Miłosierdzie

(192 - kwiecień 2013)

Wizualizacja

świadectwo

Zobaczyłem obraz Jezusa z promieniami

Pochodzę z rozbitej rodziny, ojciec odszedł od mojej mamy do innej kobiety. Brak wsparcia i wzorca ze strony ojca zachęcił mnie do ekstremalnych duchowych eksperymentów. Zostałem ochrzczony, chodziłem na katechezę, przyjąłem pierwsza Komunię i bierzmowanie, ale czy wierzyłem w obecność Pana Boga w moim życiu? W szkole średniej interesowałem się muzyką, sportem i filmem. Spośród wielu filmów dwa zrobiły na mnie piorunujące wrażenie: „Gwiezdne Wojny” i „Wejście smoka”, rozbudzając wyobraźnię o posiadaniu tajemniczej potężnej mocy i zadawaniu ciosów wszystkimi kończynami. Zacząłem trenować karate, powoli uczyłem się technik walki wręcz, ale jednocześnie otwierałem się na duchową stronę wschodnich systemów filozoficzno-religijnych, czytając książki i oglądając filmy o orientalnym klimacie. Ze zdumieniem dowiadywałem się o technikach kontroli umysłu, przekraczaniu barier bólu, o nadnaturalnych możliwościach ludzkiego ciała, które można zdobyć dzięki ćwiczeniom ducha i ciała. Intensywnie trenując nabywałem nie tylko tężyzny fizycznej, ale też przekonania o swojej wyższości i nieustannej gotowości do pokonania potencjalnego wroga.

Wraz z upływem lat treningu fizycznego i mentalnego (medytacji) moja postawa pychy przybierała na sile. Poszukiwałem informacji o rozwoju duchowym, doskonaleniu umiejętności walki i technik rozwijających nadprzyrodzone zdolności. Rozpoczynając studia w Poznaniu rozpocząłem treningi aikido, sztuki walki łączącej umiejętności ducha i ciała. To połączenie odpowiadało moim wyobrażeniom o najlepszej i najskuteczniejszej sztuce walki. Dowiedziałem, że twórca tego stylu walki posiadał ponadprzeciętne zdolności i nauczając odwoływał się do wszechogarniającej energii (ki), którą należy umieć ukierunkowywać. W tym czasie chodziłem do kościoła bardziej zwracając uwagę na kazania, mniej przeżywając w pełni komunię z Bogiem w czasie Eucharystii. Wiara w siłę ki(chi) i chodzenie na Mszę św. zupełnie nie kłóciło się w moim umyśle. 

Dzięki literaturze i mistrzom oswajałem się powoli z występowaniem ki w otoczeniu, studiując astrologię chińską, aranżację przestrzenną (feng-shui), dietetykę chińską i medycynę orientalną. Ukończyłem kurs masażu leczniczego i dzięki temu moje zainteresowania skierowałem w kierunku terapii naturalnych. Zostałem wegetarianinem, stosowałem posty 36-godzinne i zacząłem stosować akupresurę oraz refleksoterapię stóp, posługiwałem się wahadełkiem. W poczuciu odkrywania tajemnic tylko dla „wybranych” nieustannie rosło moje przekonanie o własnej wyższości. Kolejnym odkryciem była makrobiotyka, gdzie poza zaleceniami dietetycznymi były ćwiczenia pochodzące z Indii i Chin, czyli joga i chińska gimnastyka – systemy leczniczo-filozoficzne oparte na religiach Wschodu. Przyjąłem ekologiczny styl życia proponowany przez nauczycieli makrobiotyki na bazie filozofii energii prany, ki (chi). Stosując zasady makrobiotyki gotowałem sobie zdrowe posiłki, uczyłem się o leczniczych właściwościach produktów, ziół, przypraw i diet. Uczestniczyłem w kursie kontroli umysłu metodą Silvy, aby wykorzystać moc medytacji do realizowania swoich celów życiowych i starałem się to wcielać w życie. W ramach głębszego poznania prawdy i samorozwoju, aby być lepszym aikidoką i terapeutą, zacząłem praktykować medytacje na Buddę Medycyny (modlitwa i wizualizacja) – by osiągnąć stan umysłu, który pozwoli mi leczyć ludzi. 

Te wszystkie metody i ćwiczenia zmuszały mnie do zadawania sobie wielu pytań i powątpiewania w znane mi dotychczas wartości. Z zapałem czytałem o nowych technikach leczenia, walki i innych ścieżkach duchowej samorealizacji, ale cały czas czułem niedosyt, niezadowolenie, agresję wobec inaczej myślących i powątpiewałem w chrześcijańskie prawdy wiary objawione w Piśmie Świętym. Cały czas szukałem w innych religiach jedynej prawdy „najwyższej”, lekceważąc Zbawiciela Jezusa Chrystusa.

Kiedyś na sesji medytacyjnej spytałem kolegę medytującego już od dziesięciu lat, co myśli o Jezusie. On podzielił się, że często myśli na medytacji o Jezusie, mimo że nie pochodzi z szczególnie wierzącej rodziny i nie umie sobie z tym poradzić. Słysząc o osobistych rozterkach „doświadczonego” medytującego kolegi, wierzącego w wędrówkę dusz, nabrałem wątpliwości w słuszność tej religii (prapoczątki w religiach hinduskich i szamańskich). W związku z tym, odwołując się do doświadczeń i wiedzy kolegów medytujących szukających nauczyciela, któremu można zaufać w prowadzeniu duchowej praktyki, poprosiłem Boga w spontanicznej prośbie, abym znalazł nauczyciela któremu, będę mógł zaufać. Według buddystów należało wybrać dla siebie mantry, bóstwo, które najbardziej odpowiada potrzebom życiowym i duchowym, opierając się na zaufaniu mistrzowi (opiekunowi). Szukając odpowiedniego mistrza i odpowiedniej dla mnie medytacji nie znalazłem na sesjach medytacyjnych w ośrodkach buddyjskich w Polsce tego z kim lub z czym chciałem się integrować duchowo. W akcie desperacji rzuciłem prośbę do Boga, abym dostał „najmocniejszą” praktykę duchową, przekraczające wszystkie moce, okazującą Jego potęgę. Wiedząc coś tam o objawieniach maryjnych, kontynuowałem prośbę o objawienie nie Maryi, ale samego Jezusa, najlepiej nie sprzed 2000 lat, tylko z XX wieku. Oczywiście miło byłoby, gdybym w tym objawieniu otrzymał słowa Jezusa w języku polskim. Wierząc, że praktyka medytacyjna jest skuteczniejsza, gdy towarzyszy jej wizualizacja, prosiłem Boga, aby w objawieniu był wizerunek ułatwiający praktykę duchową. Najmocniejsza praktyka w ujęciu buddyjskim musi być związana z najmocniejszą modlitwą – mantrą, która szybko „pcha” w rozwoju duchowym i o taką właśnie modlitwę wołałem w tym trudnym dla siebie okresie. 

Ta prośba była rzucona z głębi serca, spontanicznie i z buńczuczną wiarą. No i przyniosła zaskakujący rezultat.

Nadal trenowałem aikido, chi-kung, nie jadłem mięsa, czytałem książki o religiach i okultystycznych praktykach jogi. Szukając miłości zgłębiałem poglądy dotyczących tantry, kamasutry, energii kosmicznej i chodziłem na prelekcje, wykłady, seminaria z ezoterykami. Po jednym z wykładów w muzeum archeologicznym o kulturze Tybetu, organizatorka zaproponowała medytację w innej sali. Zachęcała do wizualizacji Buddy lub – jeżeli ktoś miał opór – Jezusa. Tak zachęcony wyobraziłem sobie Pana Jezusa. Przypominając sobie wcześniejsze medytacje z trzema strumieniami światła wychodzącymi z postaci Buddy (z czoła, krtani i serca), analogicznie wizualizowałem promienie wypływające od Jezusa do mojego ciała. Medytacja się skończyła, czułem się mało usatysfakcjonowany, lecz obraz Jezusa z trzema promieniami zapadł mi w pamięć. Po jakimś czasie zobaczyłem obraz Jezusa z promieniami – nie pamiętam już, czy było to w domu znajomych, na wystawie w księgarni, czy w kościele. Nie zgadzało się w tym obrazie z moją wizualizacją to, że były tylko dwa promienie, biały i czerwony, i tylko z serca. Byłem rozczarowany, że nie ma trzeciego koloru, niebieskiego, i że nie ma promieni wychodzących z czoła i krtani. 

Zacząłem szukać szczegółowych informacji na temat obrazu Jezusa z promieniami i znalazłem w księgarni cieniutką książeczkę o Bożym Miłosierdziu z szukanym obrazem. Chciałem obrazu ułatwiającego modlitwę-wizualizację, dostałem obraz Jezusa Miłosiernego z promieniami krwi i wody, jako źródła łaski. Podpis na obrazie stał się moją prostą modlitwą „Jezu Ufam Tobie”.

Chciałem najmocniejszą praktykę, koronka do Bożego Miłosierdzia jest ostatnią ucieczką grzeszników przed nadejściem Bożej Sprawiedliwości – Pan Jezus przyszedł zbawić, ocalić, a nie potępić. 

Nie ufałem nikomu, żadnym „autorytetom” głoszącym swoje półprawdy, odrobinę prawdy, czy kłamstwa – dzięki słowom Jezusa skierowanym do (wtedy jeszcze błogosławionej) siostry Faustyny, że powinniśmy bezgranicznie ufać Jezusowi i że On jest naszym Mistrzem, zaufałem!

Po lekturze książek z New Age zarzucających zafałszowanie nauki Chrystusa przez dwadzieścia wieków  i przez różne tłumaczenia miałem dużo wątpliwości i chciałem otrzymać objawienia z wieku XX i to w moim ojczystym języku polskim. Prosiłem i dostałem słowa skierowane w języku polskim przez samego Pana Jezusa do polskiej zakonnicy, siostry Faustyny. 

Dotknięcie Bożego Miłosierdzia spowodowało moje nawrócenie, teraz doceniam rolę Kościoła Katolickiego w zbawczym planie Bożym, odkryłem dar chrztu, zrozumiałem skarb, jakim jest Msza święta i żałuję moich grzechów niewierności względem Pana Jezusa i wobec Matki Bożej.

Jacek