Praca

(170 - luty - marzec 2010)

Życie jest gdzie indziej

Wiola Szepietowska

Wizja strażniczki domowego ogniska i dzielnego wojownika walczącego o byt rodziny zdają się nie przystawać do współczesnych czasów, nawet w oczach ludzi wierzących

Pierwszy raz usłyszałam o niej szarego, grudniowego dnia w Litomierzycach. Agnieszka, z którą spędziłam tydzień w Czechach, zapytała, czy możemy zaplanować drogę powrotną przez Jablonne w Podjestedi, bo tam jest grób patronki czeskiej Oazy, św. Zdzisławy. Czemu nie? W noworoczne popołudnie leciwa siostra zakonna wpuściła nas do zamkniętego już kościoła, wyraźnie nie mając żalu o zakłócenie jej spokoju. Historia z XIII wieku wydawała mi się dość odległa, więc nie ukryłam zdziwienia, kiedy Agnieszka powiedziała, że Zdzisława jest dla niej symbolem współczesnej kobiety. Samotna matka czwórki dzieci – to znaczy mąż był, nawet dobry i kochający, co z tego, skoro ciągle gdzieś wojował, bo czasy były wojenne. Musiała się zająć nie tylko domem, dziećmi, ale i sporym majątkiem Lemberk. Opiekowała się biednymi, chorymi, nocą nosiła kamienie na budowę kościoła – to była jej pasja i samorealizacja. Umarła z przepracowania w wieku 32-34 lat – wyniszczony organizm uległ pierwszej lepszej infekcji.

Czasem też ulegam złudzeniu, że obecne czasy są tak różne od przeszłości, ale kiedy się poznaje historię, nie tylko biblijną, rodzi się nieuchronna refleksja: to wszystko już było. Każde zawirowanie historii powodowało, że troska o codzienność, przetrwanie stawała się dramatycznym i wyczerpującym wyzwaniem. Niejedna kobieta musiała już podejmować decyzje o łączeniu bycia matką z innymi obowiązkami, niejedna musiała odważnie iść pod prąd i walczyć o rodzinę. Chociaż to nie jest jej zadanie, to jest zadanie mężczyzny. Niejedna musiała ulec presji, stłamsić ambicje. Nawet pragnienie posiadania absolutnego prawa do stanowienia o sobie bez względu na okoliczności już było. Nic nowego pod słońcem.

Wizja strażniczki domowego ogniska i dzielnego wojownika walczącego o byt rodziny zdają się nie przystawać do współczesnych czasów, nawet w oczach ludzi wierzących. Tyle, że jakby się nie zmieniały realia, te zadania są wpisane w życie kobiety i mężczyzny. To nie są role zamienne, niezależnie od tego, czy kobieta jest menadżerem w firmie czy menadżerem ogniska domowego (jedno z genialniejszych określeń, jakie mi się zdarzyło usłyszeć).

Do dziś pamiętam nieustanne rozterki z czasów, kiedy jeszcze pracowałam w szkole. Mieliśmy wtedy tylko dwójkę dzieci, a ja kompletnie nie umiałam przechodzić z jednej rzeczywistości do drugiej. Decyzję o moim pozostaniu w domu podjęliśmy z mężem spontanicznie w czasie rekolekcji (powiedział wtedy, że dawno chciał mi to zaproponować, ale się bał). Wcześniej nie wyobrażałam sobie siebie zajmującej się wyłącznie domem. To, czy mam pracować, czy nie po urodzeniu dzieci, w ogóle nie było przedmiotem refleksji – oczywiste jest, że wszyscy pracują zawodowo, więc ja też będę. Dopiero wejście do chrześcijańskiej wspólnoty pozwoliło mi zobaczyć panie, które świadomie nie pracowały zawodowo, żeby mieć więcej czasu dla rodziny. Niekiedy było to okupywane problemami finansowymi, ale zauważyłam, że pomimo nich można być twórczym i szczęśliwym. Ostatecznie pieniądze to tylko pieniądze. Wielu narzeka na ich brak, choć nie wszyscy mówiąc o trudnej sytuacji to samo mają na myśli. Niektórzy rzeczywiście nie mają na chleb, innym zabrakło po prostu na szynkę. Bardzo wyzwalające było życie w środowisku, w którym liczył się człowiek, a nie, ile potrafił zarobić, nikogo nie oceniało się po tym, czy pracuje zawodowo, czy tylko w domu. Nauczyłam się, że pod żadnym pozorem nie wolno dochodów traktować poważniej niż własnego małżeństwa.

Nie jest łatwo świadomie zrezygnować z pracy zawodowej, którą się ma, którą jakoś tam da się pogodzić z życiem rodzinnym i która pozwala przygłaskać ludzkie obawy związane z przyszłością. Dla takich decyzji nie ma specjalnego zrozumienia. Jak mi napisała koleżanka z Aachen: „W Niemczech kobieta nie pracująca zawodowo znaczy mniej niż zero”. U nas właściwie też. A przecież prawdziwe problemy rodzą się zupełnie gdzie indziej, nie decyduje o nich samo podejmowanie – czy też nie – pracy zawodowej. O szczęściu, harmonii w życiu kobiety – żony i matki – decyduje fakt, czy mogła świadomie, w wolności dokonać wyboru swojego stylu życia. Bez nacisków ze strony męża czy rodziców, że nie „dokłada się” finansowo (co najczęściej prowadzi ją albo do niskiej samooceny i ostatecznie stanów depresyjnych, w wyniku czego nie jest w stanie ani podjąć pracy, ani zająć się dobrze domem i dziećmi, albo jest początkiem wielkiej, małżeńskiej wojny kończącej się rozstaniem). Nie każda praca zawodowa pozwoli jej być tym, kim być powinna – sercem rodziny. Nie zawsze po rozważeniu wszystkich „za i przeciw” jest w stanie żyć w zgodzie z własnymi pragnieniami. Z drugiej strony nawet dla tych kobiet, dla których praca nie jest tylko szansą zarobienia „kieszonkowego” i „wyrwania się” z domu, które po prostu muszą pracować i wychowywać dzieci, też czasem nie ma specjalnego zrozumienia, żadnej „taryfy ulgowej” – „ta pani musi się zdecydować, czy chce być osobą pracującą, czy nie”.

W liberalizującym się świecie młode mamy spokojnie, bez rozterek, stwierdzają, że prowadzenie domu „jest ok, podziwiam, zazdroszczę, ale to nie dla mnie”. To nie jest preferowany styl życia. Ktoś się zdziwił, dlaczego taki temat, gdzie tkwi problem – w czasach socjalizmu wszyscy pracowali, nawet jeśli mieli duże rodziny i nikomu zdawało się to nie przeszkadzać. Zresztą wizja mamy, żony zajmującej się wyłącznie domem jest mocno obciążona schematami, doświadczeniami niesprawiedliwej oceny i lekceważącego traktowania również ze strony najbliższych – praca w domu to nie jest praca, gdyż nie przynosi materialnych zysków. To mąż i ojciec jest godny szacunku, gdyż utrzymuje żonę i dzieci. Kiedyś zapytana przez znajomego, czym się zajmuję, opowiedziałam jak jest, na co usłyszałam: „I co? Tak wszystko na głowie Michała?” Z grzeczności zdusiłam w sobie odpowiedź (choć może szkoda), że nie wszystko. Tylko pieniądze. Na szczęście jakąś wielką łaską Pana Boga był fakt, że zawsze miałam ogromny dystans do takich uwag. Ostatnio coraz częściej budzą we mnie rozbawienie.

Rozkwitanie kobiety zależy w jakimś stopniu od „gleby i warunków atmosferycznych”, ale przede wszystkim jednak od relacji z mężem, od tego, na ile jest on dojrzały i poczuwa się do bycia głową rodziny. Doświadczenie zrozumienia, akceptacji i miłości męża zabezpiecza ją przed ewentualnym niezrozumieniem ze strony innych i skutkami braku realizacji własnych ambicji. Niekiedy uważa się, że praca zawodowa żony wymusza na mężu większe zaangażowanie w opiekę nad dziećmi czy zajęcia w domu, i jest to bardzo postępowe, ale to przecież mężczyzna jest odpowiedzialny za wychowanie dzieci, nawet jeśli matka spędza z nimi więcej czasu – i powinien to wiedzieć. W każdej sytuacji konieczna jest wzajemna troska małżonków o harmonię, zrozumienie, wyrozumiałość, miłość. Znajomi opowiadali, że u nich, kiedy dzieci były małe, to mąż przygotowywał kolację po powrocie z pracy, żeby jego żona mogła chwilę odpocząć od monotonii zajęć. I choć ona krótko pracowała zarobkowo, to zawsze były „ich” pieniądze, a nie „jego”. Można się zdziwić, w jak wielu rodzinach nie jest to oczywisty układ.

Najbardziej bolesne są sytuacje, kiedy żona wybiera pracę zawodową, bo jest to jej jedyna możliwość walki o szacunek otoczenia, albo kiedy zmuszona do niej wyłącznie stanem finansów rodziny w osobie męża znajduje najtrudniejszą przeszkodę do pokonania. A jeśli zostaje w domu, jak ma poradzić sobie z poczuciem, że straciła czas i siły zainwestowane w zdobycie wykształcenia, pozbyć się troski o świadczenie emerytalne, zapomnieć o własnych pasjach? Do tego zdarza się jej usłyszeć, że się do niczego nie nadaje, jest niepostępowa, niezaradna i nie ma własnego zdania. Jak „wyrobić ten zakręt”?

Parę lat temu znajoma „przyniosła” z eksperymentalnego przedszkola pytanie przeczytane na tablicy ogłoszeń: „Jak wychować dziecko nie mając czasu?” Treść pytania wydała nam się kuriozalna, zatem z wypiekami czekałyśmy na odpowiedź. Była prosta – trzeba mu kupić telefon komórkowy. I jeśli już nikomu nie przeszkadza, że mąż i żona przez siedem dni w tygodniu mijają się w drzwiach, a babcie i opiekunki są specjalistami od dzieci, to znak, że wylądowało się w jednym z rowów. Pełnym kamieni i gwałtownych uskoków.

Drugi wydaje się być bardziej piaszczysty czy też bagienny od pierwszego. Najczęściej budzi się tam mama, która całkowicie zrezygnowała z troski o siebie i zaczęła żyć wyłącznie życiem rodziny. Powoli przywykła, że się nie docenia jej pracy, nie uwzględnia potrzeby odpoczynku (bo niby po czym ma odpoczywać), i przestała walczyć z egoizmem męża i dzieci. Kiedy te już są duże i samodzielne, w domu jest mniej pracy, mąż ma własne zajęcia, ona po latach często boi się wyjść do świata i zadręcza swoich najbliższych, traktując ich jak dzieci, z obawy, że stanie się niepotrzebna. Jeśli nawet zdecyduje się podjąć pracę zawodową, to po tak długiej przerwie trudno jej jakąś znaleźć.

Pomiędzy tymi skrajnościami rozpościera się przestrzeń codziennych zmagań i potyczek.

Czuję się wolna pomimo wielu zewnętrznych ograniczeń, ale ta wolność jest owocem bardzo bolesnego etapu oczyszczania. Rola zahukanej pani domu nigdy mi nie groziła ze względu na wrodzone awanturnictwo i zasadę życiową, że „nie chcę wiele, ale nie mniej niż wszystko”. Nigdy nie byłam w stanie uznać, że kobieta zajmująca się domem nie może mieć innych pasji poza dwudaniowym obiadem i perfekcyjnie utrzymanym parkietem. Wiem też, że najbardziej kochający mąż może nie zrozumieć potrzeb swojej żony, jeśli ta nie będzie mu cierpliwie (i niecierpliwie też) tłumaczyć, że jej „hobby” jest równie ważne jak jego grant, chociaż pieniądze na życie będą z owego grantu. Pielęgnowanie żalu i poczucia niezrozumienia nie ma najmniejszego sensu. Poza tym czas, kiedy dzieci pochłaniają naprawdę całe życie, nie jest znów tak długi. Warto nie przegapić momentu, w którym warto zacząć je usamodzielniać i zacząć odkurzać zaniedbywane do tej pory aspekty życia małżeńskiego i towarzyskiego. Może także zawodowego.

 

Co dla mnie samej zaskakujące, wewnętrzną radość i poczucie spełnienia zawdzięczam temu, że zostałam z dziećmi wtedy, kiedy powinnam i chciałam z nimi być. Była to odpowiedź na ich potrzeby, ale i na pragnienie mojego męża, żeby relacje budować w większym spokoju. Zapłaciliśmy swoją cenę za lata mijania się w drzwiach i nieustannych kompromisów. Wolniejszy rytm codzienności pozwolił mi dotknąć innej rzeczywistości, czegoś, czego nie da się opowiedzieć. Na życie składają się tak różnorodne elementy: przedmioty, emocje, pragnienia, poglądy, wartości. Na ogół się między nimi miotamy, próbując wybrać jedynie słuszną drogę. Dom, jedzenie, troska, odpowiedzialność, satysfakcja. A życie jest gdzie indziej. Czas przeznaczony na modlitwę, refleksję, na potyczki z Panem Bogiem pozwala spojrzeć na siebie i swoje życie z ogromnym spokojem. I to jest strefa życia, która decyduje o wartości wszelkich ludzkich działań. Życie zaczyna się od tego, co się dzieje między Bogiem a człowiekiem, a potem od tego, co się dzieje między ludźmi. I jakiekolwiek inne punkty odniesienia, wartościowania tracą znaczenie. Wiem, za czym tęsknić, gdzie wracać, kiedy tempo życia mnie przerasta. Nie mam poczucia straty. Kiedy rezygnowałam z pracy, miałam takie wewnętrzne poczucie, że Pan Bóg kazał mi ją oddać, zatem we właściwym czasie dostanę od niego coś innego. I tego się trzymam.