Dar Ruchu Światło-Życie

(198 - luty - marzec 2014)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Zielona wyspa

Przemysław Wieczorek

To nie będzie kolejny tekst o Irlandii. Owszem, chcę Was zabrać na wyspę, ale o wiele większą niż ta św. Patryka, ba, największą, jaka jest na ziemi. W Grenlandii zakochałem się jeszcze jako dziecko dzięki książkom Aliny i Czesława Centkiewiczów. Może sami jeszcze pamiętacie historię o Anaruku, albo o Odarpim, synu Egigwy? Mnie zafascynowały tak bardzo, że nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat marzę, by kiedyś odwiedzić tę krainę lodu, choć moje co do niej wyobrażenia zdecydowanie się zmieniły.

A jakie jest Twoje pierwsze skojarzenie, gdy słyszysz słowo Eskimos? Wyobrażasz sobie człowieka ubranego w spodnie ze skóry renifera, budującego igloo, polującego harpunem na foki, oprawiającego skórę niedźwiedzia i popędzającego psi zaprzęg? Ten obraz to już niestety przeszłość. Dziś mieszkańcy Grenlandii mieszkają w kolorowych domach, zbudowanych na wzór skandynawski, robią zakupy w supermarketach, siedzą przed telewizorem lub chodzą na dyskoteki. Są przesiąknięci zachodnią cywilizacją, a zwłaszcza dotknięci plagą alkoholizmu. Starają się jednak kultywować swoje obyczaje, a przynajmniej nie pozwolić im umrzeć bezpowrotnie. 

Kalaallit Nunaat

Grenlandia jest prawie siedem razy większa od Polski i trzydzieści razy większa od Danii, której podlega jako jej autonomiczne terytorium (choć sama nie przynależy do Unii Europejskiej). Na tak olbrzymiej powierzchni, skutej w większości przez lądolód mieszka zaledwie 57 tys. mieszkańców. Ciekawe są podobieństwa w symbolice naszych krajów, bowiem flaga Grenlandii również zbudowana jest z dwóch pasów: białego i czerwonego. Dodatkowo jednak ma dużą okrągłą tarczę, w której barwy te są odwrócone. W herbie zaś widnieje biały niedźwiedź. Językiem urzędowym jest duński i dialekt zachodniogrenlandzki.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że słowo Eskimos przez wielu mieszkańców Arktyki uważane jest za obelgę, gdyż oznacza „pożeracza surowego mięsa”. Oni sami mówią o sobie „Inuici”, co oznacza po prostu „ludzie”, choć tak naprawdę dzisiejsi Grenlandczycy to potomkowie Inuitów i Duńczyków, którzy kolonizowali tę wyspę. Dlatego też współczesny Grenlandczyk powie też o sobie „Kalaalek”, zaś swój kraj nazywa „Kalaallit Nunaat”, co tłumaczy się jako „Ziemia Grenlandczyków”. 

Wbrew obiegowej opinii Eskimosi nie mieszkają w igloo (zresztą i w przeszłości służyło im ono jedynie jako czasowe schronienie). Obecnie typowy krajobraz grenlandzkiej osady, liczącej zazwyczaj kilkaset mieszkańców to wzorowane na duńskich kolorowe domki, rozsianie wokół fiordu, a także kościółek, szkoła, boisko do piłki, urząd, dom kultury, supermarket, przystań rybacka i lotnisko, względnie lądowisko dla helikopterów, a w tle osady majestatyczne góry, niezmienne, mimo rewolucji, których są świadkami od kilku dekad. A zmieniło się niemalże wszystko. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wśród mieszkańców przeważali koczowniczy myśliwi, polujący na foki, renifery, niedźwiedzie polarne czy woły piżmowe, dziś utrzymanie zapewnia rybołówstwo, a także etaty w administracji. Niegdyś wszystkiego czego potrzebowano, począwszy od pożywienia, przez odzież, narzędzia, broń, ozdoby, tłuszcz do kaganka, czy skórę na posłanie dostarczały upolowane zwierzęta. Dziś to wszystko jest do zdobycia w supermarketach, powszechna jest też telefonia komórkowa i dostęp do internetu. Ubrania z foczej czy niedźwiedziej skóry zastąpiła zachodnia odzież markowa, a psi zaprzęg wyparty został przez śnieżne skutery. Duńska kolonizacja i przemiany ostatnich dekad przyniosły zarówno plusy jak i minusy. Z jednej strony szerzy się plaga pijaństwa, która urosła do rozmiaru głównej patologii, następuje rozluźnienie więzów rodzinnych, coraz częstsze są samobójstwa wśród młodych, a z drugiej powszechny jest dostęp do edukacji czy opieki zdrowotnej, a do przeszłości odeszły samobójstwa ludzi starych, porzucanie dzieci, czy kanibalizm, które nierzadko praktykowano, gdy następowały okresy głodu.

Przez wieki Inuici byli animistami wyznającymi odmianę szamanizmu. Wierzyli np. że każde upolowane przez nich zwierzę ma duszę, którą trzeba przebłagać za zabicie jej, tłumacząc, że to dlatego, by rodzina nie cierpiała głodu. Powszechna była wiara w talizmany czy amulety. Właściwie wszystko w co wierzyli wynikało z warunków, w których żyli – wszechobecny lód, śnieg, zamiecie, burze śnieżne, konieczność walki o pożywienie i częsty głód, niebezpieczeństwa z tym wszystkim związane powodowały strach i kazały szukać sposobów, by te wszystkie czynniki, a właściwie złe duchy, które za nimi stały, jakoś okiełznać. Osobne miejsce zajmował kult dusz zmarłych przodków czy szczególna rola, jaką mieli szamani. Wiele wieków musiało upłynąć, zanim Inuici usłyszeli Dobrą Nowinę.

Kościół wikingów

To nie Kolumb odkrył Amerykę! Zrobili to na długo przed nim normańscy wikingowie, zahaczając jednak najpierw o Grenlandię. A wszystko dzięki Erykowi Rudemu, który z powodu konfliktu o krowę zakończonego zabójstwem jako banita opuścił Islandię i popłynął na zachód natrafiając w 982 r. na nieznany ląd. Nazwał go Zieloną Ziemią, gdyż chciał w ten sposób zachęcić mieszkańców Islandii (Krainy Lodów) do osiedlenia się na nowej wyspie, która według jego zapewnień miała obfitować w łąki i pastwiska. Choć był to świadomy blef to prawdopodobnie w tamtym czasie klimat wyspy rzeczywiście mógł sprzyjać uprawie roli i hodowli, toteż wkrótce kolejne fale islandzkich Normanów dały początek osadom rozsianym po zachodnim wybrzeżu.

W tym miejscu warto też wspomnieć, że według Jerzego Perteka, polskiego marynisty, stare skandynawskie sagi wspominać mają o dwóch towarzyszach Eryka Rudego pochodzących … z Polski! Zapoznali się z nim bowiem na dworze króla Danii Swena Widłobrodego, którego żoną była Świętosława, zwana w Skandynawii Sygrydą, córka Mieszka I, a z nią właśnie Wyzdword i Tyrker, bo tak mieli się nazywać słowiańscy wojowie, przybyli na dwór kopenhaski. Choć w tym przypadku wszystko wskazuje na to, że mamy raczej do czynienia z fantazją, to nie można jednak niczego do końca wykluczyć…

W roku 1000 Leif Erikson, syn Eryka Rudego, przywiózł na wyspę chrześcijańskich misjonarzy, sam zaś popłynął dalej, według legend docierając do wybrzeży Ameryki Północnej, prawdopodobnie jako pierwszy z Europejczyków. Na początku XII w. Grenlandia miała już swoje biskupstwo z siedzibą w Gardar i katedrą pod wezwaniem św. Mikołaja, do XIV wieku zbudowano ok. 25 kościołów i kaplic, założono też dwa klasztory. W tym czasie liczba osadników wzrosła do kilku tysięcy, kwitł handel z Europą, w zamian za owce, bydło, skóry fok i kły morsów sprowadzano m.in. drewno i żelazo. Prawdopodobnie około XIII w. na swoje dawne tereny powrócili Inuici, zmuszeni wcześniej przez coraz trudniejsze warunki i migrację zwierzyny do opuszczenia wyspy. Wkrótce jednak znowu nastąpiło ochłodzenie klimatu, co mogło być przyczyną całkowitego zaniku normańskiego osadnictwa, choć hipotezy co do tego wciąż się mnożą. Coraz niższe temperatury, wyjałowiona ziemia, migracja zwierząt i wynikające z tego konflikty z Inuitami, zanik handlu z Europą, naturalna ucieczka młodych do Skandynawii, degeneracja fizyczna (choroby, skarlenie) mogły zgrać się w czasie, powodując, że pod koniec XV w. po normańskich osadnikach zostały na Grenlandii już tylko ruiny. Ostatni dokument z życia społeczności grenlandzkich Normanów pochodzi z 1408 r. i dotyczy ślubu jaki odbył się w kościele w Hvalsey. Prawdopodobnie 20 lat później zniknęła ostatnia osada. Brak wieści z dalekiej krainy niepokoić musiał jednak Stolicę Apostolską, skoro w 1492 r. papież Aleksander VI prosił biskupów skandynawskich by objęli opieką wyspę. Jeszcze w 1520 roku papież Leon X mianował ostatniego z biskupów Grenlandii, choć od 1349 r. żaden z nich nie odwiedzał już wyspy.

Fokę codzienną daj nam…

Na prawie dwa wieki kontakt Europy z wyspą ustał całkowicie. Nie interesowali się nią nawet królowie Danii, choć nominalnie wciąż do nich należała (po unii z Norwegią, której wcześniej podlegała). Upomnieli się o nią dopiero, gdy w XVII wieku nastąpiła gwałtowna eksploatacja wybrzeży Grenlandii przez Anglików i Holendrów, którzy masowo polowali na wieloryby, przyczyniając się prawie do ich całkowitego przetrzebienia. W 1721 r. z inicjatywy Danii wyruszyła na Grenlandię wyprawa norweskiego pastora, Hansa Egede’a, której celem była budowa stacji handlowej oraz odnalezienie osad potomków normańskich i nawrócenie ich – albo z pogaństwa, do którego mogli przez wieki powrócić, albo co gorsza, z katolicyzmu, który jak mniemano mógł wciąż obowiązywać na wyspie. Po normańskich osadnikach nie było już jednak śladu, więc Hans Egede rozpoczął misję wśród Inuitów. Niestety mimo poznania języka inuickiego jego misja długo nie przynosiła spodziewanych owoców. Ponieważ Inuici nie znali chleba Egede w tekście modlitwy Ojcze Nasz zamienił słowa „chleba naszego powszedniego” na „daj nam naszą fokę codzienną”. Po śmierci swej żony Gertrudy wrócił do Danii, na szczęście misję kontynuował jego syn (który przetłumaczył na język grenlandzki Nowy Testament), a potem kolejni pastorzy, dzięki czemu chrystianizacja miejscowej ludności postępowała i co ważne, stało się to bez użycia siły czy przymusu. Założona na południowo-zachodnim wybrzeżu w wyniku wyprawy Egede’a stacja misyjno-handlowa, nazwana Godthab, czyli Dobra Nadzieja, szybko przekształciła się w centrum duńskiej kolonii, a obecnie, już jako Nuuk, jest stolicą Grenlandii. Nad miastem góruje pomnik Hansa Eged’a, nazywanego Apostołem Grenlandii. Obecnie terytorium Grenlandii stanowi diecezję, będącą częścią duńskiego państwowego Kościoła Ludowego, należącego do luteranizmu. Biskupem tej diecezji jest obecnie kobieta. Niemalże w każdej większej osadzie jest świątynia luterańska, jednak coraz częściej brakuje pastorów, coraz więcej też osób, podobnie jak i w samej Danii, odchodzi od praktyk religijnych. 

Parafia katolicka

Na największej wyspie świata jest dziś jedna z najmniejszych parafii na świecie, liczy bowiem kilkadziesiąt osób. Należy do diecezji kopenhaskiej, na czele której stoi obecnie mający polskie korzenie biskup Czesław Kozon. Od czasów Normanów aż do drugiej połowy XX w. Kościół katolicki na Grenlandii był nieobecny. Dopiero w 1960 r. przybyli tam amerykańscy misjonarze oblaci, by w stolicy kraju Nuuk założyć parafię. Pierwszym z nich był o. Michael Wolfe, który oprócz żmudnej pracy duszpasterskiej zajmował się amatorsko archeologią, chcąc jak najwięcej dowiedzieć się o przeszłości tej ziemi. Przez kolejne lata misja liczyła trzech oblatów, potem stopniała do jednego, którym był o. Paul Marx, ale z czasem i on przestał tu rezydować, a jedynie przylatywał kilka razy w roku z Danii. Przez pewien czas na Grenlandii pracował także polski oblat – o. Marcin Kopeć. Misja oblacka skończyła się w 2009 r. kiedy to parafia w Nuuk powierzona została Instytutowi Słowa Wcielonego. Obecnie proboszczem jest o. Walter Pereyra Gmelin z tego zgromadzenia.

Od 1980 r. na Grenlandii posługują trzy Małe Siostry Jezusa, których obecność tak uzasadniał o. Marx: „są ważnym elementem umacniania Kościoła katolickiego w świadomości ludzi. Duchowość ukrytego życia Jezusa z Nazaretu jest silnym świadectwem ewangelicznym dla zwykłych ludzi”.

Parafia katolicka w Nuuk nosi wezwanie Chrystusa Króla. W niewielkim, skromnym kościółku uwagę zwraca płaskorzeźba Maryi z małym Jezusem w kapturze i eskimoskich butach. Msze odprawiane są po duńsku i angielsku, gdyż katolikami są tu albo Duńczycy, albo przedstawiciele innych narodowości, którzy pracują w stolicy bądź w innych częściach kraju, zwłaszcza Filipińczycy, rdzennych Grenlandczyków jest zaledwie kilku i ten stan podobno się nie zmieni, gdyż miejscowa ludność jest przywiązana do państwowego Kościoła, choć niekoniecznie przekłada się to na ich wiarę i praktyki religijne. 

Powrót do źródeł

W roku Wielkiego Jubileuszu 2000 lat chrześcijaństwa Grenlandia świętowała jednocześnie jubileusz  1000-lecia obecności Kościoła na wyspie. Z tej okazji odbyły się niezwykłe obchody w miejscach, które związane są z początkami tutejszego Kościoła i choć organizowane były przez państwowy Kościół, to zaproszeni zostali na nie również katolicy. Pierwszym ich akcentem była Msza św. w ruinach wspomnianego kościoła w Hvalsey, gdzie urwał się ślad po normańskich katolikach w XV w. Następnie w Qassiarsuk, gdzie Eryk Rudy założył przed wiekami osadę nazwaną Brattahlid, odbyło się ekumeniczne nabożeństwo w ruinach „kościoła Thjodhildury”, nazwanego tak od imienia żony Eryka, która przyjęła chrześcijaństwo dzięki synowi i ufundowała pierwszą kaplicę na tej dalekiej ziemi. Ostatnim etapem uroczystości była procesja do ruin katedry w Gerdar, w której uczestniczyła para królewska, ministrowie, biskupi obydwu wyznań, liczni goście i wierni. W miejscu gdzie rodziło się chrześcijaństwo na Grenlandii dzięki katolikom znowu wybrzmiały gregoriańskie pieśni, śpiewane tam prawdopodobnie przed tysiącem lat. 

Grenlandzka polonia

Grenlandia od dawna budziła zainteresowanie wśród Polaków. XX wiek przyniósł wiele polskich nazwisk, które wpisały się w historię odkryć i badań nad tą wyspą. Wielu polarników przyczyniło się do popularyzacji wyspy, czego najlepszym przykładem jest choćby Marek Kamiński, ale także wspomniani już Centkiewiczowie, którzy w swoim dorobku literackim mają sporo pozycji poświęconych Grenlandii. Od kilkunastu lat odbywają się rejsy turystyczne w ten surowy zakątek ziemi, coraz bardziej popularne także wśród Polaków. Zapuszczają się tu również polscy żeglarze a nawet myśliwi. Grenlandia bywa też dla Polaków miejscem emigracji zarobkowej, szczególnie dla pracowników budowlanych, którzy przybywają tu na kontrakty z Danii, ale spotkać tu można również np. polskich lekarzy, nauczycieli, a przede wszystkim pracowników stacji naukowych. 

Przykładem czasowych mieszkańców tej niezwykłej wyspy są Sylwia i Tomasz Moczadłowscy, dziś członkowie Domowego Kościoła archidiecezji warszawskiej. Na Grenlandii przebywali od lipca 2005 roku do sierpnia 2007 roku, co ciekawe, lecieli tam tuż po ślubie, więc jak sami stwierdzili, upłynęły im tam 24 miodowe miesiące. Pan Tomasz pracował jako inżynier w Sondrestrom Research Facility, amerykańskiej stacji badawczej położonej 16 km od przylotniskowego osiedla Kangerlussuaq. Był odpowiedzialny za utrzymanie radaru i towarzyszącej mu aparatury oraz prowadzenie eksperymentów zlecanych przez fizyków atmosfery z całego świata. Pani Sylwia po przybyciu na wyspę znalazła pracę w miejscowej szkole, gdzie uczyła języka angielskiego. Prowadzony przez nich blog, jest nie tylko pamiętnikiem ich własnych przeżyć z tej niezwykłej przygody, ale również prawdziwą skarbnicą wiedzy o Grenlandii. Choć z powodu znacznej odległości dzielącej ich od Nuuk mieli utrudniony kontakt z jedyną parafią katolicką, to jednak poczuli się jej częścią, a to za sprawą podróży do stolicy, w czasie której odwiedzili kościół Chrystusa Króla, jak również dzięki wizycie, którą o. Paul Marx złożył w ich domu, sprawując specjalnie dla nich Eucharystię. „Nie mogliśmy pójść do kościoła na święta, więc tuż po świętach nasz dom stał się kościołem” – notują. Właśnie z takich osób składa się ta największa i najmniejsza zarazem parafia świata – czasem są to osoby, które przybywają tu sezonowo za pracą, albo członkowie stacji badawczych, a czasem są to obcokrajowcy, którzy osiedlili się tu na stałe, wchodząc w związki małżeńskie z miejscowymi. Rozsiani po całej wyspie mimo olbrzymich odległości stanowią jedną wspólnotę.

Pytanie o sens

Na pytanie dlaczego utrzymywać misję w miejscu, gdzie nie ma widoku na ilościowy rozwój wspólnoty o. Marx odpowiada: „Po pierwsze ważne jest, aby Kościół jako wspólnota wierzących był obecny w tej części świata. Kościół jest obecny, kiedy jest wspólnota wierzących, która zbiera się na Eucharystii. Istnienie wspólnoty wierzących nie jest uzależnione od liczb. Nawet niewielu katolików ma do niej prawo, potrzebuje sakramentów. Drugą potrzebą jest wola Grenlandczyków, którzy chcą być świadomi Kościoła powszechnego. Chcą namacalnie wiedzieć, że chrześcijaństwo jest szersze, głębsze i bogatsze niż jedno z wyznań – luterańskie”. 

I to jest właśnie dowód na powszechność Kościoła, dla którego nie są ważne statystyki, ale głoszenie Dobrej Nowiny wszędzie tam, gdzie jest taka potrzeba.