Dać świadectwo nadziei

(138 - lipiec - sierpień 2005)

Życie odmienione (świadectwo)

Rafał

Mam 24 lata, z tego ponad dwa spędziłem jako aktywny homoseksualista. Po­nad rok temu trafiłem do domu „Odwagi” na lubelskim Sławinku. W pewnym momencie swojego życia zrozumiałem, że czas najwyższy zrobić coś ze swoim homoseksualizmem. Zrozumiałem i postanowiłem, że chcę zerwać z czynami homosek­sualnymi, ponieważ przez ten problem i związane z nim postępowanie trafiłem na samo dno życia. Nie chcę w tym miejscu opowiadać o swoich doświadczeniach, bo nie są one ani miłe, ani wesołe, po prostu są...

Czasami chciałbym, żeby w ludzkim umyśle, podobnie jak w komputerze, istniała opcja „opróżnij kosz”. Jak wiadomo, nie ma takiej możliwości. Jednak myślę, że to do­brze, iż tak jest, bo świadomość tego, jakim jestem i co przeżyłem, pozwoliła mi i nadal pozwala żyć w prawdzie i starać się ją poznawać, a także wybaczać sobie - chcę to podkreślić: wybaczać samemu sobie!

Chciałbym podzielić się z Wami tym, jak zaczynałem pracę w Odwadze i co wtedy się działo. Pamiętam bardzo dobrze ten dzień - to była pochmurna sobota. Całe wakacje czekałem na ten pierwszy dzień w Odwadze. Pamiętam, jak ze ściśniętym sercem kiero­wałem swoje kroki na ulicę ks. Blachnickiego, a będąc przy domu oznaczonym numerem osiem, serce miałem już w gardle. Ja - chłopak po przejściach, tak zraniony i pokale­czony przez siebie i innych - nagle miałem wejść w środowisko, gdzie nie będę musiał ukrywać, kim jestem, nie będę musiał się kryć, nie będę musiał udawać... Z tym ostatnim było najtrudniej. Wiadomo, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Wchodząc do domu niepokoiłem się, że mogę znowu zostać odrzucony, bałem się, że znowu będę oceniany itd. Trzymało mnie jedno i tylko jedno - Pan Jezus. Pamiętam, jak nieco później „pat-rzył” na mnie z obrazu w pokoju Grażyny, kiedy pierwszy raz z nią rozmawiałem. Te­raz liczył się tylko On i ja, chociaż jeszcze tak dobrze Go nie znałem. Ludzie wprawdzie mó­wili mi o Nim, ale ja tego nie przyjmowałem na serio. Cały czas we mnie trwało wy­obrażenie o Bogu, który jest policjantem, jakimś strasz­nym sędzią. Kie­dy usłyszałem o Jezusie, który mnie kocha, coś mi w tym nie pasowało.

Ale to On dał mi tyle siły, że otworzyłem drzwi domu Odwagi, mi­mo trwającego stresu i braku odpowiedzi na pytania, kogo tu spo­tkam, na czym to wszystko polega, czy ktoś mi tutaj pomoże. Bo przecież nie jestem wycięty z jakiegoś szablonu, jestem inny niż wszyscy ludzie, mam inne emocje, uczucia, inaczej odbieram świat. Zastanawiałem się, co
„oni” tu chcą ze mną zrobić, żebym wyszedł stąd jako normalny, hete­ro­seksualny mężczyzna. Pamię­tam, jak powoli poznawałem schodzą­cych się „towarzyszy niedo­li”, z którymi miałem być w jednej grupie. Cały czas bałem się o to, jak mnie odbierają, co myślą o mnie, jak mam się zachować. Naj­gorsza jednak była myśl o tym, co się stanie, gdy spotkam tu jakiegoś mężczyznę, w któ­rym się zakocham... Wtedy to już kompletna klapa.

Wpędziłem się w ciemny zaułek, dopuszczając takie depresyjne myśli. Na szczęście nie zadziałały one jak samospełniające się proroctwo. Szybko zrozumiałem, że jestem tu­taj, to znaczy w tej grupie wsparcia, bezpieczny, że mogę liczyć na pomoc prowadzące­go ją księdza czy kogokolwiek z obecnych i to nie tylko w związku z problemem homo­seksu­alnym, ale z wszystkimi innymi, zwyczajnymi, ludzkimi sprawami. Kiedy poznałem bliżej kolegów, którzy zmagają się z tym samym problemem, co ja, poczułem się jak w jednej wielkiej rodzinie. Ustąpił lęk, odczułem pokój i radość, że mogę z nimi tu być. Zro­zumia­łem, że jestem tutaj potrzebny taki, jaki jestem, z tym bagażem doświadczeń, jaki mam, co zresztą stało się polem do wielkiej i - nie boję się użyć tego słowa - cudow­nej dzia­łalności Jezusa w moim życiu.

Nie znaczy to, że będąc w grupie, nie przeżywałem już kryzysów. Owszem, było ich sporo, ale wiem, że gdybym przez nie zrezygnował ze spotkań grupy wsparcia, nie był­bym tym, kim jestem dzisiaj. Moje życie nie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziej­skiej różdżki, nie stało się bajką. Jednak z człowieka, który babrał się w błocie, i to tym najgorszym, stałem się człowiekiem, który odkrył swojego prawdziwego Przyjaciela - Mężczyznę. Jest nim Jezus Chrystus, który kochał mnie zawsze - nawet wtedy, gdy ja siebie nie kochałem i robiłem to, co najgorsze.

Dzięki pracy w grupie inaczej patrzę na siebie jako mężczyznę. Zaczynam kochać sie­bie, dobrze czuję się w swoim ciele, co kiedyś było niemożliwe, bo moje ciało było dla mnie koszmarem. Każdego dnia dziękuję Bogu, że stworzył mnie mężczyzną, że dał mi duszę i ciało mężczyzny. Stałem się spokojny i wyciszyłem się wewnętrznie. Dawne po­kusy nie opuściły mnie całkowicie, ale podchodzę do nich inaczej niż przedtem. Dzięki temu, że zaczynam poznawać siebie jako prawdziwego mężczyznę, nie porównuję się tak jak kiedyś z innymi mężczyznami, co zawsze wychodziło na moją niekorzyść i sprawiało, że swojej męskości niewłaściwie szukałem w innych, a nie w sobie. Nauczyłem się właści­wiej patrzeć na innych mężczyzn, staram się budować z nimi prawdziwe, męskie przyjaź­nie, a słowa: „kocham cię”, skierowane do mężczyzny, mają dla mnie głębsze znaczenie i nie łączą się - jak dawniej - z propozycją pójścia do łóżka.

Te słowa chcę też skierować  do wszystkich, którzy podejmują trud zmagania się ze skłonnościami homoseksualnymi. Kocham Was w miłości Jezusa Chrystusa jako moich braci. Towarzyszę Wam modlitwą i pamięcią. Wierzę, że doświadczycie radości płynącej z wzajemnego obdarowywania się wsparciem i pomocą.