Święci

(182 - listopad - grudzień 2011)

Zostawili imię...

Agnieszka Śpitalniak

Świętość, na mój pierwszy rzut oka, to coś bardzo odległego. Kojarzy mi się z dobrem, bezinteresownością, bielą, absolutną wolnością od grze­chu, ale też z bólem i cierpieniem. Utarło się w naszej świadomości takie spojrzenie, które świętych każe utożsami właśnie z męczennikami. Ludźmi, którzy oddali swoją przyszłość  w walce o dobre imię Chrystusa. Święci to także ci, którzy z wielkich grzeszników stali się wiernymi wyznawcami Jezusa. To bohaterowi wielkich nawróceń, osoby przez które Pan działa cuda. A co z tymi, którzy przez całe swoje życie byli tylko i aż dobrzy?

Niedawno, znajomy stwierdził, że chciałby być święty...  Zastanowiło mnie to zdanie. Pomyślałam, że to, w pewnym sensie przejaw pychy. Jak inaczej można nazwać potrzebę gloryfikowania swojej osoby? Po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że świętość to nie kwestia długiego procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego. Świętość to postawa serca, gotowego nieść  bezin­teresownie radość i pokój w sercach napotkanych ludzi. Nadzieję, na świętość może mieć każdy z nas. Bóg przecież sam zachęca nas do tego byśmy jak On byli święci. Takie pragnienie powinno być zatem w każdym. Ciągnęłoby ono do tego, by w szarość świata, wprowadzać kolorowe barwy, by zabierać z ludzkich serc cierpienie i dawać choć promyk miłości.

Trzeba przestać bać się świętości. Nie jest ona nudna i monotonna jak mogłoby się wydawać społeczeństwu XXI wieku. Świętość nie gryzie, nie ograni­cza wolności. Trzeba nam świętość upowszechniać. Tylko od nas zależy nasza świętość, tylko każdy indywidualnie może przyjąć lub odrzucić Boże zapro­szenie do świętości.

Kto wie, może i nasze życie, otwarte na Bożą miłość i z nią współpracujące, okaże się dla przyszłych pokoleń godnym wyniesienia na ołtarze?