Oaza II stopnia

(164 - kwiecień 2009)

W wolności (świadectwo)

Aga

Ustawienie sprawy na zasadzie „Musisz to zrobić, inaczej nie możesz należeć do oazy” sprawiło, że podczas nabożeństwa misji w ostatnim dniu pozostałam w zasadzie widzem
Moja droga do przyjęcia Drogowskazów Nowego Człowieka była dość długa. Gdy uczestniczyłam w mojej oazie II stopnia, pod koniec rekolekcji powiedziano nam, że musimy przyjąć w uroczysty sposób Drogowskazy, co wiąże się dodatkowo z koniecznością „podpisania Krucjaty”.

Nietrudno się domyślić, że takie postawienie sprawy wywołało burzę. Co prawda mieliśmy za sobą formację „Kroków”, ale formacja w ciągu roku to jedno, a przymus przyjmowania czegokolwiek to inna sprawa. Pamiętam, że dla mnie osobiście nie był problemem IX drogowskaz (byli tacy, dla których był) - byłam jak najbardziej gotowa podjąć świadectwo abstynencji, skończył się zresztą rok mojej kandydatury w KWC - ale ustawienie sprawy na zasadzie „Musisz to zrobić, inaczej nie możesz należeć do oazy” („to” - czyli włączyć się do KWC i przyjąć Drogowskazy) sprawiło, że wraz ze sporą częścią uczestników rekolekcji podczas nabożeństwa misji w ostatnim dniu pozostałam w zasadzie widzem.

Mogę jeszcze dodać, że oaza ta w wielu kwestiach dość mocno odbiegała od tego, jak powinny wyglądać rekolekcje. Chyba podstawowe problemy były dwa: brak stałego kapłana moderatora, który by wiedział „o co chodzi” i  liczebność - kilkunastoosobowe grupy świetnie sprawdzały się podczas pieszej wyprawy do Zakopanego po chleb (zaprzyjaź-niony piekarz piekł dla naszej ponad osiemdziesięcioosobowej grupy chleb z przekazanej mu mąki), ale już niekoniecznie podczas kręgów biblijnych czy nawiązywania osobistych relacji... Owszem, pozostało mi z tej oazy kilka miłych wspomnień i wizja całonocnej wędrówki, zakończonej mszą o świcie u oo. albertynów na Kalatówkach, pamiętam parę osób, ale już z treściami jakie w zamyśle ojca Franciszka miałam sobie przyswoić było kiepsko. Nawet bardzo kiepsko.

Na szczęście miałam mądrą odpowiedzialną za wspólnotę w rodzinnej parafii. Nie wyrzuciła mnie z oazy za brak członkostwa w KWC i brak formalnego przyjęcia Drogowskazów. Dalej się formowałam, nawet posługiwałam.

Po paru latach przyszedł czas wyjazdu na II stopień w roli animatora. Wyjazd poprzedzały wnikliwe przygotowania, wypisywanie tekstów biblijnych, studiowanie materiałów... Rekolekcje nie były łatwe, ale - rozumiałam „o co chodzi”. Przede wszystkim odbywały się wszystkie kręgi biblijne, celebracje, wszystko miało swoje miejsce. Już wiedziałam, dlaczego szliśmy pewnej nocy za światłem Chrystusa....

Kiedy przyszedł czas na nabożeństwo misji, z pełną świadomością podjęłam jasną decyzję - tak, chcę iść drogą wyznaczoną przez „Drogowskazy Nowego Człowieka”. Pamiętam radość tego dnia i poczucie, że dokonało się coś ważnego. Podjęłam decyzję i była to dobra decyzja. Bez presji. Bez przymusu. Podjęta w wolności.

Co ciekawe - zupełnie nie pamiętam z tych rekolekcji szczególnych przygotowań do przyjęcia Drogowskazów. Przypuszczam, że na pewno były omówione, przedyskutowane - ale chyba istotniejsze było to, że to ja dorosłam do decyzji przyjęcia ich oficjalnie wobec wspólnoty. Wyjeżdżając na oazę wcale nie zakładałam, że przyjmę Drogowskazy i wstąpię do Krucjaty. Dobrze przeprowadzone rekolekcje doprowadziły mnie jednak do tej decyzji. Pewnie szkoda, ze nie dokonało się to na przewidzianym programem etapie - ale dobrze, że w ogóle się dokonało.