Kochać samego siebie

(202 - listopad - grudzień 2014)

Zmęczony prorok

Krzysztof Jankowiak

Bardzo wiele osób pełniących służbę budzi się pewnego dnia z poczuciem: nie mam już sił

Rezygnacja papieża Benedykta XVI wywołała szok. W jakiejś mierze to zrozumiałe – jeśli ktoś podejmuje decyzję, której tak naprawdę nikt przedtem nie podejmował (przytaczane rozmaite analogie były jednak cokolwiek kulawe), trudno się dziwić, że świat w pierwszej chwili reaguje szokiem.

Nie wszystkim jednak z pierwszego szoku udało się wyjść. Do dziś są ludzie, którzy mają Benedyktowi za złe jego rezygnację.

Czy papież miał prawo do rezygnacji? Formalnie miał – przewiduje taką możliwość wprost kodeks prawa kanonicznego. Czy jednak wypadało rezygnować? Czy papież nie powinien trwać przy urzędzie bez względu na wszystko?

Przyjrzyjmy się, jakie przyczyny rezygnacji wskazał Benedykt XVI: "Zyskałem pewność, że z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową. (…) Siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi."

Czy chrześcijaninowi wolno z takich powodów rezygnować z pełnionej posługi? Czy nie powinien raczej za św. Pawłem zawołać „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” i dalej wypełniać swoje obowiązki bez względu na wszystko?

Tak naprawdę ten problem jest szerszy. Benedykt XVI powołał się na ubytek sił wywołany podeszłym wiekiem (miał w tym momencie 85 lat). To, że ktoś traci siły z racji wieku, jesteśmy jeszcze skłonni zrozumieć – choć jak widać niekoniecznie, jeśli tym kimś jest papież. Ale przecież ktoś może poczuć brak sił do pełnionej posługi niekoniecznie z powodu wieku. Bardzo wiele osób pełniących służbę budzi się pewnego dnia z poczuciem: nie mam już sił. Rozmaite mogą być tego przyczyny. Czasem będzie to zwyczajne przemęczenie. Może ono wynikać z nadmiaru obowiązków – tak to bywa, że jeśli ktoś dobrze pełni służbę, dokłada mu się kolejne zadania. Ale nie zawsze tak musi być – człowiek może być przemęczony również wtedy, gdy ilość obowiązków wcale nie jest nadmierna. Niekiedy wypalenie może być spowodowane zbyt długim czasem pełnienia danej posługi. Co istotne, długość czasu jest tutaj rzeczą bardzo względną – jedna osoba będzie zdolna pełnić posługę przez wiele lat, inna po paru latach będzie czuła się wypalona. Są posługi, które można pełnić wiele lat, są takie, których nie da się pełnić długo. Brak sił może być spowodowany nieskutecznością posługi. Jeśli ktoś służy i ciągle nie widzi owoców, mimo iż w służbę wkłada całego siebie – a zdarzają się takie sytuacje – to naprawdę może mieć dość. Nie zawsze jednak da się wskazać przyczynę – ktoś może po prostu odczuwać, że nie ma już sił.

Co wtedy zrobić? Benedykt XVI w swojej rezygnacji wskazał na bardzo istotny moment. Cała jego wypowiedź, po wstępnym zdaniu, zaczyna się: „Rozważywszy po wielokroć rzecz w sumieniu przed Bogiem”. To jest sprawa podstawowa. Swój brak sił trzeba przedstawić Panu Bogu.

Myślę, że warto przypomnieć prawdę, które niekoniecznie jest dla wszystkich oczywista: moja modlitwa ma być prawdziwa. Mam mówić Bogu o tym, co mnie cieszy, ale i o tym, co mnie gnębi, przedstawiać Mu swoje prawdziwe uczucia. Nie mam się „mobilizować” na modlitwę, aby wypaść lepszym niż naprawdę jestem. Jeśli więc czuję, że nie mam sił, że mam dość – to właśnie to powinienem przedstawić Panu.

W Piśmie Świętym znajdziemy przykłady modlitwy ludzi, którzy mówili Panu Bogu, że mają dość. Niekiedy czynili to dość bezceremonialnie. Przyjrzyjmy się kilku takim sytuacjom. 

Najbardziej skrajny jest przypadek proroka Jonasza. Jonasz znany z uciekania przed Bogiem, gdy w końcu wypełnił swoją misję, obraził się na Boga – za to, że ten nie wykonał tego, co zapowiedział czyli nie zburzył Niniwy. „Zabierz Panie ode mnie moją duszę, bo lepsza dla mnie śmierć niż życie” – modlił się (Jon 4, 3). Co zrobił Bóg? Bynajmniej nie pocieszył go, tylko dał mu nauczkę (Jon 4,5-11).

Myślę, że ta sytuacja może być pewną przestrogą. Jak wspomniałem, przyczyną zniechęcania może być brak owoców posługi. Ale może zdarzyć się tak, że owoce, których oczekuję, to będą bardziej moje pomysły, niż wola Boga. W skrajnych sytuacjach mogę nie dostrzec owoców, które daje Pan, tylko dlatego, że będę przywiązany do własnych wyobrażeń.

Przypadek Jonasza dobitnie pokazuje potrzebę modlitwy w sytuacji zniechęcenia. Jonasz nie przeżywał swojej frustracji sam, tylko swój żal przedstawiał Bogu. Bóg podjął dialog i wytłumaczył Jonaszowi swoje zamiary (choć niewątpliwie użył środków nieco brutalnych).

Zupełnie inaczej było z Mojżeszem. „Nie mogę już sam dłużej dźwigać całego tego ludu, to dla mnie zbyt ciężkie. Jeśli tak chcesz ze mną postępować, a znalazłem łaskę w Twoich oczach, to raczej mnie zabij, bym nie doznawał już więcej udręki” – modlił się Mojżesz do Boga (Lb 11, 14-15). Przyczyną była trudna sytuacja, narzekanie Izraelitów, które wywołało gniew Boga. Niezrozumiany przez ludzi, mający poczucie niezrozumienia przez Boga, Mojżesz mówi Bogu wprost: nie daję rady.

Co robi Pan Bóg? Nakazuje wybrać siedemdziesięciu mężczyzn. „Będą razem z tobą dźwigać ciężar tego ludu, a ty nie będziesz go już musiał dźwigać sam” – mówi do Mojżesza. (Lb 11, 17). Można powiedzieć, że Bóg uwzględnia prośbę Mojżesza – w ten sposób, iż rozkłada ciążący na nim ciężar na więcej osób (sporo więcej). Przedstawienie Bogu problemu okazuje się skuteczne.

Najbardziej chyba znane jest spotkanie z Bogiem zmęczonego Eliasza. „Panie, mam już dość wszystkiego, zabierz moje życie” (1 Krl 19, 4). Ciekawy jest kontekst tej modlitwy. Oto Eliasz odniósł wielki sukces – pokonał i zniszczył fałszywych proroków Baala. Pokazał swą siłę królowi Achabowi zatrzymując a potem przywracając deszcz. I jedna groźba ze strony królowej Izebel sprawia, że Eliasz traci chęć do życia, traci siły do czegokolwiek.

Obiektywnie nie było ku temu żadnych powodów – Eliasz rzucał wyzwania królom, dopiero co pokazał, że niczego się nie boi. Cóż dla niego mogła znaczyć groźba jednej królowej? Sukcesy nie zapewniają siły – tego uczy ten fragment. Również wtedy, gdy idzie nam najlepiej, służba przynosi owoce, nawet owoce spektakularne (poczytajmy o pojedynku z prorokami Baala – 1 Krl 18, 20-40), możemy poczuć się kompletnie wyczerpani, bez chęci do czegokolwiek.

Odpowiedź Boga to najpierw nakarmienie przez anioła, które daje siłę do marszu przez czterdzieści dni, potem zaś zjawienie się Boga pod postacią łagodnego powiewu (1 Krl 19, 5-6.12c-13). Ale Bóg bynajmniej nie poprzestaje na doraźnym pocieszeniu. Wyznacza mu kolejne zadania, ale jednocześnie mówi: „Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola namaścisz na proroka po tobie” (1 Krl 19, 16). Już od tego momentu Eliasz dostaje ucznia i pomocnika, zarazem Bóg rysuje przed nim perspektywę końca posługi.

I wreszcie Jeremiasz. Ten prorok miał wystarczająco dużo powodów do zniechęcenia – głosi zniszczenie, upadek Jerozolimy, niewolę, jest w związku z tym przedmiotem powszechnej nienawiści. Nie raz wylewa więc swój żal przed Bogiem (Jr 15, 10-21; 20, 7-18). Jego słowa brzmią naprawdę dramatycznie: „Zwiodłeś mnie Panie, a ja dałem się zwieść… Przeklęty dzień moich narodzin…” A jaka jest odpowiedź Boga? Bóg wzywa go do nawrócenia, zapewnia o swojej obecności – i nie zwalnia z misji.

Czterech proroków. Każda sytuacja inna, w każdej inne przyczyny zniechęcenia, w każdej inna odpowiedź Boga. Jak widać, nie ma tutaj żadnych schematów. Nie jest tak, że poczucie braku sił musi być sygnałem do zaprzestania posługi, ale nie jest też tak, że trzeba pełnić misję bez względu na wszystko. Pan Bóg każdemu odpowiada indywidualnie. Eliasz został zwolniony, Mojżesz dostał pomocników, Jeremiasz musiał trwać. Benedykt XVI zrezygnował, Jan Paweł II pełnił posługę do końca. Pewne jest jedno: trzeba się zwrócić do Boga, Jemu zawierzyć swoją bezsiłę i od Niego oczekiwać odpowiedzi.