Parafia

(126 - listopad - grudzień 2003)

Życie z życia

Krzysztof Jankowiak

Trudno odnawiać parafię bez odnowionych serc parafian

W pierwszych latach po soborze na przedmieściu Wiednia przy ul. Machstrasse grupa księży podjęła próbę przekształcenia tradycyjnej, podmiejskiej parafii we wspólnotę, działając według założeń soboru. Między innymi podjęto próbę utworzenia wspólnot mszalnych. Chodziło o to, aby ludzi należący do tej parafii związali się z jedną Mszą i dzięki temu duszpasterz mógłby tę grupę formować i zaszczepiać ideał wspólnoty, wychodząc z założenia, że te grupy będą podstawą tworzenia wspólnot podstawowych parafii. Zdołano zainteresować sto kilkadziesiąt osób, ale rezultat tego był taki, że większość uczestników stwierdziła, iż nie widzą żadnej potrzeby podejmowania inicjatyw. Ci ludzie przyznali, że wiele zmieniło się w parafii po soborze, liturgia jest piękniejsza, księża staranniej przygotowują homilie, gromadzą młodzież i coś się dzieje w parafii. Wszystko to skwitowali z zadowoleniem, ale powiedzieli: «dajcie nam święty spokój, niczego więcej od was nie chcemy, przyjdziemy do kościoła, złożymy ofiarę, czego więcej chcecie od nas»?”
Przykład ten, jak przypuszczam, jest podobny do doświadczeń niejednego polskiego proboszcza. Oto dokłada się wszelkich możliwych starań, z ogromnym pietyzmem sprawuje niedzielną Eucharystię, stara się gromadzić ludzi, w parafii zaczyna się „coś dziać” — a prawdziwa odnowa parafii nie przybliża się ani o milimetr. Większość parafian z zadowoleniem odnotowuje zmiany, pozostaje jednak cały czas na pozycji obserwatorów.
Parafia ma być przecież dynamiczną wspólnotą, która oddziałuje na swoje otoczenie przeciwstawiając się wpływom dechrystianizacyjnym. Codzienność życia parafialnego ma przyciągać do Jezusa ludzi stojących daleko od Kościoła. Ideał „wspólnoty wspólnot” oznacza objęcie życiem wspólnotowym i formacją absolutnej większości parafian. Trudno więc być zadowolonym w sytuacji, gdy nawet ci, którzy chodzą do kościoła, nie chcą się w nic angażować. Jak wówczas myśleć o wychodzeniu ku ludziom, którzy są od Boga daleko — rozumianym nie jako jednorazowe czy sporadyczne akcje, ale jako systematyczny, stały wysiłek wspólnoty parafialnej?
W codzienności życia parafialnego trzeba zapewne podejmować wiele różnych działań. Nie mam zamiaru negować przedsięwzięć podobnych do opisanych powyżej. Mają one ogromną wartość — choćby w utrzymaniu poziomu religijności tych, którzy do kościoła chodzą. Ci ludzie są przecież cały czas poddani dechrystianizacyjnemu oddziaływaniu świata. Dobrze więc, że „księża staranniej przygotowują homilie, gromadzą młodzież i coś się dzieje w parafii”. Widać jednak jasno, że to wszystko nie wystarczy, że z punktu widzenia celów odnowy parafii są to raczej działania zabezpieczające stan posiadania, niż prowadzące ku rzeczywistej przemianie.
Od czego w takim razie powinna się zacząć prawdziwa odnowa parafii? Od ewangelizacji. Człowiek, który przyjął Jezusa jako swego Pana i Zbawiciela, nie będzie pytał: „cze-go więcej chcecie od nas?” Przeciwnie — spotkanie z Jezusem zaowocuje zarówno pragnieniem konkretnego zaangażowania we wspólnotę (np. we wspólnotę parafialną) jak i pragnieniem niesienia Dobrej Nowiny innym.
Cały kłopot działań zmierzających ku odnowie parafii (jak i wielu innych działań duszpasterskich zresztą) polega na tym, że ewangelizację zupełnie się pomija. Milcząco zakłada się, że wszyscy chodzący do kościoła, przyjmujący sakramenty mają żywą więź z Bogiem. Tymczasem to nie jest prawdą. Istnieje przecież religijność z przyzwyczajenia, religijność oparta tylko na przykładzie rodziców, dziadków i poprzednich pokoleń. Wśród osób chodzących do kościoła jest bardzo wielu takich, którzy nigdy nie podjęli świadomej decyzji wiary, decyzji pójścia za Jezusem. Trudno odnawiać parafię bez odnowionych serc parafian.
Nie wyobrażajmy sobie jednak, że wystarczy raz zrobić rekolekcje ewangelizacyjne i sprawa odnowy parafii będzie załatwiona. Odnowa parafii to proces zakrojony na dziesiątki lat. Już sama ewangelizacja jest procesem co najmniej kilkuletnim. Z reguły początkiem będzie powstanie pierwszej małej wspólnoty — obejmującej tych, którzy przyjęli Jezusa jako swego Pana i Zbawiciela i weszli na drogę formacji. Wspólnota ta dzieląc się swoim świadectwem będzie promieniować na innych, wzrastać duchowo i liczebnie. Odpowiednio silna, dopiero po jakimś czasie będzie mogła podjąć ewangelizację zakrojoną na szerszą skalę, skierowaną do wszystkich parafian. Ale również ta ewangelizacja nie będzie przedsięwzięciem jednorazowym. Doświadczenie, zwłaszcza ostatnich lat pokazuje, że rekolekcje ewangelizacyjne w danym środowisku trzeba ponawiać — nieraz rok po roku. Są ludzie, którzy dopiero za którymś razem decydują się wejść na dalszą drogę formacji.
„Jest to zasada, od której zaczął Chrystus. Najpierw stworzył żywą komórkę wspólnoty apostolskiej, a potem gdy apostołowie zakładali Kościoły, zaczynali od tworzenia Kościoła domowego, małej wspólnoty podstawowej. Proces budowania zawsze szedł tą drogą. Ile razy następował kryzys, zawsze spowodowany był odejściem od tej zasady.
Przeszliśmy na drogę masowego nawracania, masowych chrztów, wtłaczania ludzi w pewne struktury, pewne formy. Jest to pokusa znalezienia szybszej, łatwiejszej drogi. Kościół jest organizmem żywym, dlatego muszą być respektowane prawa życia. Jednym z takich praw jest fakt, że życie płynie z każdej żywej komórki. Proces wzrostu i rozmnażania jest z początku powolny, ale pewny. Procesu życiowego nie można zastąpić organizacją. Nie można ogłosić z ambony, że ma się uformować grupa, której daje się do ręki program i wytyczne. Właściwy rozwój Kościoła idzie przez uczestnictwo w życiu nowym, które otrzymujemy dzięki Duchowi Świętemu. Z uczestnictwa rodzi się świadectwo, które ma moc włączania innych do wspólnoty.”
Powyższe słowa (podobnie jak przytoczony na początku przykład) pochodzą z wykładu ks. Franciszka Blachnickiego wygłoszonego w 1979 r. na sympozjum „Koinonia” poświęconym odnowie parafii. Nasz Założyciel promując odnowę parafii nie czynił nikomu złudzeń. Jasno mówił, że jest to proces długoletni. Pokazywał też, że rozmaite akcje i zewnętrzne przedsięwzięcia do tego celu nie prowadzą.
Wypowiedź ks. Blachnickiego przypomniana dzisiaj mogłaby stać się wezwaniem do rachunku sumienia. Rachunku sumienia dla polskiego duszpasterstwa, które jakże często robi to, przed czym nasz Założyciel przestrzegał. Ale przede wszystkim rachunku sumienia dla wspólnot Ruchu Światło–Życie. Wszak to my mamy być tymi żywymi komórkami, o których mówił ks. Blachnicki. Naszą formację zaczynamy od ewangelizacji, chcemy budować żywą więź z Bogiem. Czy dzielimy się naszym świadectwem, czy chcemy innych prowadzić do Jezusa? Czy cały czas pamiętamy o tym, że to właśnie ma być naszym celem?
Gdy świeccy mówią o odnowie parafii, bardzo łatwo mogą przejść do narzekania na proboszczów — którzy są konserwatywni, utrudniają działanie, nie doceniają, zaniedbują itp., itd. Tymczasem odnowa parafii nie dokona się rękami samych księży. Ona tak naprawdę nie rozpocznie się bez prawdziwego zaangażowania ludzi świeckich. Można nawet powiedzieć, że ona jest w większym stopniu sprawą świeckich niż księży — wszak księża przychodzą i odchodzą, świeccy zaś mieszkają w parafii na stałe. Któż zaś ma być zaczynem odnowy, jeśli nie ci, którzy spotkali w swoim życiu Jezusa i wzrastają na drodze Jego uczniów.
„Jeśli komórka nie dzieli się, nie rozmnaża, to nie jest ona żywa, ale tylko daje pozory życia. Jest to problem dla wszystkich wspólnot, które tworzą getto zamknięte dla siebie, towarzystwa wzajemnej adoracji”.