Czyńcie uczniów

(159 - lipiec - sierpień 2008)

Aby stać się uczniem Pana

ks. Franciszek Blachnicki

Wspólnota uczniów Pana właściwie może powstać dopiero wtedy, kiedy ci, którzy tę wspólnotę zawiązują, decydują się na to "na zawsze"

Być chrześcijaninem to znaczy być uczniem Jezusa Chrystusa posłanego przez Ojca, nauczającego i posyłającego swojego Ducha, który po wieczne czasy odnawia oblicze ziemi1. Być chrześcijaninem to znaczy być uczniem Chrystusa, który aż do drugiego swojego przyjścia zbiera ze wszystkich krańców ziemi ludzi odpowiadających Jego Ewangelii i łasce.

Od każdego ucznia Jezus wymagał tylko jednego - aby Go naśladował. Być uczniem oznacza tak naśladować swojego Nauczyciela, by obserwujący poganie mogli zauważyć związek między uczniem a Nauczycielem, nadając uczniom nazwę „chrześcijan” (zob. Dz 11, 26).

Tylko we wspólnocie

Tych, których później nazwano chrześcijanami, najpierw Pan wezwał, aby Go naśladowali. Kiedy poszli za Jego wezwaniem, rozpoczął On proces trzyletniej ich formacji. Wezwany przez Pana został przez Niego włączony do wspólnoty uczniów. Uczeń staje się bowiem uczniem we wspólnocie Pana, wspólnota zaś jest stale przy Panu, zgromadzona wokół Niego, wsłuchana w Jego Słowo i zapatrzona w Jego czyny. Uczniowie ze wspólnoty łatwiej mogą się rozejść, by głosić to, co usłyszeli i zobaczyli, bo zawsze wiedzą, dokąd mogą wrócić. Mogą wrócić nie tylko po to, żeby utrzymać i wzmocnić siły życiowe, lecz także po to, by przypomnieć sobie, co mają mówić i jak mają głosić; by zapytać się, kim powinni być, gdy zapomną, kim są.

Po Soborze Watykańskim II zjawisko powstawania wspólnot przybrało na sile, zaczęły się rozwijać różne typy wspólnot. Niektóre zawiązują się na stałe przez przyjęcie formy opartej na radach ewangelicznych, nie tworząc jednak nowych zakonów. Jeszcze liczniej zawiązują się wspólnoty gromadzące się co jakiś czas. Powstają wspólnoty rodzin, studentów, księży, dorosłych, wspólnoty składające się z przedstawicieli wszystkich stanów.

Mimo różnorodności tych grup, spontaniczności ich powstania czy przynależności do różnych ruchów, cechą charakteryzującą wszystkich członków tych wspólnot jest zmierzanie do tego, by stać się w pełni uczniem Pana w tej sytuacji życiowej, w której każdy się znajduje.

Wspólnota - tylko w drodze

Wspólnota może powstać tylko w drodze, czyli tylko wtedy i tylko o tyle, o ile grupa ludzi zgodzi się na to, żeby razem wyruszyć w drogę. Taki był początek wspólnoty, którą przyszedł założyć Chrystus. Najpierw jest oczywiście jakieś poszukiwanie, ideał, cel, który się zarysowuje jako pragnienie we wnętrzu człowieka i który wzbudza pewien niepokój. A potem jest to wezwanie: „Pójdź za Mną” albo podobne: „Chodźcie, a zobaczycie”. Tak było z pierwszymi uczniami.

Dwaj uczniowie [Jana Chrzciciela] usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: „Czego szukacie?” Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi! - to znaczy: Nauczycielu - gdzie mieszkasz?” Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Nazajutrz [Jezus] postanowił udać się do Galilei. I spotkał Filipa. Jezus powiedział do niego: „Pójdź za Mną!” Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: „Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy - Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu”. Rzekł do niego Natanael: „Czy może być co dobrego z Nazaretu?” Odpowiedział mu Filip: „Choć i zobacz” (J 1, 37-39a. 43. 45-46).

Początkiem wspólnoty nie jest jakaś doktryna, wyraźnie zarysowana teoria, spisany regulamin, statut, gotowa struktura organizacji, do której się wchodzi. Na początku jest żywa Osoba Mistrza, Nauczyciela, jest Jezus, który mówi: „Chodź i zobacz”, „Pójdź za Mną”. Na początku jest wkroczenie na pewną drogę. Sprawa tworzenia wspólnoty to jest sprawa doświadczenia, to jest coś, co się musi dokonywać na płaszczyźnie egzystencjalnej.

Cel drogi jest pewny

Co jest istotne na tej drodze, która jest całym pasmem doświadczeń? Istotne jest to, że chodzi o drogę, która ma od początku jasny i pewny cel. Chociaż w jakimś sensie jest drogą w nieznane, bo nie możemy przewidzieć szczegółowych doświadczeń, nie możemy dokładnie wyznaczyć poszczególnych kroków, etapów, to jednak cel tej drogi jest pewny. Ten cel musi być zaakceptowany i przyjęty. Nie jest to wybranie się w drogę z taką świadomością: zobaczę, jeszcze nie wiem, do czego ta droga mnie doprowadzi i czy jej nie zmienię. To jedno jest i musi być na początku pewne: cel. Tym celem jest Jezus Chrystus i jest to sprawa, która nie może podlegać dyskusji. Dlatego wejście na tę drogę, odpowiedź na wezwanie: „Pójdź za Mną” zawiera w sobie zasadniczą zgodę na nieodwracalność decyzji kroczenia tą drogą.

Zgoda na towarzyszy drogi

Nieodwracalność, która się wiąże z tą decyzją, dotyczy przede wszystkim relacji: ja i Chrystus, ale nie tylko; dotyczy ona także zgody na towarzyszy drogi. Apostołowie, którzy poszli za wezwaniem Chrystusa, którzy przyjęli Go jako Nauczyciela i Mistrza, którzy egzystencjalnie weszli na drogę ucznia Chrystusa, dzielenia Jego życia, Jego drogi - ci właśnie uczniowie musieli równocześnie zgodzić się na siebie nawzajem. Od chwili, kiedy stali się uczniami Chrystusa, stali się również wspólnotą uczniów. I nie do pomyślenia byłaby sytuacja, gdyby każdy z nich był uczniem Chrystusa, traktując to jako swoją prywatną, osobistą sprawę i gdyby nic go nie obchodził ten obok idący za Chrystusem współuczeń.

Można tu zwrócić uwagę na sytuację dzisiejszego Kościoła, który z założenia jest wspól­notą uczniów Chrystusa. Uczniowie co niedzielę gromadzą się w kościele na Eucharystii, gromadzą się wokół Chrystusa, żeby słuchać Jego słowa, żeby pożywać Jego Ciało. Każdy przychodzący do kościoła przeżywa w jakiś sposób relację do Chrystusa, ale to jest jego osobista sprawa. Przychodzi spełnić obowiązek czy też czyni to, co może odpowiada jego potrzebie wewnętrznej, ale nie przeżywa tego, że wchodząc w więź z Chrystusem, równocześnie musi zaakceptować w sposób nieodwracalny, ostateczny tych wszystkich, którzy stoją wokół niego, jako swoich braci, jako członków jednej rodziny. Człowiek taki wychodzi z kościoła, nie rozgląda się w prawo ani w lewo, z nikim się nie wita, nie zatrzymuje, wraca do swojego domu, do swoich spraw i jest zadowolony, że spełnił swój niedzielny obowiązek, może nawet i czymś się wzbogacił, może coś mu się przydało dla jego życia. Ale to nie jest właściwe.

Spotykając się z Chrystusem, równocześnie powinniśmy przeżyć to, że w sposób nieodwracalny weszliśmy we wspólnotę ze sobą i wzajemnie zgodziliśmy się na siebie. Takiego doświadczenia wspólnoty nie ma w przeciętnych parafiach. Często nie istnieje ono także w seminariach duchownych, gdzie prze­cież z założenia przychodzą młodzi ludzie, aby stać się uczniami Chrystusa, aby wejść do wspólnoty, która jest przedłużeniem, kontynuacją tej pierwszej wspólnoty apostolskiej, którą Chrystus zgromadził wokół siebie. Tam nie ma tego wkroczenia na drogę, którą raz na zawsze musimy już iść razem i zgodzić się na siebie, i trwać na tej drodze do końca, wspomagając się wzajemnie, znosząc się wzajemnie i wspólnie realizując cel, jaki przekazuje nam Mistrz i Nauczyciel - Chrystus. Można nawet powiedzieć, że dzisiaj często we wspólnotach, które już z samego założenia mają być przedłużeniem wspólnoty apostolskiej, nie ma tego przeżycia. Jest jakiś regulamin, jakaś reguła, statut, organizacja i w ramach tego dany człowiek wypełnia swoje powołanie, realizuje jakiś cel, ale nie ma tej świadomości i faktycznie nie jest to realizowane, że jest to droga, którą musimy już iść razem, z Chrystusem, przez Niego zgromadzeni - nie każdy z osobna, ale jako wspólnota uczniów. Bez tego elementu, który wyraża słowo „droga”, nie może właściwie powstać żadna prawdziwa wspólnota. Można to ukazać w obrazie drogi tych, którzy zdobywają szczyt w górach. Wiadomo, że to nie może być wyczyn indywidualny; członkowie takiej grupy taterników czy alpinistów muszą sobie uświadomić, że są zdani, skazani na siebie na wzajem. Oni wiedzą, że powodzenie całego przedsięwzięcia zależy od tego, na ile będą razem w drodze; nawet w pewnych etapach tej drogi, wspinania się, muszą być związani liną. To jest droga, na której egzystencjalnie przeżywają to, że idą razem i że ostatecznie tylko w ten sposób mogą osiągnąć cel.

Drugim obrazem takiej wspólnoty jest małżeństwo. Dwoje ludzi decyduje się na wspólną drogę życia. Odtąd ich życie będzie wspólnym doświadczeniem, będą wszystko przeżywali razem, łączą się na płaszczyźnie całej swojej egzystencji. Droga małżeństwa a potem rodziny jest drogą, która rodzi i tworzy wspólnotę. Zawarcie małżeństwa jest poważnym potraktowaniem tej wspólnej drogi, ostatecznym zaangażowaniem się, a momentem, który sprawia, że jest ono do końca realizowane jako wspólna droga, jest nieodwracalna decyzja wyrażona słowami: „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. A przecież małżeństwo nie jest drogą nadzwyczajną, dla wybranych, ale normalną drogą każdego człowieka. Czy zatem ta wspólnota, którą tworzy wokół siebie Jezus Chrystus, może być czymś, co można mniej poważnie potraktować, czymś mniejszym niż ta naturalna wspólnota, do której wezwany jest każdy człowiek, jeżeli nie otrzymuje tego szczególnego powołania, by być uczniem Chrystusa? Tu nie może chodzić o coś, co może być potraktowane mniej poważnie, bez pełnego, egzystencjalnego zaangażowania.

Na zawsze

Jeżeli prześledzilibyśmy początki różnych powstałych w Kościele wspólnot uczniów Chrystusa, to zawsze znajdziemy na początku pewien element wspólny. Zanim powstaną statuty, reguły, normy prawne, tradycje, to najpierw musi się pojawić grupa ludzi, którzy wybierając Chrystusa i przyjmując Jego wezwanie: „Pójdź za Mną”, z tą samą powagą, z tym samym ostatecznym, nieodwracalnym zaangażowaniem zgadzają się na siebie, na wspólne postępowanie tą drogą. Wspólnota uczniów Pana właściwie może powstać dopiero wtedy, kiedy ci, którzy tę wspólnotę zawiązują, decydują się na to „na zawsze”.

Dzisiaj w Kościele powstaje wiele różnych wspólnot, zwłaszcza jako owoc odnowy charyzmatycznej, odnowy w Duchu Świętym; wiele jest prób, ale często są to próby bardzo nietrwałe, przejściowe - powstają i znikają. Ludzie podejmują takie próby, lecz traktują to, może podświadomie, trochę jak zabawę; a na pewno nie tak poważnie, jak traktuje się decyzję wejścia w związek małżeński, choć dzisiaj wiele jest lekkomyślnie zawieranych małżeństw i ogromne zjawisko rozwodów, rozkładu rodziny. Jednak wszyscy odczuwają to jako zło, jako zjawisko niepożądane, jako przejaw kryzysu. Natomiast w dziedzinie życia duchowego, życia chrze­ścijańskiego, bardzo często te różne próby tworzenia wspólnot są traktowane powierzchownie, nieodpowiedzialnie. Takie próby nie są czymś złym, zawsze się w tym wyraża tęsknota do głębszego życia chrześcijańskiego, ale potem przychodzą rozczarowania, zawody, które mają swoje źródło w tym, że od początku ta sprawa nie jest pojmowana we właściwy sposób. Bardzo często także do tych powstających wspólnot garną się ludzie z zaniżonym poczuciem odpowiedzialności, wyobrażają sobie, że to jest łatwiejsza forma życia, która nie rodzi więzów odpowiedzialności. To jest wielkie niebezpieczeństwo dla wspólnot, gdy wchodzą tam ludzie nie w pełni odpowiedzialni i nie mający ostatecznie poważnych zamiarów. W końcu jest to jakaś forma szukania łatwiejszej, przyjemniejszej drogi, ostatecznie szukania siebie, a tymczasem u początku wspólnoty musi być właśnie zanegowanie siebie i wybranie Chrystusa, pójście za Nim kosztem zaparcia się siebie. Dopiero na tej bazie może być podjęty wysiłek tworzenia wspólnoty i wtedy zaczyna się droga potraktowana na serio.

Fundament przyjaźni

U początku tej drogi ważna jest sprawa konkretnej decyzji tych, którzy chcą nią razem kroczyć. Nie może być tak, że istnieje jakaś abstrakcyjna idea czy wizja wspólnoty, że przychodzą różni ludzie, którzy też mają ogólnikowe pragnienia życia doskonalszego, życia we wspólnocie i oczekują, że z tego coś w końcu powinno wyjść. Jeżeli ma to być rzeczywiście droga jako doświadczenie życiowe i pełne, angażujące całkowicie, jeżeli to całkowite pójście za Chrystusem implikuje całkowite zgodzenie się na siebie, na wspólną drogę tych, którzy są uczestnikami tego samego powołania, to musi to być bardziej konkretne. Ci ludzie muszą się spotkać na płaszczyźnie przyjaźni.

Nieraz zbyt sztucznie chciałoby się te rzeczy tworzyć, opierając się na jakichś abstrakcyjnych zasadach. Tymczasem potrzeba do tego grupy osób, które rzeczywiście realizują przyjaźń i braterstwo w sensie jak najbardziej konkretnym, które się dobrze znają, które są na siebie otwarte. Nie może powstać prawdziwa wspólnota, jeżeli nie dokona się przedtem pełne otwarcie się członków wspólnoty na siebie. Dopiero wtedy odkrywamy ostateczne fundamenty jedności wspólnoty albo też stwierdzamy, że ich nie ma i nie ma też sensu, żeby próbować iść dalej razem. Jeżeli w okresie tworzenia się wspólnoty nie dojdzie do pełnego otwarcia się członków grupy na siebie, to od razu na początku ta grupa zawiera w sobie element własnego rozkładu, działają ukryte siły odśrodkowe, które prędzej czy później ujawnią się i doprowadzą do rozpadu tej grupy. Musi dojść do momentu decyzji wspólnej drogi i to na całe życie. Jeżeli stwierdziliśmy, że w każdym z nas jest to samo szczere, autentyczne dążenie, pragnienie i że celem ostatecznym jest Chrystus, to z tego zrodzi się nasza braterska wspólnota, taka jaka powstała wśród pierwszych uczniów.

Sprawą dalszą jest praktyczne przyjmowanie pewnych zasad, które wszyscy powinni zaakceptować, które wynikają z tradycji czy z ustaleń Kościoła. Na początku ogromnie ważna jest świadomość i decyzja wspólnej drogi uczniów Chrystusa, wspólnego wzrostu, wspólnego losu i dzielenia doświadczeń, wspólnego pomagania sobie na tej drodze, wspólnego cierpienia i radości. Człowiek nie może inaczej dojrzewać do pełnej wspólnoty z Bogiem i do ostatecz­nej wspólnoty zbawionych, jak tylko na tej drodze.

Dlatego nieporozumieniem jest nastawienie się na znalezienie wspólnoty idealnej. To jest kolejna pokusa, która zwykle grozi osobom szukającym takiej drogi. Jest to szukanie gotowej już, idealnej wspólnoty, do której chcą się włączyć. Wielu tak te rzeczy widzi. Jest jakiś ideał, pragnienie, tęsknota za wspólnotą, więc szukają. Potem oczywiście muszą przyjść rozczarowania: a ja myślałem, że tu już jest taka idealna wspólnota, że wszyscy żyją już według miłości ewangelicznej, a tu takie czy inne słabości. I niestety szuka się innej wspólnoty - może inna będzie lepsza. Jest nawet taki typ wędrujących poszukiwaczy wspólnoty, którzy zmieniają seminaria, zakony, instytuty. Tam zaczyna, tam próbuje i nigdzie nie znajduje tej wspólnoty idealnej. I nigdzie jej na pewno nie znajdzie, bo jej nie ma na tym świecie, bo wspólnota idealna będzie zawsze przedmiotem naszych dążeń, wysiłków podejmowanych z pozycji mojej niedoskonałości wraz z innymi również niedoskonałymi, we wspólnym cierpieniu, we wspólnym znoszeniu krzyża.

1Powyższy tekst stanowi fragment książki „Idąc czyńcie uczniami”, która ukazała się w maju nakładem Wydawnictwa Światło-Życie - zobacz informację na s. 30.