Pielgrzymowanie

(161 - listopad - grudzień 2008)

Wędrówka

Jan Halbersztat

Życie każdego człowieka jest wędrówką. Ale życie chrześcijanina powinno być nie tylko wędrówką - powinno być także pielgrzymką

...jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami z dala od Pana
(2 Kor 5,6)

Jesteśmy podobni do pielgrzymów, których nie męczy wędrówka przez pustynie, ponieważ ich serca zamieszkały już w Świętym Mieście
(Antoine de Saint-Exupery)

Porównanie ludzkiego życia do wędrówki jest tak oczywiste, że weszło już na stałe nie tylko do literatury, ale także do codziennego języka. Mówimy o „drodze życia”, „doczesnym pielgrzymowaniu”, kłopoty nazywamy „trudnym etapem”, o człowieku stojącym przed trudnym wyborem mówimy, że jego życie znalazło się „na rozdrożu” i zastanawiamy się „dokąd zmierza”...

     Podróż - i sama droga - to chyba najbardziej nośne symbole w historii ludzkiej kultury. Przejrzyjmy wielką literaturę, poezję, sztuki piękne - od starożytności do dziś - a zobaczymy, że w niemal każdym dziele powraca motyw wędrówki, poszukiwania, zmiany miejsca, dążenia do celu. Bohaterowie wyruszają w drogę, aby szukać swojego przeznaczenia, odkrywać nowe światy czy krainy, szukać skarbów, ratować przyjaciół (...czy ocalać świat), szukać szczęścia... Najczęściej taka wędrówka jest dla nich okazją do poszukiwania swojego miejsca w życiu, czasem dojrzewania, podejmowania trudnych decyzji, czasem - po prostu - stawania się człowiekiem.

Każda taka archetypiczna wędrówka składa się z trzech podstawowych etapów. Pierwszy - to wyjście. Żeby wyruszyć w drogę trzeba opuścić dom - miejsce znane i bezpieczne, miejsce w którym rozgrywało się całe dotychczasowe życie. Wyruszenie w drogę wymaga zwykle wyrzeczeń - pozostawienia za sobą wygód i znajomych stron, czasami także pozostawienie bliskich i przyjaciół. Wyruszenie w drogę oznacza także zgodę na ryzyko, na niewiadomą, oznacza akceptację faktu, że moja wędrówka może zaprowadzić mnie zupełnie gdzie indziej niż się spodziewałem.

Niebezpiecznie jest wychodzić za własny próg, mój Frodo! Trafisz na gościniec i jeżeli nie powstrzymasz własnych nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą. Czy zdajesz sobie sprawę, że to jest ta sama ścieżka, która biegnie przez Mroczną Puszczę, i że jeśli jej pozwolisz, może cię zaprowadzić aż pod Samotną Górę, albo nawet dalej? (z „Władcy pierścieni”)

Drugi etap - to sama wędrówka, trudy, przygody, przeciwności. To właśnie czas dojrzewania, dorastania, przemiany, to etap na którym bohater pozostawia za sobą swoje dawne „ja” i staje się kimś nowym, kimś świadomym i dojrzałym. Staje się sobą. Droga - ta fizyczna, prowadząca przez góry czy pustynie, przez takie czy inne przeciwności i niebezpieczeństwa - staje się w gruncie rzeczy symbolem, znakiem innej drogi: szlaku wewnętrznej przemiany, drogi do odkrycia siebie samego. Nie przypadkiem w większości tradycyjnych kultur ryt inicjacji łączył się z wędrowaniem.

I wreszcie etap trzeci - osiągnięcie celu, który często okazuje się być czymś zupełnie innym niż to, czego bohater spodziewał się wyruszając w drogę. Dzieje się tak przede wszystkim właśnie dlatego, że do celu dociera już w zasadzie inna osoba niż ta, która rozpoczęła podróż...

Motyw wędrówki i drogi jest motywem uniwersalnym, występującym we wszystkich kulturach - obecnym także, rzecz prosta w Biblii: począwszy od wędrówki Abrahama, poprzez wyjście Izraelitów z Egiptu i ich wędrówkę do Ziemi Obiecanej, kolejne wygnania i powroty Narodu Wybranego, aż po życie Jezusa, przedstawiane przez Ewangelistów jako Jego droga do Jerozolimy, miejsca śmierci i zmartwychwstania (które przecież także są Paschą, czyli przejściem)...

     Idea pielgrzymki - a więc wędrówki rozumianej symbolicznie, mającej na celu zbliżenie się do bóstwa, doświadczenie duchowe, przemianę życia - istnieje chyba w każdym systemie religijnym.

Dla nas, chrześcijan, pielgrzymowanie jest doświadczeniem szczególnym: z jednej strony nie mamy religijnego obowiązku odbywania konkretnych pielgrzymek (jak na przykład muzułmanie), z drugiej - już Apostołowie i Ojcowie Kościoła mówili, że całe nasze życie jest pielgrzymką do domu Ojca.

Pielgrzymka ma wszystkie cechy klasycznej, symbolicznej wędrówki, ale łączy je z motywem religijnym. Jeśli pielgrzymuję - to znaczy że nie wyruszam w drogę dla przyjemności (choć oczywiście pielgrzymowanie może być przyjemne), nie wyruszam po to, aby poznawać inne kraje i zwiedzać zabytki (choć i taki element może się na trasie pielgrzymki znaleźć), nie wyruszam aby zdobyć sławę czy bogactwa. Wyruszam po to, aby spotkać się z Bogiem, aby odnaleźć Jego drogi, aby - co może lepiej oddaje sens pielgrzymki - odnaleźć siebie na Jego drogach.

Czy z punktu widzenia chrześcijanina takie zachowanie ma sens? Przecież wierzymy, że Bóg - który w końcu jest absolutem! - jest obecny w każdym miejscu i czasie tak samo.

Wielu podróżuje do różnych miejsc dla uczczenia szczątków ciał świętych, z podziwem słuchają opowieści o ich czynach, oglądają okazałe świątynie, całują święte kości wybrańców Bożych, okryte jedwabiem i złotem - a oto Ty jesteś obecny tu przy mnie na ołtarzu, Boże mój, Święty świętych!

pisał Tomasz à Kempis w książce „O naśladowaniu Chrystusa”.

A jednak i dawniej, i obecnie Kościół zachęca wiernych do pielgrzymowania. Zachęca, bo każda pielgrzymka to okazja do odnowienia więzi z Bogiem. Bo człowiek jest „istotą symboliczną” (na tym przecież także bazuje liturgia!) i choć Bóg jest przy nas wszędzie tak samo, to są miejsca, w których może my jesteśmy nieco bliżej Niego...

Można by długo pisać o tym, czym pielgrzymka różni się „zwykłego” wędrowania, ale cecha podstawowa - paradoksalnie - polega na tym, że o ile w „zwyk-łym” podróżowaniu chodzi o dotarcie do celu, o tyle w pielgrzymowaniu najważniejsza jest sama droga. Tak, to nie pomyłka - droga właśnie. Jeśli idziemy - sięgając po klasyczny polski przykład - z pielgrzymką do Częstochowy, to pozornie naszym celem jest Obraz Jasnogórski, ale przecież tak naprawdę chodzi właśnie o przemianę serca, o trud dążenia, o pokonanie własnej słabości, o pozostawienie za sobą codziennego życia i swojego starego „ja” i stanie się nowym człowiekiem. Jeśli tego wszystkiego zabraknie - to u celu, przed obliczem Jasnogórskiej Pani staniemy tylko jako turyści...

***

Życie każdego człowieka jest wędrówką. Ale życie chrześcijanina powinno być nie tylko wędrówką - powinno być także pielgrzymką. Nam, uczniom Chrystusa, nie chodzi przecież tylko o to, żeby „jakoś przeżyć życie”, dobrze się po drodze bawiąc i przeżywając parę ciekawych przygód. Nam zależy na tym, żeby nasza droga była pielgrzymowaniem, a więc drogą przemiany. Nasze ziemskie życie ma - w ostatecznym rozrachunku - służyć staniu się Nowym Człowiekiem, uczniem Chrystusa, ma prowadzić do tego etapu, na którym - jak mówi święty Paweł - już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus. Nie możemy stanąć u bram Domu Ojca jako turyści - musimy po drodze stać się Jego dziećmi.

I nasza pielgrzymka ma trzy etapy. Pierwszy - to wyjście. Nie przypadkiem aby stać się Dzieckiem Bożym trzeba najpierw „wyjść” z tego świata. Trzeba... umrzeć. Najpierw sakramentalnie, a więc symbolicznie (pamiętajmy, że „symbo-licznie” nie znaczy „nierzeczywiście”...) , poprzez zanurzenie w wodach chrztu i wynurzenie się z nich jako zupełnie nowe stworzenie. Później - przez nasze „zwykłe”, codzienne umieranie dla grzechu i rodzenie się do wolności. A w końcu - u kresu naszej Pielgrzymki - umrzeć także fizycznie, aby zmartwychwstać (...bo innej drogi nie ma).

Drugi etap - sama droga, trudy, przeciwności, piękne chwile, czyli wszystko to, co nazywamy „codziennością”. Nasze codzienne życie to szlak, wędrówka: czasami jest ciężko i pod górę, czasami lekko i z górki; bywają chwile straszne, męczące, bolesne, których chciałoby się uniknąć - ale uniknąć się nie da. Bywają i takie, w których chciałoby się jak Faust wołać „Chwilo, trwaj!” - choć wiemy, że chwila, choć wspaniała, trwać nie może, bo to oznaczałoby zatrzymanie się w drodze („...bo w przemijaniu drzemie cały życia smak”, jak śpiewał Grzegorz Turnau).

I wreszcie etap trzeci - osiągnięcie Celu. Tu już nie ma wyjścia - aby Go osiągnąć, musimy stać się Nowym człowiekiem, musimy przejść całą Drogę. Tu nie da się dojść na skróty, nie ma taryfy ulgowej, nie ma „tajemnych przejść” (czy, czerpiąc z nowocześniejszych bajek - zjawiska teleportacji). Tu docierają tylko prawdziwi Wędrowcy.

Ale nasz Cel zasadniczo różni się od wszystkich innych celów - tak, jak nasza Wędrówka, nasza Pielgrzymka różni się od innych podróży. Bo w klasycznej podróży cel oznacza koniec drogi - a u nas jest w gruncie rzeczy... dopiero początkiem. Początkiem prawdziwej Drogi, wiecznej Wędrówki w głąb  Nieskończonej Miłości - tyle, że już bez przeszkód, bez utrudnień, twarzą w Twarz.

Bo my, uczniowie Chrystusa, jesteśmy w tej szczególnej sytuacji, że nasz Cel (...żyje we mnie Chrystus...) jest jednocześnie naszą Drogą (Ja jestem drogą, prawdą i życiem!). Że nasza Wędrówka, choć ma jasno określony cel i nie jest wyprawą w nieznane, to jednak nigdy się nie kończy.

Żeby dojść - trzeba iść. Żeby osiągnąć Cel - trzeba podjąć wędrówkę. Navigare necesse est, vivere nonest necesse głosiła stara łacińska maksyma, przypisywana Pompejuszowi. Żeglowanie jest rzeczą konieczną, życie (w domyśle - to nasze, doczesne) - nie. Jeśli wyruszę w drogę - mogę trafić w niebezpieczne miejsca, mogę się zgubić, mogę nawet zginąć. Jeśli nie wyruszę, jeśli pozostanę w miejscu - będę żył (przynajmniej przez jakiś czas) spokojnie i wygodnie, tylko... po co?