Bioetyka

(175 - listopad - grudzień 2010)

Zagłuszyć sumienie

Magdalena Lesiak

czyli psychologiczne następstwa moralnych dylematów

„Jestem gotowa na wszystko, będę walczyć do końca, nic i nikt mnie nie powstrzyma. Muszę mieć dziecko!”

Pragnienie posiadania potomstwa to naturalna potrzeba człowieka. Wydawałoby się prosta droga… Jednak nie zawsze jest tak prosto, zarówno dla rodziców, jaki dla dziecka. Możemy przekonać się obserwując nasze środowiska, że bycie rodzicem jednym przychodzi łatwo, innych wieść o nowym życiu zaskakuje i przeraża, jeszcze inni czasami niby chcą, ale później nie są gotowi do dojrzałej odpowiedzialności za dziecko. Jest też, niestety co raz większe, grono małżeństw, które chcą być rodzicami, ale im nie wychodzi. Starają się, próbują, diagnozują, leczą, wydają majątek na specjalistów i uzdrowicieli, modlą się, płaczą i cierpią tęskniąc za dzieckiem. To droga – żmudna, wieloletnia, pełna smutku, trudu i niestety, jak wskazują również statystyki, często bezowocna. To droga rozważań i dylematów na gruncie medycznym, psychologicznym, religijnym i etycznym.

Kiedy małżonkowie mają problem z poczęciem dziecka, przychodzi czas odczytywania powołania do rodzicielstwa, czas kiedy ich emocje muszą spotkać się z rozumem i sumieniem. I mylą się Ci, którzy próbują wykluczyć jeden z tych elementów.

Wieloletnie doświadczenie pracy z małżeństwami, pokazało mi, że tylko uczciwe skonfrontowanie potrzeby rodzicielstwa ze swoją sytuacją życiową, z potrzebami współmałżonka pozwala na dojrzałą płodność duchową i fizyczną.

Inaczej, nie licząc się z mężem czy żoną, gotowi są poświęcić wiele, żeby „mieć” zaplanowane dziecko. I nie mówię tu o aspekcie materialnym, choć powszechnie wiadomo, że in vitro kosztuje, ale o zdrowiu, psychice, relacjach rodzinnych, przyjacielskich i zawodowych, a przede wszystkim o sumieniu.

Czasami zbyt późno małżonkowie budzą się z pytaniem, gdzie są granice??? To pytanie powinno pojawić się na początku – na co jesteśmy gotowi i dlaczego?

Spotkałam pary, które podchodziły do prób in vitro nawet 15 razy (!), bezowocnie – twierdzili, że będą próbowali do skutku… nie liczyło się dla nich zdrowie, ani to, że są coraz starsi, ani finanse, ani sumienie. Minęło 14 lat, dalej są bezdzietni, a do tego – zgorzkniali, znerwicowani, smutni i samotni.

Były też pary, które czuły „pod skórą”, że robią coś wbrew sobie, ale za wszelką cenę szukały wytłumaczenia swojej sytuacji, usprawiedliwienia i poparcia – „przecież nie zabijają, tylko dają życie”, „Pan Bóg daje życie, więc jak się uda in vitro to znaczy, że Bóg tak chciał”. Spora liczba osób stosujących metody sztucznego zapłodnienia tłumaczyła swoje postępowanie złością, żalem i buntem wobec Boga i losu, za tę niesprawiedliwość, jaka ich spotkała – tak bardzo pragnęli mieć dziecko, a nie mogą…

Jeszcze inni starali się zapominać o aspekcie duchowym swojego rodzicielstwa, sprowadzając go jedynie do reprodukcji.

Natomiast te pary, które trafiały do mnie, bo chciały pogodzić się z niepłodnością, a wcześniej leczyły się intensywnie, stosując wszelkie dostępne metody, mówiły, że mniej lub bardziej świadomie, próbowały zagłuszać sumienie, rezygnowały z praktyk religijnych, nie przyjmowały sakramentów, a nawet przystępowały do świętokradczej spowiedzi zatajając grzechy związane z in vitro. Ale to wszystko wracało, jako wyrzuty sumienia, poczucie winy, czy lęk. I teraz muszą sobie z tym radzić…

To nie będzie dziecko mojego męża…

Pamiętam kobietę, która przychodziła do mnie wiele razy z różnymi sprawami dotyczącymi jej relacji z mężem i teściami. I niby po każdym spotkaniu była zadowolona i trochę spokojniejsza, ale ciągle coś pozostawało niedopowiedziane… aż pewnego razu wybuchła bomba!

– „To nie jest dziecko mojego męża! Owszem, jest ojcem, ale to nie jego dziecko. Zrobiłam to dla niego…”

Płacząc całą sesję, opowiadała o trudnej decyzji, o decyzji wbrew sobie i swojemu sumieniu (a sumienie miała wrażliwe i na dodatek była katechetką) – o inseminacji nasieniem dawcy. Jej mąż był bezpłodny, ucierpiała jego, stereotypowo pojęta, męska duma i nie mógł się z tym pogodzić, więc zdecydowała, że wszystko weźmie na siebie. Urodziła dziecko, kocha je nad życie, teściowie zadowoleni przestali jej dokuczać, że jest bezpłodna, tylko mąż jakoś dziwnie traktuje synka… a przecież zrobiła to dla męża.

Inna kobieta, młoda i atrakcyjna, żyje z tajemnicą – udaje przed mężem i godzi się na zabiegi in vitro z mikromanipulacją (żeby wybrać ten najlepszy plemnik z najgorszych – jak powiedziała), choć już wie, że z nasienia jej męża nic nie będzie… lekarz jej to powiedział wprost. Wprost też zachęcił do zdrady – „pani jest młoda, zdrowa, mąż ma jeszcze nadzieję, więc się nie zorientuje, że to nie jego dziecko…” Kocha męża i nigdy go nie zdradzi, nigdy też mu nie powie o tej rozmowie z lekarzem, ale wbrew sobie, dla męża, podejdzie kolejny raz do stymulacji i zabiegu in vitro.

– „Może stanie się cud? Modlę się o to – dodaje na koniec – dobrze, że się wygadałam …”

„Mam piętnaścioro dzieci… albo nawet więcej, licząc te które umarły po poronieniu”

Obecnie rzadziej, ze względu na wdrożoną w klinikach procedurę podawania mniejszej liczby zarodków, ale kiedyś często słyszałam od pacjentek, że po stymulacji zapłodniono 9, 10 czy nawet 15 komórek, część wprowadzano do jamy macicy, a część zamrażano na kolejny raz. Ale następnego razu nie było… minęło klika lat, a pacjentka nie wie, co się dzieje z jej dziećmi. Tak – dziećmi. Może wtedy, łatwiej było jej zagłuszać sumienie, gdy używało się terminologii medycznej, że to tylko zarodek, blastula, embrion… teraz kiedy dalej nie ma potomstwa, albo szykuje się do adopcji, myśli powracają do decyzji sprzed lat i pokazują konsekwencje podjętych działań.

Wiele par, które po uporczywym leczeniu, stosowaniu wszelkich dostępnych metod i technik, decyduje się na adopcję, w rozmowach o swoim rodzicielstwie wspomina o zamrożonych embrionach – jedni jak gdyby nigdy nic, inni z wielkim poczuciem winy, lękiem i wątpliwościami, zastanawiają się co dalej z NIMI – dziećmi (embrionami) będzie?

Tylko tak naprawdę po takim czasie nie wiedzą, co dzieje się z ich dziećmi – np. klinika w Białymstoku po 3 latach bez kontaktu z rodzicami – przekazuje do adopcji, ale znowu następna niewiadoma, bo nie wiemy ile z nich nadawało się (brrrr... z punktu widzenia medycznego) do inplantacji i czy byli chętni (nie ma takich danych, tzn. ja nie znalazłam) no i wreszcie jeśli nie podano, to gdzie są?

Kiedyś na warsztatach dla niepłodnych małżeństw jedna z par podzieliła się doświadczeniem leczenia – pani próby stymulacji i in vitro dwukrotnie niemal przypłaciła życiem, bo doszło do hiperstymulacji i powikłań. Oboje stwierdzili, że na pewno już nigdy więcej tego nie zrobią, ale z każdym razem kiedy przejeżdżają przez Warszawę, to myślą o swoich zamrożonych dzieciach (8 embrionów). No i pary otworzyły się same z siebie na ten problem i rozpoczęły dyskusję – co zrobić?

Padały różne propozycje:

płacić za ich mrożenie w nieskończoność;

odebrać z kliniki i pochować;

zaryzykować i spróbować jeszcze raz in vitro;

oddać do adopcji;

zapomnieć (!?!);

poświęcić na badania genetyczne;

dać im szansę – podać wszystkie do macicy kobiety przez inseminację,

Oczywiście niektóre z tych propozycji są niezgodne z nauką Kościoła, dla wielu kolejny raz przyjdzie się zmierzyć z własnym sumieniem… To bardzo trudny problem, ale on istnieje, bo istnieją już embriony.

Opisane historie to tylko przykłady rzeczywistości, gdzie setki, a może i tysiące par zmagają się ze swoją niepłodnością i decyzjami o wspomaganym sztucznie rodzicielstwie.

Nielicznym się udaje, inni dają sobie spokój z upokarzającymi i wyczerpującymi procedurami i decydują się na adopcję, a jeszcze inni na bezdzietność.

Każdego roku do ośrodków adopcyjnych zgłasza się tysiące par „po przejściach” – zranieni przez in vitro (w Polsce jest przeszło 80 ośrodków adopcyjno-opiekuńczych, tylko w AOAO w Łodzi każdego roku ok. 130 par przygotowuje się do rodzicielstwa zastępczego).

Nie jestem etykiem, ale widzę jakie konsekwencje dla życia ludzi i ich psychiki niesie ingerowanie w cud życia, zagłuszanie sumienia i zerwanie więzi z Bogiem przez świadome przekraczanie jego przykazań.

Z jednej strony poczęte dziecko, a z drugiej z drugiej pustka, niepokój, poczucie winy, krzywdy i żalu, ciężar wyrzutów sumienia, pogmatwane relacje...

Chyba nie o to chodzi w godnym, szczęśliwym rodzicielstwie?