Pytania o szatana

(191 - luty - marzec 2013)

z cyklu "Wieczernik Domowy"

Z fascynacją przekroczyć próg nadziei

Krzysztof Jankowski

Żyjemy w czasach trudnych ale niewątpliwie są one jednymi z bardziej ciekawych okresów naszych dziejów. Dokonujący się szybki postęp w dziedzinie nauk przyrodniczych, medycyny i technologii sprawia, że ludzkość zdobyła nowe możliwości. Może zatem dziwić, że z jednej strony człowiek sięga po krańce kosmosu i ma w użyciu potężne narzędzia współczesnej nauki a z drugiej gubi się na własnym podwórku, jakim jest małżeństwo i rodzina. Dziś wyjątkowo otaczają substytuty tej podstawowej wspólnoty a i nie brakuje tych, którzy ochoczo je tworzą. W myśl powszechnej zasady, że im dalej od światła tym ciekawiej, bo mniej widać. Biblijne zawołanie, by czynić ziemię poddaną doczekało się swoistego wypaczenia, by wszystko na niej uczynić na opak. Skoro moi rodzice żyli w małżeństwie i byli otwarci na przyjęcie potomstwa, to ja będę żył w „wolnym związku” i … tyle w zasadzie wystarczy.

To, co dostrzegano jako zagrożenie wiele lat wcześniej dziś przynosi cierpkie owoce. Dezintegracja życia małżeńskiego trwa. Można zauważyć promocję życia, które jest konsekwencją przeżywania seksualności w oderwaniu od miłości, a także oddzielenia seksualności od prokreacji, rodzicielstwa od małżeństwa, małżeństwa od wierności, wolności od wartości oraz oderwania odpowiedzialności od wolności (por. A. Urbaniak, Multimedia a wychowanie, w: W stronę dobra… s. 110.). Ta lista jest niewątpliwie dłuższa, tu jednak chcę przywołać te czynniki, który mają bezpośredni związek z postrzeganiem życia małżeńskiego.

Mnożące się alternatywy małżeństwa i rodziny a tuż obok sposobów ludzkiej prokreacji w swym efekcie przypominają scenę z filmu, gdzie młodzi „konstruktorzy” demontują całą karoserię auta, by ją odwrócić względem silnika, w ten sposób samochód jeździ tyłem do przodu. Wysiłek zapewne olbrzymi a efekt pokraczny, niemniej zwraca na siebie uwagę, bo zaistniało coś innego. Owa jednorazowa inność może bawić czy nawet intrygować lecz upowszechniona jest niewątpliwie zagrożeniem. Trudniej jest stworzyć nową jakość więc sięgnięcie po przemodelowanie naturalnego porządku staje się swoistą alternatywą. Tak więc nietrudno dostrzec, że więcej dziś wysiłku wkłada się w ukonstytuowanie przewrotności względem Bożego zamysłu aniżeli pracy w stworzenie tego, do czego Stwórca powołuje człowieka.

Jak w takiej rzeczywistości przekazać prawdę o małżeństwie? Jak w tej wielości odszczepów ukazać właściwy pień? Z tym jednak pytaniem przejdźmy na grunt rodziny, bo przecież w niej przede wszystkim Jaś się staje Janem. Jak w każdym domu okien na świat nie brakuje i Jaś w nie ochoczo spogląda. Przez niektóre spogląda a z innych słyszy wołanie, by wyszedł na podwórko i przyłączył się do zabawy. Takim oknem na świat jest niewątpliwie szkoła, Kościół, Internet a z nim kolorowy świat mediów… Są też inne, które mądrzy rodzice odkryją przed Jasiem ale i takie, które odkryje on sam lub zrobią to jego rówieśnicy. W ten sposób nasz dom staje się swoistym kalejdoskopem wartości, norm i propozycji. Są tacy, którzy sądzą, że od razu trzeba otworzyć wszystkie okna, z zastrzeżenie, by nie zabrakło rozwagi w korzystaniu z nich. Inni przeciwnie, zamykają owe okna i otwierają je stopniowo wraz wiekiem.

Powyższe pytanie, co należy uczynić, by nasze dzieci wybrały małżeństwo oparte na Panu Bogu a nie substytut tego sakramentu jest w zasadzie pytaniem szerszego nurtu. Czy nasze dziecko wybierze świat wartości chrześcijańskich czy też swoim życiem jemu zaprzeczy. Przecież to, co dla nas jest wartością wcale nie musi nią być dla naszego potomstwa. Wartością staje się ta rzeczywistość, której pragnie, która w jego odczuciu jest cenna. Nie trudno więc zauważyć, że choć wartości chrześcijańskie są uniwersalne, to młodego człowieka może zafascynować coś, co w rzeczywistości wartością nie jest. Oczywiście ważne są tu relacje rodziców z dziećmi, rozmowy, przykład z życia, dobre wzorce i wiele innych pomniejszych czynników. Wiemy to wszystko, ale codzienność pokazuje, że niejednokrotnie jako rodzice nie ogarniamy tego, z czym przychodzi nam się borykać w zwykłym dniu. Może czasami to kwestia otwartych okien, przez które świat „wlewa” się do naszego domu. Niezbyt chętnie dajemy dostęp do naszych danych osobowych, chronimy numer telefonu osobistego ale paradoksalnie panom tego świata dajemy nieograniczony dostęp do serc naszych dzieci. Wydaje nam się, że rozmowa z dzieckiem i wytłumaczenie, co jest dobre a co złe wystarczy. Nie takie jest jednak prawidło Ewangelii. Bo nieprzyjaciel przychodzi i sieje chwast (Mt 13,38-39). I cóż z tego, że wytłumaczymy dziecku, że ziarna, które padły są złe – skoro do natury ziarna należy jego powolny wzrost. A wyrwanie go z serca nie leży w naszej mocy. Świadomość rzeczy okazuje się niewystarczająca. Dorosłego, który powszechnie uważany jest za osobę ukształtowaną św. Paweł ostrzega, by unikał tego, co ma choćby pozór zła (1 Tes 5,22) a cóż dopiero dziecko. Oczywiście pamiętamy zapewnienie Jezusa, że daje nam moc stąpania po wężach i skorpionach (Łk 10,19) lecz czym innym jest ochrona Boga przed całą potęgą przeciwnika a czym innym jest świadome wybieranie tego, co przeciwnik podsuwa. Ostatecznie jest to zagadką ludzkiego serca, które wzorce zafascynują go i będą miały decydujący wpływ na jego życie. Trzeba nam wiedzieć, że dziecko przeżywa nie tylko zewnętrzne, lecz także wewnętrzne konflikty dotyczące jego własnych potrzeb i pragnień. Często jest niezdecydowany, a nawet potrafi wyrządzać krzywdę sobie i innym. Jego rozwój nie jest procesem spontanicznym, lecz wymaga wysiłku i dyscypliny oraz pomocy wychowawczej ze strony dorosłych. Co więcej, łatwiej mu czynić zło, którego nie chce, niż dobro, którego pragnie; (M. Dziewiecki, Wychowanie ku wartościom, w: W stronę dobra, Poznań 2000r., s. 46).

Lekkość podchodzenia do życia, można zobrazować sceną z szatni kinowej: Po zakończonym filmie, przeznaczonym dla widzów dorosłych ze względu na sceny drastyczne i mroczne wychodzi mama z 9-cioletnim synem i sama stwierdza, iż myślała, że syn gorzej zniesie te sceny ale jakoś je strawił. Syn słysząc to dumnie odpowiada, że tylko na początku było mu ciężko ale potem było ok. No właśnie, czy zaakceptowanie przemocy w młodym sercu może być ok? I czy można dokonać jakiejkolwiek oceny jego przyszłego serca minutę po filmie? Obrazy i sceny dojrzewają jak to ziarno. Czy karmiąc dziecko przemocą i brzydotą doczekamy się w jego życiu aktów miłości i wrażliwości na piękno? Może? Sugestywne jest jednak powiedzenie użyte przez bajkową postać: jeśli jesteśmy tym, co jemy, to ja nie będę jadł byle czego. Strawa duchowa musi być „wytrawna”, by ukształtować szlachetne osobowości.

Kiedy rodzą się pytania, co uczynić, by rodzina i małżeństwo stało się dla dzieci wartością niewątpliwie trzeba zadać wcześniej pytanie, czy sami odkryliśmy tę wartość. I nie tyle wartość małżeństwa jako takiego ale naszego. Z poziomu katechizmu trzeba nam przejść na poziom naszego życia. Zauważa się, że pod wpływem szerokich i głębokich przemian wiele rodzin staje, jako niepewne i zagubione wobec swych zadań, a niekiedy popadają w zwątpienie i niemal zatracają świadomość ostatecznego znaczenia i prawdy życia małżeńskiego i rodzinnego (FC, p. 1). Odkrycie prawdy o małżeństwie rodzi pokój i fascynację. A co może być większą „promocją” sakramentalnego małżeństwa niż czerpanie z obfitości skarbów, które Pan Bóg w nim pozostawił i obdzielanie nimi najbliższych. Fascynować bowiem, to przyciągać czyjąś uwagę w sposób zniewalający, to czarować, urzekać i olśniewać. Bez owej fascynacji jesteśmy pozbawieni argumentu, że coś jest dla nas wartością. Mówiąc inaczej nie możemy innych do czegoś zapalić jeśli sami nie płoniemy. Czy zatem w oczach rodziców dzieci widzą wzajemną miłość. Czy znajdują fascynację taty mamą i odwrotnie. Niech ta rzeczywistość będzie pierwszym oknem na świat. Wytrwałe zabieganie o szczęście współmałżonka powinno być tłem innych działań i celem, do którego powołał nas Bóg. Trudno byłoby dorastać młodemu człowiekowi do ideału, którego nie doświadczył choć w jakiejś części ani nie widział jego konkretnego przejawu. Owo promieniowanie jest właściwe tym, którzy wybierają drogę świętości w ramach swego powołania. Warto zauważyć, że tylko głęboka inspiracja płynąca z serca i postawa oparta na Bogu pozwala, by wyjść do świata z Dobrą Nowiną (por. Mt 11,12).

Jest jeszcze coś, co stanowi ową namacalną jakość w sakramentalnym małżeństwie, czego trudno doszukać się w jego atrapach. Otóż życie przepełnione nadzieją. Benedykt XVI podkreśli, że chrześcijanie nie wiedzą dokładnie, co ich czeka, ale ogólnie wiedzą, że ich życie nie kończy się pustką. Ewangelia, którą karmią się małżonkowie nie jest jedynie przekazem treści, które mogą być poznane, ale jest przesłaniem, które tworzy fakty i zmienia życie (…) Kto ma nadzieję, żyje inaczej; zostało mu dane nowe życie (Spe salvi, p.2). Tam, gdzie brakuje owej niewiędnącej nadziei, życie ludzkie pozbawione jest sensu a zatem samo w sobie przestaje być dla człowieka wartością. Nie sposób tu nie przywołać innych słów, które korespondują z powyższymi. Tylko „serce nowe” pozwala zrozumieć i urzeczywistnić najprawdziwszy i najgłębszy sens życia: jest nim dar, który się spełnia w dawaniu siebie (Jan Paweł II, Ewangelium vitae, p. 49.). Owo dawanie siebie dla współczesnego świata jest zupełnie niezrozumiałe i w jakiś sposób nie jest z tego świata. Człowiek, który postawił siebie w centrum zajmując w ten sposób miejsce Boga postrzega świat na swój sposób i wówczas przyszłość jawi się dla niego jako rzeczywistość mroczna, nie widzi bowiem w nim żadnych punktów na których mógłby się oprzeć. Zjawisko to stoi również u podstaw zamknięcia się człowieka na nowe życie.

 

Trudne czasy potrzebują zdecydowanych postaw i radykalnych wyborów. Małżeństwo pozbawione żywej relacji z Chrystusem byłoby więc jedną z alternatywnych form obcowania z drugim człowiekiem. Oparte na fundamencie Słowa Wcielonego same staje się bramą do innej rzeczywistości a zatem przekracza miarę tego świata. Naszym zadaniem jest trwanie przy Chrystusie (Jk 1,2-4).