strażniczką życia.

Taki jeden szczegół: podstopnice również są z czerwonego marmuru, oddzielając prezbiterium od reszty kościoła. Miejscem przełamującym tę „granicę” jest krzyż, czyli to Chrystus łączy nas z sobą z Bogiem. To tylko kilka przykładów, jak ta przestrzeń może stanowić katechezę.

W.: Dobiera Ksiądz również pieśni do Mszy, przy czym ich wybór jest uzasadniany przed rozpoczęciem sprawowania liturgii zebranym.

ks. M.A.: W liturgii nie ma elementów przypadkowych. Tutaj również działa zasada jedności światła i życia. Dokumenty Kościoła mówią, iż pieśni mają ułatwiać przeżywanie liturgii – mają podkreślać główną myśl, wypływającą z czytań, podkreślającą coś szczególnego.

Często kryterium doboru pieśni ma charakter przypodobania się ludziom, „bo to lubią śpiewać”. Może przesadzam, ale niestety tak bywa. Stąd próba zwrócenia uwagi na konkretne słowa, w konkretnej zwrotce, aby pomóc zrozumieć… Liturgia wtedy staje się integralna i zmierza do głębokiego spotkania z Bogiem.

W.: I trafił ksiądz do parafii miejskiej, jak się przyjęło już u nas w diecezji mówić, „na Skrzydła” z racji Osiedla Polskich Skrzydeł. Czyli wszystko zaczyna się od nowa…

ks. M.A.: Tak, to już pięć lat. Jest to parafia osiedlowa, obrzeża miasta Bielska-Białej. Mentalność z pewnością jest inna, aniżeli ta w Bierach… Nie ma tego poczucia wspólnoty, nie ma tej świadomości współodpowiedzialności za Kościół, także w wymiarze materialnym. W mieście jest to inne – bliskość innych kościołów sprawia, że to poczucie rozprasza się, „chodzę tam, gdzie mi lepiej” – przynajmniej tak to widzę. Podobnie, czy chrzest, I Komunia, bierzmowanie, ślub albo pogrzeb są sprawowane w kościele parafialnym – to już dla wielu kwestia względna. Nie ma tego silnego przywiązania do wspólnoty i miejsca, w którym ta wspólnota się gromadzi.

Problemem tej parafii jest to, iż na jej terenie nie ma szkoły podstawowej, ani gimnazjum. Szkoła średnia jest prywatna. Dlatego ten kontakt z młodymi jest ograniczony. Możemy się spotkać jedynie na specjalne zwołanie, ale skutek jest… mały.

W.: Nieco uogólniając, można dojść do wniosku, iż budowanie wspólnoty, nie mówiąc już o wspólnocie-wspólnot, stawia większe trudności w parafiach miejskich, niż wiejskich…

ks. M.A.: Dokładnie tak. Niestety, ale wielu ludzi w mieście traktuje kościół jako „punkt usług religijnych”. Oczywiście jest grono osób, które jest związane z danym kościołem, jakoś czują życie parafialne i związek z parafią. Tutaj trzeba naprawdę ufać Panu Bogu i wierzyć, że On działa, bo takich owoców spektakularnych trudno się dopatrzyć.

W.: Ksiądz łączy funkcję proboszcza z funkcją moderatora diecezjalnego. To trochę takie znowu… niestandardowe.

ks. M.A.: Dla mnie zawsze przeżywanie Ruchu było w kontekście parafii, a przeżywanie parafii w kontekście Ruchu. To są rzeczywistości dla mnie ze sobą związane. Próbuję wykorzystywać obecność oazowiczów, którzy przeżywają różnego rodzaju rekolekcje, spotkania w naszym kościele, dla życia parafii. Jeżeli są, to uczestniczą w parafialnej Mszy św. Chcę, aby świadczyli i przyczyniali się do rozwoju życia duchowego lokalnej wspólnoty. To łączenie funkcji daje mi takie możliwości, że moja posługa gromadzi ludzi z różnych stron.

W.: Pamiętam, że byliśmy nawet obecni na ślubie…

ks. M.A.: (Śmiech) Również. Ostatnio przeżywający Studium Animatora brali udział w parafialnym Dniu Chorych, innym razem w nabożeństwie pierwszosobotnim ku czci Niepokalanego Serca Maryi. Jeżeli coś się zbiega, zapraszam uczestników Ruchu.

Nie ukrywam, że stwarza to pewne trudności, dlatego, że posługa parafialna wiąże się z absorbowaniem czasu, który trzeba poświęcić na zwykłe kapłańskie czynności takie jak, np.: konfesjonał czy kancelaria. Jak dochodzi do tego jeszcze grupa, to po prostu trzeba to pogodzić. Są trudności, jednak daje to również poczucie wielkiej radości.

W.: A jak zatem Ksiądz zapatruje się na „specjalne” oddelegowanie kapłana do pełnienia funkcji moderatora…

ks. M.A.: Myślę, że to ma sens. Moderator diecezjalny może bardziej wtedy zadziałać w sprawach Ruchu w ramach diecezji, i jest to uzasadnione i słuszne. Szczerze jednak przyznam, że siebie nie widzę w takiej roli. 18 lat to jest już kawałek czasu i nauczyłem się tak funkcjonować. Nie wyobrażam sobie, żebym nie próbował tego łączyć. Przeżywanie Ruchu pozwala mi na przeżywanie Kościoła, a to z kolei objawia się w życiu wspólnoty lokalnej, czyli parafialnej. Dla mnie te rzeczywistości są, jak już powiedziałem, nie rozerwalne. Podkreślę – jest to słuszne rozwiązanie, ale siebie w takim kontekście nie widzę.

W.: Czyli jednak się da być proboszczem i działać aktywnie w Ruchu…

ks. M.A.: Da się! Pociąga to za sobą wysiłek, bywa, że jest fizycznie trudne. Dla mnie jest to najbardziej wyraziste podczas Triduum Paschalnego, kiedy prowadzę wspólnotę deuterokatechumenalną i jestem jednocześnie proboszczem. Jednak osobiście czerpię z tego wiele radości. Można to godzić, z zastrzeżeniem, iż można to też robić lepiej. Mam świadomość swoich słabości, ograniczeń, przyzwyczajeń, co tu dużo mówić, starokawalerskich (śmiech), jak również takich typowo kapłańskich, proboszczowskich.

W.: Przeżywamy Rok Kapłański – czym jest ten czas dla Księdza?

ks. M.A.: W tym czasie ważne jest dla mnie odwołanie się do modlitwy innych ludzi za nas, kapłanów. Zrodził się we mnie taki pomysł, aby na wzór „margaretki”, wierni mogli zadeklarować modlitwę w dowolnym czasie oraz w dowolnej formie w intencji konkretnego kapłana. Najważniejsze jest, aby przekazać mu taką informację, że dana osoba się modli za niego w tym czasie. Złączyło mnie to z wieloma ludźmi. Jest to próba wychodzenia sobie naprzeciw. Wierzę, że wiele osób modli się za nas, niezależnie od Roku Kapłańskiego. Próba szerszego wyjścia z taką inicjatywą, jest próbą również innego spojrzenia na siebie. Kapłani są potrzebni ludowi, ale my także potrzebujemy ludzi. Jesteśmy Kościołem.

W.: Czego zatem można Księdzu życzyć w tym Roku Kapłańskim?

ks. M.A.: Skoro powiedziałem na początku, ze ideą, którą mi towarzyszy od momentu spotkania z Ruchem, a jest to już trochę czasu (od 1972 roku!) tkwi we mnie pragnienie jedności światła i życia. Tego pragnę, żeby ta jedność była we mnie, żeby to, co odkrywam, jako idealne, przekładało się na czyny. Tu ciągle trzeba pracy…

 

W.: Księże Marcinie, zatem owej jedności Księdzu życzę, nie tylko w tym szczególnym czasie, ale na całe posługiwanie. Jednocześnie dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Szymon Waliczek