Sprawy ostateczne

(133 - listopad - grudzień 2004)

Z powrotem w ciele

ks. Mariusz Pohl

Przekonanie, że nasze ciała miałyby w jakimś momencie znów powrócić do życia, z trudem mieści się nam w głowie

Chrystus w czasie polemiki z saduceuszami wyraźnie stwierdził, że Bóg jest Bogiem żywych, a nie umarłych, że ludzie są powołani do zmartwychwstania i życia wiecznego. W zasadzie zgadzamy się z tym twierdzeniem, ale często nadajemy wierze w zmartwychwstanie jakiś mityczny, nieokreślony, „uduchowiony” charakter. Czynimy ze zmartwychwstania jakiś symbol czy wyimaginowaną ideę, niż konkretną rzeczywistość, która nas kiedyś czeka.
Chyba mało kto cieszy się na fakt zmartwychwstania i na wszystko, co się z nim wiąże. Może nawet ta perspektywa jest dla nas jakoś wstydliwa i kłopotliwa. Kto wie, czy potrafilibyśmy — jak św. Paweł na Areopagu, czy wcześniej Hiob — z taką siłą przekonania poruszyć temat zmartwychwstania i dać świadectwo swojej nadziei, czy też wolelibyśmy raczej zamilknąć. A motywów do przemilczania tego tematu chyba nie brakuje: choćby długa zwłoka Paruzji i powszechnego zmartwychwstania, która stawia pod znakiem zapytania tę zapowiadaną przez Chrystusa przyszłość, albo odwleka ją w nieskończoność. Przekonanie, że nasze własne ciała miałyby w jakimś konkretnym momencie znów powrócić do życia, z trudem mieści się nam w głowie i nawet budzi podejrzenia o jakieś związki z doktryną Świadków Jehowy.
Najpierw dlatego, że bardzo boleśnie i konkretnie doświadczamy śmiertelności i zniszczalności ludzkich ciał. Cielesność dostarcza nam nieraz tylu trosk i bólu, zwłaszcza w przypadku kalectwa, choroby czy starości, że wcale za nią aż tak nie tęsknimy. Raczej wolelibyśmy pozbyć się tego balastu i przejść do innego sposobu egzystencji, na podobieństwo duchów czystych. Nawet przykład Chrystusa, który przecież zmartwychwstał w ciele, ani też przykład Maryi, wziętej do niebieskiej chwały z duszą i ciałem nie rozwiewa naszych wątpliwości. Do cielesności odnosimy się nieufnie.
Także dlatego, że ciało kojarzy nam się z grzechem. Jak coś, co tyle razy, na wiele różnych sposobów obrażało Boga, miałoby teraz stać się narzędziem oddawania Mu chwały i zażywania niebiańskiego szczęścia? Wydawałoby się nam bardziej logiczne, gdyby ciało „za karę” raz na zawsze zostało unicestwione i nie przypominało nam więcej naszego grzesznego i bolesnego życia na ziemi; albo też by „poszło do piekła” na męki ognia wiecznego. Ale ciało w niebie? Albo na odnowionej ziemi? Raczej nie.
Boimy się puszczać wodze wyobraźni i nadziei, by naszym oczekiwaniom eschatologicznym nadawać jakiś „ludzki” kształt, nawiązujący do doczesnych wartości, takich jak piękno, pokój, radość. Tu pewnym wzorcem eschatologicznego szczęścia, mogłaby być dla nas biblijna wizja raju: przepięknego, bujnego ogrodu, obfitującego w owoce, stanowiącego harmonijne środowisko dla człowieka, który żyje w zgodzie ze swą cielesną naturą, wizja ukazana w konkretnych pojęciach i wyobrażeniach, ściśle nawiązujących do cielesności. Także wszelkie wizje czasów mesjańskich, zapisane w Starym Testamencie, zawierają w swoim centrum człowieczeństwo jako cielesno–duchową harmonię i szczęście jako atrybut ściśle cielesny. Żydzi bardzo szanowali ciało i sprawy ciała, cenili je sobie i nie wyobrażali sobie życia przyszłego bez ciała.
Natomiast wydaje się, że my życie wieczne sytuujemy jakby w opozycji do doczesności, jako przeciwieństwo życia doczesnego, a nie jako jego kontynuację. Bo doczesna egzystencja z ludzką cielesnością w centrum jest jakoś podejrzana. Nawet cielesny wymiar człowieczeństwa jest w naszym mniemaniu jakąś ujmą i niezbyt nadaje się do „uświęca- nia”. Wysiłki płynące z motywów pobożności kierujemy raczej w stronę duszy, niż ciała. W efekcie ciało zostaje pozostawione jakby samo sobie, a my pracujemy bardziej „nad duszą”. Nic zatem dziwnego, że w dziedzinie cielesności jest tyle nieuporządkowania i nadużyć, bo pole to oddaliśmy jakby bez walki.
Jakoś dziwnie przy tym zapominamy o naszym powołaniu do świętości i o godności naszego człowieczeństwa, odkupionego przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Zapominamy o godności ludzkiego ciała, o tym, że z cielesnością jest ściśle związana miłość, zdolność do prawdziwej ofiary („ofiary i daru nie chciałeś, aleś mi utworzył ciało”)… I zapominamy o mocy Bożej, która potrafi przemienić to, co grzeszne i zniszczalne, w święte i niezniszczalne. A zatem nasza nadzieja i ostateczna przyszłość, musi być ściśle związana z naszym człowieczeństwem, z realnością naszego życia, a ta realność wyraża się właśnie przez cielesność.
Problem polega zatem na tym, jak pogodzić nasze życiowe doświadczenia, podważające wartość ciała z przesłaniem wiary, która naszą ostateczną przyszłość nierozłącznie kojarzy z ciałem. Prawda o zmartwychwstaniu jest tajemnicą i nigdy nie zdołamy sobie naocznie wyobrazić sposobu powstania do nowego życia i jego kształtu. („Oko nie widziało i ucho nie słyszało…”; „bo będą jako aniołowie w niebie…”) Jednak co do istoty możemy na temat zmartwychwstania ciał powiedzieć bardzo wiele. Spróbujmy zatem zebrać w tym tekście najważniejsze fakty i prawdy, będące podstawą naszej eschatologicznej nadziei.
Po pierwsze: zmartwychwstanie dotyczy ciała. Cielesność należy do istoty człowieczeństwa, więc skoro wskrzeszenie z martwych dotyczy człowieka, więc musi uwzględniać także ciało. A zatem nasza przyszłość „w niebie” nie będzie polegała na jakiejś duchowej, „eterycznej” egzystencji w zaświatach, lecz na doskonałej pełni ludzkiego życia. Oznacza to, że otrzymamy na powrót nasze ciała, ale w formie doskonałej, bez ułomności i braków, tak dokuczliwych i przykrych w naszej doczesnej egzystencji. Wzorem takiej przemienionej cielesności jest Zmartwychwstały Chrystus, ukazujący się Apostołom.
Po drugie: człowiek jest istotą śmiertelną, nieodwołalnie zmierza ku śmierci, która polega na radykalnym oddzieleniu duszy od ciała i zniszczeniu cielesnej powłoki. Śmierć, chociaż jest skutkiem grzechu i przejmuje nas lękiem, powinna być dla wierzącego znakiem nadziei. Bo skoro dzięki wierze możemy umierać z Chrystusem, to także będziemy mogli z Nim później zmartwychwstać. A zatem śmierć jest końcem bolesnej, ziemskiej egzystencji i przejściem do nowego życia, w którym czeka nas już tylko to, co najlepsze. Śmierć nie jest końcem, lecz przemianą, początkiem nowego.
Po trzecie: śmiertelność i ułomność ludzkiego ciała i życia nie oznaczają zgody na pogardę dla tych rzeczywistości. Wręcz przeciwnie: życie jest dla człowieka czasem łaski i miłosierdzia, szansą realizowania swego powołania do doskonałości i do wiary. Człowiek, który pomimo swej słabości i grzeszności, zaufa Chrystusowi i przylgnie do Niego, może w tym wrogim świecie skutecznie dążyć do świętości. Jest to wręcz naszym zadaniem i obowiązkiem. A to oznacza, że mamy swoje ciała darzyć szacunkiem, oddawać je na służbę Bogu, prawdzie, miłości. W ten sposób już tu na ziemi możemy niejako uprzedzać stan doskonałości po zmartwychwstaniu. Trzeba zabiegać o jak najwyższą jakość naszego człowieczeństwa.
Doczesność jest zasiewem wieczności na wzór ziarna, które obumiera, by mogło dać życie dojrzałej roślinie (por. 1 Kor 15). To, w jaki sposób teraz żyjemy, jak wypełniamy swoje powołanie, jak bardzo wierzymy i ufamy Bogu, czy „celujemy” w dziele Pana (por. 1 Kor 15.58), będzie później jakoś rzutowało na nasze życie wieczne. A zatem w doczesności trzeba inwestować w wieczność. Trzeba „składać swoje ciała na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną…” (Rz 12.1). Chrystus zaś „swoją mocą przemieni nasze śmiertelne ciała na podobieństwo swego ciała uwielbionego” (Flp 3.21).
I czwarte: przy zmartwychwstaniu wszystko zostanie przemienione, nastanie nowa ziemia, nowe niebo, nowy człowiek. Pierwsze rzeczy, znane nam z aktualnego doświadczenia, przeminą. Ale mimo wszystko będzie jakaś analogia i kontynuacja między tym, co teraz, a tym co nastanie w wieczności. Otrzymamy nowe, chwalebne ciała, na wzór Chrystusa uwielbionego. A i Chrystus w wieczności zachowa swoje człowieczeństwo. Może to jest najmocniejszy argument na rzecz cielesnego zmartwychwstania: Chrystus sam przeżył je jako pierwszy i jest dla nas wzorem.