Misje

(186 - maj - czerwiec 2012)

Wspólnota

Przemysław Wieczorek - świadectwo

Na początku trudno mi było przywyknąć do obecności zaledwie garstki parafian na niedzielnej Eucharystii.

Na wolontariat misyjny do Kazachstanu wyjechałem krótko po swoim trzecim stopniu ONŻ. Po doświadczeniu tych rekolekcji byłem zachwycony Kościołem, jego siłą, bogactwem, różnorodnością, a nawet wręcz potęgą – nie tą polityczną oczywiście, ale moralną, duchową. Rok w Kazachstanie nie tyle zweryfikował moje patrzenie na Kościół, co je dopełnił. Tam nie widziałem bogactwa, lecz biedę. Nie tylko tę materialną – brak zabytkowych świątyń, pięknych sprzętów liturgicznych, ale przede wszystkim tę duchową, będącą wynikiem kilkudziesięciu lat ateizacji społeczeństwa, związaną z bagażem komunizmu, który narody tego regionu wciąż dźwigają na sobie.

Na początku trudno mi było przywyknąć do obecności zaledwie garstki parafian na niedzielnej Eucharystii. W końcu przyzwyczajony byłem do pełnych kościołów, czasem wręcz do ścisku, kolejek w konfesjonale oraz olbrzymiej liczby dzieci pierwszokomunijnych i bierzmowanej młodzieży. Tymczasem w Chromtau, mojej pierwszej parafii, na niedzielną Eucharystię przychodziło kilkanaście osób (na święta ok. 20), w czasie mojego pobytu nikt nie został ochrzczony, a tylko jedna dorosła osoba przystąpiła do I Komunii św. Mieszkałem z księdzem w bloku, w kilkupokojowym mieszkaniu, gdyż nie było świątyni – liturgia sprawowana była w małym domku (którego zresztą tylko połowa należała do parafii) zaadaptowanym na potrzeby kaplicy. Wydawałoby się, że są to warunki niesprzyjające budowaniu wspólnoty parafialnej, tymczasem tam właśnie zrozumiałem, czym jest wspólnota. Zobaczyłem ludzi odpowiedzialnych za swoją kaplicę, gotowych nie tylko od święta przyjść i posprzątać, udekorować ją, ale mających świadomość, że stale trzeba o nią dbać. Zobaczyłem ludzi świadomych swojego miejsca również w liturgii, ale przede wszystkim doceniających obecność kapłana i jego niepodważalną rolę w przewodzeniu zgromadzeniu Eucharystycznemu.

Jeśli coś zmieniło się w moim spojrzeniu na Kościół w Polsce po moim pobycie w Kazachstanie to na pewno jest to stosunek do kapłanów i roli świeckich w Kościele. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do obecności wielu księży, mimo spadku liczby powołań, wciąż nie możemy narzekać na ich brak. Gdy chcemy się wyspowiadać, z reguły nie jest to problem, możemy nawet wybierać, u którego kapłana chcemy odbyć spowiedź. W Kazachstanie, w Administraturze Apostolskiej (odpowiednik diecezji) dwa razy większej od terytorium Polski posługuje zaledwie 8 księży! Nie zapomnę do końca życia widoku ludzi z pewnej wioski, gdzie pojechaliśmy nawiedzić cmentarz, płaczących ze wzruszenia i całujących po rękach ks. Janusza, który był pierwszym kapłanem, jakiego od kilkunastu (niektórzy nawet kilkudziesięciu) lat widzieli! Trzeba było jechać kilkaset kilometrów, by kapłan mógł pomodlić się nad grobami ich bliskich. Polacy mają tendencję do narzekania na księży, zwłaszcza swoich proboszczów, nie doceniają ich starań i ciężkiej pracy, po części może i dlatego, że nie zawsze zdają sobie sprawę z tego ile obowiązków jest na ich głowie. Moja posługa w Kazachstanie pokazała mi codzienne życie kapłanów, uświadomiła, że borykają się z normalnymi, ludzkimi problemami, jak każdy z nas. Widziałem ich nie tylko zaangażowanych w duszpasterstwo, ale również przy ciężkiej pracy fizycznej. Do tej pory mam przed oczyma widok ks. Biskupa przy zmywaniu naczyń, naprawiającego spłuczkę w łazience, czy kopiącego dół pod wylewkę betonową. Przyglądając się tam w Kazachstanie z bliska ich codzienności, towarzysząc im w ich trudnościach, nieraz dramatach, łatwiej jest mi tu w Polsce zrozumieć zmęczenie, wypalenie czy osamotnienie wielu księży. Teraz wiem, że stawianie im niebotycznych wymagań i oczekiwanie od nich nieskazitelności nie jest sprawiedliwe. Wolontariat misyjny rozbudził we mnie potrzebę naprawdę stałej i gorliwej modlitwy za kapłanów, nie tylko za misjonarzy, ale też za moich księży z parafii, moderatorów, oraz tych, którzy borykają się ze zniewoleniami czy chorobą. To jest konkretny owoc tamtego roku – uświadomienie sobie konieczności, wręcz obowiązku modlitwy za kapłanów, jak również o powołania.

Nie przestaje mi również od tamtego czasu towarzyszyć przekonanie, że w Kościele w Polsce wciąż nie wykorzystujemy potencjału, jakim są wierni świeccy. Oczywiście wiele jest przyczyn składających się na ten stan, nie miejsce by nad tym rozprawiać. Na pewno wiele w swoim myśleniu muszą zmienić duchowni, choć może również samym świeckim czasem jest wygodniej zrzucać całą odpowiedzialność na księży, zasłaniając się tym, że przecież to oni są do tego powołani. Kościół na Wschodzie pewnie ma w tym zakresie jeszcze więcej do nadrobienia, ale paradoksalnie, tam gdzie brakuje księży czy osób konsekrowanych, tam oni sami dostrzegają jak wiele zależy od ich współpracy ze świeckimi. Kościół w Kazachstanie funkcjonuje dzięki wsparciu wiernych z Zachodu, także z Polski, nie jest jeszcze w stanie samodzielnie pokrywać chociażby wydatków na budowę świątyń. Kto więc ma wspierać te dzieła, także ewangelizacyjne, pracę księży i sióstr, jeśli nie świeccy? Dziś mam przekonanie, że moja złotówka wrzucona do puszki jest moim konkretnym i wymiernym wkładem w misję Kościoła – ewangelizacyjną czy charytatywną. Ale widzę również, że moja troska o potrzeby Kościoła to także moja praca na rzecz parafii (zarówno ta prosta, fizyczna, związana z posprzątaniem kaplicy czy kościoła, jak również zaangażowanie we wspólnotę).

Rok w Kazachstanie, kraju wciąż misyjnym, pomógł mi też docenić znaczenie i rolę deuterokatechumenatu w naszym Ruchu. Tam spotkałem ludzi, którzy zostali ochrzczeni w dzieciństwie, a potem przez wiele lat (niektórzy nawet przez kilkadziesiąt) nie mogli swojej wiary praktykować lub robili to w ukryciu, ale bez możliwości formacji czy katechizacji. Uświadomiłem sobie, że jeżeli czymś możemy się podzielić z naszymi braćmi i siostrami z innych krajów, to właśnie naszym systemem formacyjnym, który w końcu opiera się na Obrzędach Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych, wykorzystywanych w krajach misyjnych. Jest to zatem idealne narzędzie nie tylko dla Kościoła w Europie Zachodniej czy krajach byłego Związku Sowieckiego, ale również u nas w Polsce, a więc wszędzie tam, gdzie dorośli ochrzczeni potrzebują przebudzenia wiary i prowadzenia drogą przeżywania jej w sposób świadomy.

 

Na koniec kilka słów o babuszkach, które odmieniły moje spojrzenie na tzw. „babcie” odmawiające w kościele różaniec. Mianem „babuszek” nazywa się na Wschodzie kobiety, które przez lata komunizmu i prześladowań kultywowały w rodzinach i społecznościach wysiedleńców katolicką wiarę, chrzciły dzieci, uczyły modlitw, potajemnie prowadziły nabożeństwa. Ich wiara jest prosta, ale konsekwentna. Spotkanie z nimi zaliczam do jednych z ważniejszych w moim życiu, pomogło mi bowiem docenić modlitwę naszych polskich „babuszek”, które w prosty, ale wierny sposób modliły się i wciąż modlą się za naszą ojczyznę, rodziny, młodzież. Chyba czasem nie zdajemy sobie sprawy jak wiele zawdzięczamy ich modlitwie. Ja w każdym bądź razie uczę się doceniać ich cichą, modlitewną obecność.