Jedność

(116 - maj - czerwiec 2002)

W jednym kierunku

Przemysław Stodulny

Trud budowania jedności

Jeśli mówimy o budowaniu jedności w Kościele i w świecie to przychodzi ta właśnie myśl o trudnościach. Każdy z nas ma jakieś doświadczenie w tej dziedzinie. Bliższe lub dalsze. Jedności, którą udało się zbudować lub nie. Trud jednak kojarzy nam się z czymś niełatwym, może nawet nieprzyjemnym. Po co się trudzić, narażać? Pytam więc najpierw o motywy. Czym jest jedność, że warto o nią zabiegać?
Jedność to cel misji Chrystusa, który umarł, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno. I choć ostateczną misją Chrystusa jest zbawienie, to nie może się ono dokonać bez jedności. Bóg ma taki plan dla ludzkości, dla Kościoła, dla małżeństwa, rodziny, wspólnoty, abyśmy trwali w jedności z Nim i ze sobą wzajemnie. Jeśli więc jesteśmy uczniami Jezusa, to jesteśmy w służbie jedności. Dopiero w jedności może spełnić się Boży plan zbawienia, dopiero zjednoczony Kościół będzie pełnym świadectwem dla świata. Bo w jedności siła i kiedy stajemy razem, jesteśmy o wiele bardziej wiarygodni jako świadkowie Jezusa. Jest nam łatwiej, bo nie jesteśmy sami, nie tworzymy murów, jesteśmy we wspólnocie wiary i miłości. Owocem jedności w świecie jest nade wszystko pokój i współdziałanie dla dobra całej ludzkości. Jedność małżeństwa i rodziny warunkuje ich trwanie i realizację powołania. Jedność jest wiec jakby patrzeniem w tym samym kierunku pomimo różnych dróg i odmiennych zadań, jest spotkaniem się w tym, co dla nas wspólne.
Ale dlaczego z budowaniem tej jedności związany jest jakiś trud? Dlaczego jest trudno budować jedność? Na skutek grzechu człowiek jest rozbity, wspólnota ludzka jest podzielona. U źródeł grzechu leżało dążenie człowieka, by być jak Bóg. Takie dążenie to nic innego jak pycha, ślepe zapatrzenie w siebie ignorujące obiektywną prawdę, Boży porządek świata, nietrwałość wszelkiego stworzenia wobec wielkości Boga. To ślepy zaułek, bo człowiek nigdy nie będzie równy Bogu. Grzech człowieka objawia się w dziesiątkach słabości, ludzkich ułomności, dążeń, które niszczą jedność i stają się przeszkodą na drodze do zjednoczenia. Zauważamy wokoło siebie wiele znaków tego rozbicia, zapatrzenia tylko w siebie, w swój interes, odrzucenia dobra wspólnego, wartości obiektywnych.
Podstawową przyczyną rozbicia jest egocentryzm, samouwielbienie, które sprawia, że człowiek samego siebie stawia na pierwszym miejscu i dąży do tego, aby jak najwięcej sobie podporządkować. Stąd bierze się pokusa władzy, panowania nad innymi. Stąd wynika nieposłuszeństwo, bo ja nikomu nie podlegam, nie jestem od nikogo zależny. I źle pojęta wolność, bo ja nic nie muszę i wszystko mi wolno.
Po drugie tym co ludzi dzieli jest materializm. Żądza posiadania, by mieć coraz więcej bez względu na wszystko i na wszystkich. By mieć więcej od innych, by innych zubożyć kosztem wzbogacenia się. Ta swego rodzaju spirala nie ma końca. I choć daje złudne poczucie sukcesu, wyższości nad innymi, to prowadzi nieuchronnie do prawdziwej nędzy duchowej.
Trzecia przyczyna rozbicia, na którą chciałbym zwrócić uwagę, to nieczystość. Źle pojęta miłość, która ogranicza się do kręgu wybranych osób, tworzy zamkniętą enklawę, do której inni nie mają wstępu. Taka miłość ma u źródła tendencję egoistyczną, żeby człowieka, czy grupę ludzi mieć tylko dla siebie, żeby ktoś z zewnątrz nie zburzył mojej pozycji, moich relacji, mojego powodzenia.
Jak łatwo zauważyć, wszystkie te trzy tendencje mają za cel postawić się ponad innymi, „dowartościować się”, poczuć się lepszym od innych. Odtąd drugi człowiek nie jest współbratem ale współzawodnikiem, nierzadko przeciwnikiem. Egocentryzm, materializm i nieczystość to przejawy pychy człowieka, które jednocześnie stanowią największe przeszkody w budowaniu jedności.
Tym trudniej budować jedność im więcej nas dzieli, im bardziej jesteśmy odmienni. Trzeba dużo wysiłku, żeby się spotkać. W małżeństwie napotykamy różnice psychiczne między mężczyzną i kobietą, charakterologiczne, bo przecież pochodzimy z różnych rodzin, mamy inną perspektywę… Kiedy po ślubie zamieszkaliśmy razem z żoną w jednym pokoju napotkaliśmy problem odmiennych wizji urządzenia tych kilku metrów przestrzeni. Długo trwało zanim wybraliśmy meble, kolor okleiny. Każdy przytaszczył swoje graty z domu rodzinnego. No i zaczął się problem co gdzie ma leżeć. Nie wiem, kiedy i jak to się stało, ale wszystko zostało już pochowane w szafach i w biurku. Do dziś dnia mam problem ze znalezieniem kilku moich drobiazgów. Doświadczyłem tego, że budowanie jedności w małżeństwie wymaga podejmowania wielu kompromisów, rezygnacji z pewnej własnej wygody, własnego stylu życia, aby przyjąć coś nowego, wspólnego. Podobnie ma się rzecz z różnicami pokoleń. Jak wiele trzeba cierpliwości, aby porozumieć się z dziadkami, zrozumieć troskę rodziców, odpowiadać na pytania dzieci.
Widać stąd, że musimy się trudzić, aby budować jedność między ludźmi, musimy pokonywać niemałe trudności „abyśmy byli jedno”.
Pytam więc dalej: Jak budować jedność między ludźmi, w Kościele, w małżeństwie, rodzinie, we wspólnocie? W gruncie rzeczy chodzi przecież o to, by mógł się dokonywać Boży plan zbawienia wszystkich ludzi.
„Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi!” (2 Kor 13,13). I pierwsze odkrycie, że jedność jest darem Ducha Świętego, a więc wystarczy go przyjąć. Nie musimy sami nic wymyślać, tworzyć. Wystarczy tylko przyjąć dar. Mamy jednak problem z przyjmowaniem darów, bo nie chcemy nic zawdzięczać innym, chcemy wszystko sami wypracować, sobie przypisać zasługę. Przyjęcie daru jedności wymaga pokory, podjęcia trudu przemiany, bo napotykamy w nas skażenie pychą.
Chrystus pojednał ludzkość z Bogiem i wprowadził jedność między ludźmi: „On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur — wrogość” (Ef 2,14). Ale dokonało się to przez krzyż i śmierć. Nie było innej drogi do jedności. Bo tylko w ten sposób mógł zostać pokonany grzech, który sprawia rozbicie. Także dla nas nie ma innej drogi. Wpatrując się w krzyż Chrystusa musimy podjąć nasz krzyż. Jedność może wzrastać kosztem ofiary z siebie, kosztem niszczenia swego egoizmu. Bo trzeba zapomnieć o sobie, o swoim punkcie widzenia, o własnym interesie, o swoich ambicjach. Trzeba czasem zamilknąć, odmówić sobie czegoś, powstrzymać swój gniew, ugryźć się w język, poświęcić swój cenny czas … Musi się więc dokonać jakaś radykalna przemiana w sercu człowieka. Musi umrzeć w nas stary człowiek z jego wartościowaniem, z jego ułomnościami, ze skażoną motywacją. W to miejsce musi stanąć nowy człowiek, odkupiony przez Chrystusa, przyobleczony łaską i cnotą.
Budowaniu jedności służą postawy przekreślające nasz egoizm. Na pierwszym miejscu posłuszeństwo jako przeciwstawienie egocentryzmowi. Nie jestem wyrocznią, źródłem jedynej prawdy, nie wszystko kręci się wokół mnie. Subiektywne odczucia nie mogą blokować mojego dialogu z drugim człowiekiem. Posłuszeństwo to znaczy podporządkowanie swojej woli, własnej opinii, a nade wszystko swoich działań przełożonym, którzy z woli Boga albo ludzkiego ustanowienia sprawują sprawiedliwą pieczę nad wspólnotą. Słuchać innych. Usłyszeć, co mają do powiedzenia, usłyszeć ich problemy, pochylić się nad nimi.
Nabranie właściwego dystansu do dóbr materialnych to ubóstwo. Żebym sobie dobrze uświadomił, że pieniądze i rzeczy materialne są w służbie mojej egzystencji, i nie żyję po to by zarabiać, gromadzić, bogacić się. Nie będę się chlubił i wywyższał mając więcej niż inni. Raczej się podzielę z dobroci serca tym, co mam.
Cnota czystości pozwala mi rozsiewać miłość wśród wszystkich, których spotykam na mojej drodze. Nie ograniczam swojej miłości do rodziny czy hermetycznego grona świetnych przyjaciół. Jest to miłość na wzór Chrystusa, miłość przebaczająca, która nie odpłaca złem za zło, miłość ofiarna, wyrozumiała, cierpliwa…
Posłuszeństwo, ubóstwo i czystość to jest dobry grunt do budowania jedności. Ale trzeba się spotkać, zobaczyć drugiego obok siebie. Jedność buduje się przede wszystkim na modlitwie, wspólnym stawaniu przed Panem. Modlitwa uświadamia mi prawdę, że przed Panem Bogiem wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, wszyscy jesteśmy jednakowo kochani, wartościowi, nie ma powodów do wywyższania się. I że Bóg nade wszystko pragnie „byśmy byli jednego ducha”.
Często łapię się na tym, że widzę w sobie i w innych głównie wady i niedoskonałości. Skupiam się na tym, co się nie udało, co mnie przytłacza. Trudno mi wtedy przyjąć pokój, być jedno z tymi, którzy mnie otaczają, z moimi bliskimi, sąsiadami, współpracownikami. Ale jeśli zobaczę dobrą stronę człowieka, jeśli wzbudzę wdzięczność za wydarzenia życia, wtedy dużo łatwiej budować jedność w sobie i z innymi.
Paradoksalnie więc budowanie jedności zaczyna się ode mnie samego, od mojej postawy, bo w istocie wystarczy przyjąć dar jedności w Duchu Świętym, Bożą łaskę. Ale na to muszę być gotowy, muszę przygotować grunt i wyjść naprzeciw drugiemu człowiekowi, abyśmy mogli razem spojrzeć w jednym kierunku.