Wieczernik
nr 112 - listopad - grudzień 2001

Dialog

Cała historia zbawienia, to historia Boga zapraszającego człowieka do realizacji swojego zamysłu miłości oraz historia odpowiedzi poszczególnych ludzi na to wezwanie. Bohaterowie wiary wszystkich czasów są świadkami tego dialogu. Ukazują wspaniałomyślność Boga, który nie patrzy na nasze słabości, nie gorszy się małością i nie ogranicza do supermanów, ale dla każdego przygotował jedyne, jemu właściwe miejsce. Z dużym realizmem przekazują nam prawdę o nieraz "trudnym" kochaniu, które z mocą łaski Bożej człowiek może unieść. Zaświadczają też, że wszystko to dokonuje się w wielkiej prostocie, z poszanowaniem wolności człowieka. Z całokształtu ich życia możemy nieść przekonanie o błogosławieństwie takiego sposobu spełniania się, o szczęściu tego stanu.

Pan Bóg nie rzuca słów na wiatr. Boże wezwanie jest zawsze ukierunkowane i albo stwarza przedmiot, albo zaprasza podmiot stworzony do współpracy. Człowiek jest adresatem Bożych zamysłów. Jest zatem w człowieku zdolność do usłyszenia wezwania i dania odpowiedzi - tak jak to miało miejsce na przykład w życiu Samuela (1 Sm 3,1n), proroka Eliasza (1 Krl 17,1n), Jeremiasza (Jr 1,4n), Apostołów, tylu i tak wielu świętych. Mamy prawo w tym dialogu rozeznać wszelkie uzasadnienie dla naszej odpowiedzi - przypomnijmy sobie chociażby Mojżesza przy krzaku gorejącym (Wj 3,1-4,17), historię proroka Jonasza (Jn 1,1-2,11), próby Gedeona (Sdz 6,36n), wewnętrzne rozdarcie Jeremiasza (Jr 20,7-18), Maryję ze sceny zwiastowania (Łk 1,26-38), Tomasza Apostoła pełnego wątpliwości wobec zadania bycia świadkiem Zmartwychwstałego (J 20,24-29), św. Augustyna o niespokojnie poszukującym sercu, aż znalazł pokój w Bogu. Wreszcie korzystając z wolności decydowania o kształcie naszego życia mamy prawo i obowiązek podjąć decyzję, z pełną świadomością jej konsekwencji - tu warto przypomnieć sobie np. Jozuego i Izraelitów (Joz 1,1-16), Izajasza (Iz 6,1-8), Apostoła Piotra (J 21,15n), innych świętych Pańskich, zarówno tych kanonizowanych jak i wielu tych bezimiennych, często żyjących wśród nas.

My chrześcijanie powołanie rozumiemy jako ściśle wynikające z misterium chrztu. W tym sakramencie dana nam jest obietnica Bożego błogosławieństwa dla życia zgodnego z wymogami tego przymierza ale i świadomość "przekleństwa" jako konsekwencji odrzucenia Bożego zamysłu dla naszego życia. Jeżeli faktycznie człowiek pragnie spełnić się w swoim życiu, znaleźć sobie właściwe miejsce na ziemi (tym bardziej człowiek wierzący, tym bardziej chrześcijanin) to sprzeniewierzenie się odkrytemu wezwaniu Boga stanowi jakiś paradoksalny dramat nieporozumienia. Jest czymś szalenie bolesnym, gdy wobec trudu poszukiwań szczęścia, człowiek "ocierając" się o nie, nie potrafi z niego skorzystać. Spontanicznie rodzą się zaraz pytania, co się dzieje z człowiekiem, jeśli nie odczyta Bożego wezwania, jeśli za nim nie pójdzie? Co wtedy?

Wydaje się, że po pierwsze trzeba uświadomić sobie, iż to "sprzeniewierzenie" może wynikać z różnych powodów i nie musi zaraz oznaczać złej woli człowieka (oczywiście, że trudno byłoby przypisywać ją Panu Bogu). Niezależnie od przyczyny, w takim przypadku należy najpierw stwierdzić sam fakt "nie-porozumienia" się Boga z człowiekiem, a dopiero potem próbować dojść przyczyn takiego stanu rzeczy. Brak "spotkania się" Boga z człowiekiem w wizji życia może być skutkiem nie zaistnienia dialogu w ogóle, albo jego nieskuteczności. Pan Bóg jest bardzo zainteresowany naszym życiem, naszą codziennością i bardzo chce nam pomóc, na różne sposoby "wychodzi" nam naprzeciw. Jeśli więc dialog nie zaistniał, to znaczy, że człowiek w poszukiwaniu wizji swojego życia nie wziął pod uwagę takiej możliwości, iż Bóg ma mu tu coś do powiedzenia. W konsekwencji tej sytuacji skazuje się na szukanie po omacku i będzie prawdopodobnie zmagał się tak aż do chwili, gdy jak św. Augustyn nie zrozumie, że niespokojne ludzkie serce ma spoczynek tylko w Bogu. (Gdy chodzi o brak dialogu w sprawach kształtu życia, to jest jeszcze możliwy ten przypadek, że człowiek w ogóle nie jest zainteresowany swoim życiem i nie zamierza dialogować na ten temat nawet sam ze sobą, ale wtedy należałoby postawić bardziej fundamentalne pytania dotyczące takiego człowieka. Wtedy dramatem stałby się najpierw on sam a dopiero potem jego życie.)

Innym problemem w dziedzinie odkrywania powołania jest nieskuteczność ludzkich wysiłków. Tu można tak naprawdę w sensie właściwym mówić o "nieporozumieniu", bo dialog zaistniał, ale został przerwany, albo stał się sytuacją patową wobec nierealnych ludzkich pragnień. Może się zdarzyć, że ktoś zniechęcony wcześniejszymi próbami i "obrażony" na Pana Boga rezygnuje z dalszych poszukiwań, w swojej dumie pozostaje gnuśnym i małodusznym. Mamy do takiej postawy prawo, ale wydaje się, że na dłuższą metę jest to nie do wytrzymania, stąd albo "zgorszony" konsekwentnie odchodzi od Boga i żyje z dnia na dzień wedle swoich upodobań, najczęściej wchodząc na płaszczyznę hedonistycznych i utylitarystycznych pragnień, albo wraca (nawraca się) do dialogu z Bogiem. Może być tak, że człowiek nie odczytał jeszcze Bożego wezwania, albo jeszcze nie poszedł za nim. To nic. Tak jest normalnie i prawdopodobnie niedługo albo odkryje Bożą wolę i z nią zgodzi się z radością, albo znajdzie siłę w łasce, która pozwoli mu zaufać i podążyć za rozpoznanym, zaskakującym i trudnym w danym momencie wezwaniem. To naturalny stan etapu rozpoznawania zamysłu Pana Boga. W tym nie ma nic niewłaściwego.

Pozwolę sobie na zakończenie napisać kilka bardzo osobistych refleksji... Mocno intrygującą i pociągającą w dziedzinie posłuszeństwa odkrytej woli Pana Boga jest dla mnie postać Karola de Foucauld. Był przekonany, że Bóg wzywa go do życia, które ma dać początek nowemu zgromadzeniu w Kościele. Wiele podjął prób, wiele na ten temat napisał. Umierał bez jednego naśladowcy przy sobie, niezłomnie przekonany o dziele, do którego Pan go wezwał. Dopiero po jego śmierci Dobry Bóg dał mu wielkie rzesze małych sióstr i braci potwierdzając swoje wezwanie i wierność swego sługi!

Pytałem kiedyś jednego z biskupów o to jak mam postępować. Stałem na rozdrożu. Z jednej strony widząc moją sytuację i obdarowanie, odkrywając to jako wezwanie Boże, obawiałem się nie zgrzeszyć pychą bycia ponad Bożym spojrzeniem na moje życie. Z drugiej strony obawiałem się nie zgrzeszyć pychą małodusznego braku wiary, że Bóg da siłę do wypełnienia powierzonego zadania i zrezygnowania ze zmagania o prawdę, dobro i piękno, na korzyść "świętego" spokoju środka świątynnego gościńca. Usłyszałem wtedy słowa: "nie wolno Ci wrócić na środek tego gościńca; wszystko stale rozważaj ze stałym spowiednikiem, z kierownikiem duchowym i wiele módl się uwielbieniem!". Broniłem się: ale przecież mogę zbłądzić, usłyszałem, "to wrócisz", ale mogę zgrzeszyć, usłyszałem "wiesz gdzie i po co jest konfesjonał". Mówił jeszcze, "jeśli jesteś przekonany, że to Boże wezwanie, to idź za nim nawet jak wszyscy wokoło będą wieszać psy na tobie, wiele się módl i idź". To była dla mnie największa lekcja wiary. Jak wiele znaczy dla mnie fakt, że mówił to Biskup, że nie bał się zaufać, że nie "prostował" moich poglądów, nie umoralniał, nie nakłaniał do "bezpiecznego" stylu życia. Bogu niech będą dzięki. Dziś wierzę i chcę być nadal wierny mojemu Bogu. Warto szukać zamysłu kochającego Ojca dla swego życia. Warto na niego odpowiadać. To naprawdę rodzi spełnienie, to daje poczucie sensu, to jest piękne, choć nie raz bardzo trudne. A może właśnie dlatego takie piękne...

Ks. Ryszard Nowak

Poczatek
Index numerów
Najpiękniejsze wersety
O nas... i do nas...
W szkole animatora
Szkoła modlitwy
Mądrze i pięknie
Na pogodne wieczory
Wieczernik domowy
Wieczernik dla Ciebie
Zasady prenumaraty
Serwis Oazowy