Wspólnota

(136 - kwiecień 2005)

Wspólnota...

ks. Ryszard Nowak

...czy rzeczywiście chodzi o to, by było nam ze sobą dobrze...?

Przyznam, że lekko alergicznie reaguję na zadany temat. Bo ileż to już słów wypowiedziano na temat wspólnoty, zwłaszcza w naszym czcigodnym środowisku oazowym… Nie wątpię, że wszystkie one są bardzo ważne, ale sądzę, że gdybyśmy tylko połowę tej energii, jaką włożyliśmy w to nasze gadanie, oddali na rzecz aktywnego włączenia się w bezinteresowne krążenie życia wspólnoty, to nie musielibyśmy w ogóle na jej temat mówić… No, bo jeśli jakość życia wspólnoty mierzyć szczerą i uczciwą wiernością codziennej posłudze, ilością nowych niekonwencjonalnych inicjatyw, lasem podniesionych rąk ludzi gotowych do podjęcia wezwania — „kto to zrobi?”, czy chociażby budzeniem nadziei, że idzie ku lepszemu…?
Pamiętam moje czasy seminaryjne i spotkania naszej Rady Kleryckiej (mówiliśmy wtedy o niej dość realistycznie, aczkolwiek nieco złośliwie, że „Rada jest rada, że jest Rada…”). Pamiętam, że stałym, do znudzenia wałkowanym problemem naszych dialogów między sobą oraz przełożonymi, był temat wspólnoty. Pamiętam też to frustrujące przeświadczenie, że żadna z tych dyskusji nie pozwoliła nam zbliżyć się do sedna sprawy. Niestety, najczęściej ujawniała się w nas duża niedojrzałość, gdyż każdy mając własne rozumienie terminu „wspólnota”, a także pakiet oczekiwań wobec tej wspólnoty (czytaj: tych innych niż „ja” czy „moi”) ciągnął tę przysłowiowo
„za krótką kołderkę” w swoją stronę.
W tych dysputach posługiwałem się terminem
„wspólnota” w jego płaskim, potocznym rozumieniu (zresztą taką definicję podaje i Słownik Języka Polskiego). Akcentowałem statyczny wymiar tego, „co wspólne”, na dodatek z trochę kiczowatym oraz infantylno–ideologicznym jego wyobrażeniem. To było przyczyną zarówno moich błędnych oczekiwań jak i równoczesnych zniechęceń, gdyż realizm życia we wspólnocie z takim pojęciem nie wiele miał wspólnego. Rzeczywistość owej „idealnej wspólnoty” umiejscowiłem, więc gdzieś w pobieżnie–laurkowatym, nowotestamentalnym obrazie z Dziejów Apostolskich oraz w pełnym tęsknoty oczekiwaniu na spełnienie się wspaniałych wizji apokaliptycznych u kresu czasów…
Dopiero w jakiś czas po tym jak skończyły się kadencje mojego udziału w tych spotkaniach, przeczytałem coś, co rzuciło mi całkiem nowe światło na to zagadnienie. W „biblioteczce animatora”, ks. Blachnickiego, po raz pierwszy natknąłem się na źródłosłów terminu i tu naraz odkryłem zupełnie nową jakość… Zrozumiałem, że WSPÓLNOTA (gr. koinonia) zakłada aktywny WSPÓŁUDZIAŁ, WSPÓŁUCZESTNICTWO, co wiąże się z dynamiką, zaangażowaniem, wolną i świadomą decyzją, odpowiedzialnością za dar sobie powierzony… Dotarło do mnie to, co wynika z biblijnej antropologii, ze względu na fakt stworzenia człowieka na obraz i podobieństwo Boga — Wspólnoty Osób w Trójcy Świętej Jedynego… Tu bowiem rzeczywiście nie ma miejsca na płaszczyznę obrazu, przed którym można stanąć i na niego popatrzeć, ale w kontraście widać całą bezkresną przestrzeń, w którą trzeba po prostu wejść. Tu trzeba wziąć udział w życiu, w każdym przejawie jego żywiołowości! Urzeczywistnienie wspólnoty dokonuje się przez partycypację i przez świadectwo, a nie przez opłacenie składek, czy zawieszenie na ścianie animatorskich trofeów chlubnej, choć dawno zakurzonej przeszłości. We wspólnocie albo uczestniczy się aktywnie TU I TERAZ, albo się w niej po prostu nie jest! Owszem, trochę na zasadzie jemioły, można w jakimś stopniu czerpać z bliskości osób żywo zaangażowanych w krążenie życia, ale to zawsze będzie jedynie pasożytnicze wegetowanie…
Wspólnoty chrześcijańskiej nie buduje się wprost, gdyż wspólnota wyrasta z dążności wszystkich jej członków do osiągnięcia jednego celu, doskonałości w naśladowaniu Pana Jezusa… Tylko w ten sposób, jakby mimochodem, jednak jako zamierzony cel wtórny, urzeczywistnia się wspólnota — udział w jedności obdarowania z Bogiem Ojcem przez Chrystusa w Duchu Świętym, a w konsekwencji i między ludźmi. Do takiej wspólnoty trzeba dojrzewać nieustannie…
Gdy dziś krytycznie patrzę na wspólnotę naszego Kościoła, także na wspólnoty jego Odnowy, a i w tym na Ruch Światło–Życie, to mogę stwierdzić, że my najczęściej jedynie mówimy „o wspólnocie”, ale niestety nie wychowujemy „do wspólnoty”, w rozumieniu nowotestamentalnego pojęcia koinonia. Wspólnota jest miejscem przebaczenia i radości, jest miejscem pojednania, jest miejscem rozeznawania darów, świętowania miłości braterskiej, ale jest nią rzeczywiście o tyle, o ile jest prawdziwą wspólnotą, gdzie istotnym „problemem” codzienności każdego z jej członków jest pytanie, czym się mogę podzielić, w czym pomóc, jak lepiej służyć…
Za dużo w naszych wspólnotach jest balastu ludzkiego nieszczęścia, które obnosi się ze swoją nieudacznością żądając od „kolektywu” bądź to adoracji bądź opatrywania ran zranionej chorej ambicji, czy przerośniętych kompleksów! Problemem jest tu brak elementarnej miłości siebie, nieznajomość obdarowania, jakie w sobie niosę, a wspólnota często jawi się trochę jako ewentualne miejsce nobilitacji ze względu na przynależność do pożądanej kasty, co ma podreperować zaniżoną samoocenę danego delikwenta…
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że do wspólnoty nie przychodzi się po „coś”, ale dla „kogoś” (i to „kogoś” pisanego zarówno z dużej jak i z małej litery). Zatem chodzi w pierwszym rzędzie o spotkanie osób. Nowotestamentalna wspólnota (a taką ma przecież być także Kościół i naszych czasów) jest miejscem ujawniania się charyzmatów oraz wynikających z nich służb. Istotnym więc motywem włączenia się w nią (do tego powinien dojrzeć każdy z jej członków) jest zrozumienie, że ważniejsze jest to, „co ja wniosę we wspólnotę” a nie, „co oni mi dadzą?”… Dojrzałość we wspólnocie wyraża się świadomością „MY” — przeżywania siebie w łączności z innymi, a nie przeciwstawianiem siebie wobec „tych innych”. Stąd ważne jest stałe pytanie o własną tożsamość, o to, „kim ja jestem?”, by potem od–dać siebie w darze bliźnim, którzy w odpowiedzi obdarują mnie z wzajemnością. W ten sposób specyfika, oryginalność, niepowtarzalność osoby ujawnia się na tle wspólnoty, która staje się miejscem rozpoznania siebie jako daru. Nikt nie może tu powiedzieć, że nie jest, czy nie może być darem dla drugiego. Pan Bóg jest wierny swemu zamysłowi stwórczemu, dlatego każdy bez wyjątku człowiek, już przez sam fakt istnienia, otrzymał określoną pulę talentów. Zostały one na dodatek pomnożone o dary Ducha wynikające z łaski chrztu świętego, dlatego byłoby (i niestety często jest) grubym nieporozumieniem nasze jedynie bierne trwanie (?!) we wspólnocie Kościoła…
Taka świadomość udziału w tym, co wspólne chroni mnie przed rozczarowaniem, a także daje motywację do trwania mimo trudu gorszących sytuacji we wspólnocie. Kiedyś ułożyły mi się w głowie pewne myśli dotykające jej realiów. Chłodziłem swoje ideały słowami: „wspólnota (Kościół) jest miejscem strasznym…, ale i koniecznym” (obnaża wszystko, każdą moją i bliźnich najgłębiej skrywaną słabość, fikcję życia — ale przez to oczyszcza i prowadzi do zbawienia); albo: „wspólnota (Kościół) boli…” (naprawdę nieraz trzeba dużo samozaparcia i silnej motywacji wobec głupoty, słabości czy małoduszności własnej i bliźnich). Dziś patrzę na polski Kościół, konkret wspólnoty mojego życia i posługi i często z bólem powtarzam, „Kościół (wspólnota) zmarnowanej łaski…”
Teraz już wiem, że we wspólnocie, tak jak i w rodzinie bywa różnie… Niektórzy wolą akcentować niewolę formalizmu, prawa i administracji, powoływania się na przepisy, zasady regulujące życie instytucji, inni zaś żyjąc naturalnie cieszą się tym, że mają wszelkie prawa i obowiązki wynikające z faktu bycia rodziną… Ja próbuję po prostu żyć, bo jak sądzę kocham tę wspólnotę — kocham jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Kocham „pomimo”, a może już powoli także
„ze względu na” wady, słabość, grzeszność jego dzieci. Kiedyś, przed wielu laty dokonałem wyboru i dziś nawet wobec jego realiów, wiem, że zrobiłem słusznie. A Ty, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, też kiedyś sam będziesz musiał dokonać wyboru …
Wspólnota…, czy rzeczywiście chodzi o to, by mi było dobrze z innymi, czy może innym dobrze ze mną, albo czy w ogóle nam ze sobą — dobrze…? Tak dla ciekawości, na stronie oazy kapucyńskiej znalazłem dziesięć powodów, dla których warto być we wspólnocie:
1. Jezus żył we wspólnocie
2. Duch Święty tworzy wspólnotę
3. Ojciec, Syn i Duch Święty to przedziwna wspólnota
4. Kościół — Mistyczne Ciało Chrystusa to Wspólnota
5. Wspólnota to przedsmak życia wiecznego
6. Wspólnota potęguje modlitwę
7. W każdym sercu jest pragnienie wspólnoty
8. Tworzymy wspólnotę, by się dzielić swoimi darami
9. Wspólnota jest miejscem przebaczenia i pojednania
10. Miłość wspólnotowa ewangelizuje innych
…i jakoś nie znalazłem tu żadnego argumentu, który wskazywałby na to, że w tym wszystkim chodzi jedynie o to, aby było nam ze sobą dobrze…