Biblia

(132 - wrzesień - październik 2004)

We wspólnocie Kościoła

Jan Halbersztat

Czy biorąc do ręki Pismo w domowym zaciszu nie ryzykujemy, że coś przekręcimy, że odejdziemy od Prawdy, którą przekazuje nam Bóg, na rzecz błędnych interpretacji?

Czy pamiętacie takie słowa Jezusa: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego”? Mocno powiedziane. Wielbłąd to duże zwierzę. Igła — nawet taka do szycia żagli — maleńka. Czyta się taki fragment i ma się wrażenie, że w gruncie rzeczy Jezus powiedział: „Bogaci NIE MOGĄ wejść do Królestwa…”.
Nic bardziej błędnego, jak się okazuje. Jezus mówił do konkretnych ludzi – apostołów, mieszkańców ówczesnego Izraela. Dla każdego z nich było jasne, że „Ucho Igielne” to nazwa… jednej z bram w murach Jerozolimy. Nazwa wynikała z tego, że brama owa była wysoka, ale wąska. Przepchnięcie przez nią wielbłąda obładowanego towarami było rzeczą trudną. Trudną — ale nie niemożliwą. Sens przypowieści od razu staje się jaśniejszy: bogactwa (towary na wielbłądzie) mogą bardzo przeszkadzać w przejściu przez „wąską bramę” Królestwa. Jest różnica? Zasadnicza.
Ile jest takich fragmentów w Piśmie Świętym, których nie można do końca zrozumieć bez przyswojenia sobie minimum wiedzy historycznej, teologicznej czy choćby językowej? Czy zatem czytanie Biblii „na własną rękę” nie jest niebezpieczne? Czy biorąc do ręki Pismo w domowym zaciszu nie ryzykujemy, że coś przekręcimy, że odejdziemy od Prawdy, którą przekazuje nam Bóg, na rzecz błędnych interpretacji? Że to możliwe — jasno widać po podziałach w Kościele, po kolejnych powstających jak grzyby po deszczu sektach, których założyciele są święcie przekonani, że jako jedyni dobrze rozumieją „o co chodziło Jezusowi”.
Z drugiej strony — jakie jest wyjście z takiej sytuacji? W ogóle nie brać Pisma do ręki, poprzestawać na tych fragmentach, które usłyszymy na Eucharystii? Bo przecież nie każdy może podjąć studia teologiczne…
Co robić? Czytać, czy nie czytać? Brać do ręki, czy być ostrożnym?
Oczywiście, z punktu widzenia współczesnego chrześcijanina, który pragnie rozwijać swoją duchowość, wzrastać ku Chrystusowi, odpowiedź może być tylko jedna: czytać! Choć nie zawsze tak było, po II Soborze Watykańskim Kościół bardzo mocno podkreśla wagę Słowa Bożego — tak w liturgii, jak w indywidualnej duchowości (wystarczy przeczytać konstytucję soborową Dei Verbum). Także od początku formacji w Ruchu ukazuje się uczestnikom nie tylko możliwość, ale konieczność czytania Słowa Bożego. Na Nim opiera się formacja, Ono jest podstawą do modlitwy — Namiotu Spotkania z Bogiem. W dobie dostępności książek, kiedy posiadanie w domu egzemplarza Biblii nie stanowi żadnego problemu, innej odpowiedzi chyba być nie może. Pytanie jednak — JAK czytać Słowo, aby błędów i nieporozumień uniknąć.
Pamiętam, jak jeden z wykładowców na pierwszym roku moich studiów teologicznych bardzo mocno podkreślał dwa bieguny indywidualnej lektury Pisma. — Z jednej strony — mówił — to jest Słowo Boga, skierowane DO CIEBIE. Konkretnie, bezpośrednio do ciebie, tak, jakbyś był jedynym człowiekiem na świecie. Z drugiej strony — pamiętaj, że to jest Słowo do całego Kościoła, i że tylko w jedności i w łączności z całym Kościołem możesz je odkrywać, rozumieć i interpretować.
To bardzo ważne — jeśli zapomnę o pierwszym założeniu, Biblia stanie się dla mnie jedynie Bardzo Ważną Książką, zawierającą Dużo Mądrych Stwierdzeń. Będę ją badał, oceniał, interpretował — ale będę w tym wszystkim jedynie analitykiem, nie pomoże mi to zmieniać się, żyć Słowem Bożym. Jeśli natomiast zgubię gdzieś tę drugą prawdę — to właśnie prędzej czy później coś źle zrozumiem, coś pomylę, odejdę od tego, co Bóg chce mi powiedzieć na rzecz własnych wyobrażeń i pomysłów.
WRuchu często spotykamy się ze stwierdzeniem: „Nieznajomość Pisma świętego to nieznajomość Chrystusa”. To bardzo prawdziwe słowa — czasem jednak zapominamy, co to znaczy „poznawać” Pismo święte, co to znaczy — w ten sposób — poznawać Chrystusa.
Jeśli chcę kogoś poznać — to znaczy, że chcę się dowiedzieć, jaki on naprawdę jest. Jeśli zacznę tworzyć własne fantazje na temat tej osoby — to mogę zbudować sobie na jej temat wyobrażenie nawet pełne i szczegółowe, tyle, że kompletnie nieprawdziwe. Ze Słowem Bożym jest podobnie. Można je czytać i mieć miłe samopoczucie, że „poznaje się Chrystusa”, a w gruncie rzeczy — nawet w pełni dobrej woli — tworzyć własny świat, niewiele mający wspólnego z rzeczywistością. Choćby przykład, który podałem na początku – można dojść do rewolucyjnego (dosłownie!) wniosku, że jeśli jestem bogaty (a słowo „bogaty” w każdych warunkach może znaczyć co innego), to nie mam szans na zbawienie! Były takie ruchy w średniowieczu, które tak dosłownie traktowały wezwanie do ubóstwa, że ich członkowie nie tylko postanawiali sami żyć w kompletnym oderwaniu od posiadania czegokolwiek, ale — trosce o zbawienie braci… niszczyli — na przykład puszczając z dymem — ich dobytek! I twardo uważali, że postępują według słów Ewangelii.

Czytam Pismo — rozważam Jego słowa, staram się wyciągać z nich naukę dla siebie, wierzę, że Bóg mówi do mnie. Wspaniale, ale muszę pamiętać o tym, że jeśli czegoś nie rozumiem, jeśli mam wątpliwości, to warto sprawdzić, poczytać, zapytać. Poczytać książki z dziedziny egzegezy, zajrzeć do katechizmu, zapytać kapłana. Słowo będzie dla mnie spotkaniem z Chrystusem — pod warunkiem, że będę to Słowo przyjmował w jedności z Jego Ciałem Mistycznym.
Kiedyś na pewnym forum internetowym podjąłem dyskusję z człowiekiem, który przedstawiał się jako „Protestant” i w swoich wypowiedziach bardzo ostro krytykował Kościół katolicki. Nie był członkiem żadnego z dużych kościołów ewangelickich, raczej — sądząc po poglądach — reprezentantem którejś z niewielkich wspólnot o radykalnym podejściu do rzeczywistości.
Zaczęło się od „standardowych” zarzutów wobec katolicyzmu (prymat papieża i jego nieomylność, rola Maryi, święci...). Bardzo szybko okazało się, że mój adwersarz de facto krytykuje coś, czego nie zna. „Bo wy, katolicy, uważacie, że…” pisał wielokrotnie, a kiedy mówiłem mu, że wcale tak „nie uważamy”, podpierając się oficjalnymi wypowiedziami Kościoła, był szczerze zdziwiony. Dyskusja — choć ostra — toczyła się w atmosferze wzajemnego szacunku, obaj naprawdę staraliśmy się nawzajem zrozumieć. No i oczywiście szybko okazało się, że każdy kolejny problem, który poruszaliśmy, prędzej czy później doprowadzał nas do dyskusji o Biblii.
„To, co głosi Kościół katolicki, jest sprzeczne z tym, co mówi Pismo święte!” — mówił „Protestant”. A ja za każdym razem odpowiadałem mu: „Nie jest sprzeczne z tym, co mówi Pismo, a jedynie z tym, jak TY INTERPRETUJESZ słowa Pisma”. Po kilku takich konkluzjach dyskusja — jak łatwo się domyśleć — zeszła właśnie na interpretację Słowa Bożego. „Protestant” zarzucił mi (a właściwie nie mnie, a Kościołowi), że idea magisterium — a więc nieomylności interpretacji Biblii — jest absurdalna, bo przecież każdy człowiek pod natchnieniem Ducha Świętego sam może dobrze interpretować Słowo Boże. „My, protestanci, nie mamy żadnego magisterium i uważam, że lepiej rozumiemy Pismo!” napisał. Zadałem mu wtedy pytanie: „Wy, protestanci, CZYLI KTO?”. Bo przecież — z czego zdaje sobie sprawę chyba każdy, kto choć trochę interesował się dialogiem ekumenicznym — nie ma czegoś takiego, jak „protestancka interpretacja” Biblii. Jest wiele fragmentów Pisma, które inaczej rozumie Kościół ewangelicko–augsburski (luteranie), inaczej — ewangelicko–reformowany (kalwiniści), jeszcze inaczej — powiedzmy — baptyści, metodyści czy zielonoświątkowcy. Mało tego — są przecież jeszcze Świadkowie Jehowy, którzy biorą do ręki tę samą Biblię i na jej podstawie zaprzeczają istnieniu Trójcy Świętej i temu, że Jezus jest Bogiem… Jeśli zatem — zapytałem — wystarczy asystencja Ducha Świętego, to kto ma rację w tych spornych kwestiach? Każda interpretacja jest równie prawdopodobna, co do żadnej nie można mieć pewności — a przecież, zgodnie z podstawową logiczną zasadą niesprzeczności, nie mogą wszystkie być prawdziwe… Dyskusja trwała jeszcze długo, ale każdy kolejny jej wątek prędzej czy później sprowadzał się do tego dylematu. Mój adwersarz upierał się, że wystarczy dobra wola i otwartość na Ducha, ja — że jednak do poprawnego zrozumienia Pisma potrzebna jest także wiedza historyczna, teologiczna, że nie można czytać fragmentów Pisma w oderwaniu od całości Biblii, od historii dwu tysięcy lat interpretacji, którą zostawili nam Apostołowie, ich następcy, Ojcowie i Doktorzy Kościoła…
Nie chciałbym być źle zrozumiany — naprawdę bardzo cenię wkład wspólnot protestanckich w nauki biblijne. Jeśli chodzi o szacunek i miłość do Słowa Bożego, moglibyśmy się od naszych braci ewangelików wiele nauczyć. Warto także pamiętać o tym, że zwłaszcza ostatnie lata przyniosły ogromny postęp w dialogu ekumenicznym, że bardzo często to, co dotąd wydawało się różnicami nie do pokonania między naszymi Kościołami, po dyskusjach fachowców (teologów) okazuje się w gruncie rzeczy po prostu tymi samymi prawdami wyrażonymi w różny sposób… Zawsze jednak mam w pamięci słowa świętego Piotra, który pisał do pierwszych gmin chrześcijańskich: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśniania” (2 P 1, 20). Że mam czytać Słowo Boże w jedności z Kościołem. I że w ten sposób mogę uniknąć błędów i nieporozumień.
Nie muszę być teologiem. Nie muszę znać aramejskiego i greki koine, aby czytać pismo. Nie muszę przy każdym wersecie sięgać po słowniki czy podręczniki teologiczne. Nie w tym rzecz, żeby każdy był naukowcem. Ale muszę wiedzieć, co mówi Kościół, muszę znać — przynajmniej na podstawowym poziomie — jego nauczanie. Czytam Biblię we wspólnocie Kościoła. Temu służy formacja — nie tylko ta, którą przechodzimy w Ruchu, ale i ta zwykła, codzienna formacja, jaką proponuje nam Kościół — katecheza, przygotowanie do sakramentów, homilia na niedzielnej Eucharystii. Tak będę poznawał Chrystusa, a nie moje „widzimisię” na Jego temat.