ks. Wojciech Danielski

(189 - listopad - grudzień 2012)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

American dream

Wojciech Duchant, Karolina Jankowiak, Urszula Jankowiak

W 2011 roku w amerykańskim ośrodku Camp Vista Moderator Generalny prowadził rekolekcje Domowego Kościoła z Chicago. Uczestniczył w nich p. Andrzej Fidziukiewicz, który co roku organizuje w Camp Vista obozy dla młodzieży. Z jego inicjatywy zaproszono na tegoroczne obozy ekipę z Polski: księdza Stanisława Adamiaka, Karolinę i Urszulę Jankowiak, Wojciecha Duchanta. Spędzili tam ponad miesiąc, od 20 czerwca do 25 lipca. Oto ich opowieść. (Agnieszka Salamucha)

 

Wojtek: Czego można się spodziewać po Stanach Zjednoczonych, kiedy bilet w obie strony dostaje się przez Boga i dla Boga? To pytanie towarzyszyło mi przed wyjazdem przez cały czas. Choć uwielbiam podróżować i zawsze chciałem wyjechać jako ktoś posłany z misją (choć misja to takie wielkie słowo), to nigdy, absolutnie nigdy, nie miałem pragnienia, żeby zjawić się w USA. A jednak okazało się, że Pan Bóg ma plany wykraczające ponad to, co mi się śniło.

Karolina: Propozycję wyjazdu do Camp Vista otrzymałam już w lutym 2012 i zbyt długo się nie zastanawiałam. Przynajmniej nie na początku. Bo możliwość wyjazdu do Ameryki nieczęsto się zdarza. Można powiedzieć, jedyna taka okazja w życiu. Jednak po pierwszym wybuchu entuzjazmu przyszły liczne wątpliwości. Bo musiałam zupełnie zmienić plany wakacyjne. Wiele spraw ogarnąć wcześniej, niż bym to zrobiła normalnie. No i ten cały rozgardiasz związany załatwianiem biletów i wiz. Ale kiedy już się zgodziłam, nie mogłam się przecież wycofać! I bardzo dobrze. Bo już niedługo okazało się, że naprawdę miałam jechać. Już od początku wszystko zdawało się to potwierdzać! Teraz, po paru miesiącach widzę, że właśnie taki był plan Pana Boga dla mnie na ten miesiąc.

Ula: Pewnego zimowego dnia zadzwoniła do mnie mama, która była razem z tatą w Krościenku, na obchodach rocznicy śmierci ks. Franciszka Blachnickiego. I zapytała: „Ula, Moderator Generalny pyta, czy chciałybyście polecieć na ewangelizację do Stanów”. My? Do Stanów? TAK!

Miałam wizję, że to wyjdzie najwcześniej za dwa lata… Po jakimś tygodniu dowiedziałam się, że mamy tam pojechać już w najbliższe wakacje. Najbliższe wakacje… Moje wakacje, starannie zaplanowane już w lutym… Cóż, nie pierwszy raz Pan Bóg zmienił moje plany. I to tak radykalnie.

Bardzo chciałam jechać. Od razu. Z pewnym bólem odżałowałam te moje plany. Część z nich zresztą udało się zrealizować w innym terminie albo w innym miejscu. Zaczęło się załatwianie: bilety, paszporty – bo tylko ja z naszej trójki miałam ważny paszport – i wizy. Denerwowałam się trochę, czy uda się wszystko załatwić, ale była we mnie cały czas myśl: jeśli masz tam być, to pojedziesz.

Przeżywałam wtedy też pustynię duchową. Po pewnym czasie przypadkiem natknęłam się na świadectwo Magdy, która była przez rok na misjach w Kazachstanie. Ogólny sens tego, co mnie w nim dotknęło, był taki: kiedy jesteś na misjach, często pojawia się pustynia duchowa. Nie „czujesz” obecności Boga. To znak, że robisz coś dobrego. Pomyślałam wtedy: przecież w końcu jadę na misje, nie? Wiec nie mogę się poddać! (Zresztą rezygnacja i tak było niewykonalna. Pomijając moje ambicje, tyle pieniędzy poszło na ten wyjazd, a ja jestem z Poznania…).

Im bliżej wyjazdu, tym mniej chciało mi się jechać. Tyle różnych rzeczy działo się w moim życiu. Wyruszaliśmy w naszą podróż wcześnie rano, wszyscy pierwszy raz lecielismy samolotem. Pamiętam wieczór przed wyjazdem, kiedy byliśmy już w Warszawie i „zgadaliśmy” się, że właściwie nikomu z nas nie chce się jechac do tej Ameryki. I wyszło nam, że może faktycznie mają się tam dziać dobre rzeczy.

Wojtek: W Camp Vista co roku odbywają się kolonie dla dzieci rodzin polonijnych. Celem naszego pobytu było kształtowanie duchowej strony tych kolonii. Szczególnie leżało to w kompetencjach ks. Stasia, który przyjechał z nami, lecz każdy z naszej trójki animatorów – Ula, Karolina i ja – czuł się także za nią odpowiedzialny.

Karolina: “Jesus said to live, give and give and give… Store your treasure in Heaven where it lasts forever…” Te słowa wciąż chodzą mi po głowie. Nic dziwnego – w końcu słyszałam i śpiewałam je co drugi dzień przez cztery tygodnie… Rzeczywiście był to czas, który wymagał ode mnie ofiarowania czegoś z siebie.

Wojtek: Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, od razu zostaliśmy przewiezieni do lasu, gdzie mieliśmy spędzić kolejny miesiąc. Jest tam przepięknie. Niewielkie jezioro o pomarańczowym, żelaznym odcieniu, okalający je sosnowy las, który przypominał nam Polskę (do którego wstęp surowo został wzbroniony ze względu na liczne bagna i poison ivy – trujący bluszcz) oraz cała gromada dzieci krzyczących w oryginalnym języku autochtonów, „polish-english”. Czekały nas cztery tygodniowe turnusy opieki nad nimi. Każdy z turnusów liczył od 120 do 150 młodych ludzi w wieku od 6 do16 lat, a cały obóz składał się z około dwunastoosobowych kabin z łazienką. W jednej części stały domki żeńskie, w drugiej męskie.

Wiele dzieci, szczególnie młodszych, których rodzice wyemigrowali z Polski już jakiś czas temu, ma ogromne problemy z posługiwaniem się ojczystym językiem. Dlatego też większość zajęć prowadzi się po polsku, choć często trzeba tłumaczyć na angielski. Dzieci wśród swoich codziennych zajęć miały między innymi strzelanie z łuku i z wiatrówki, ognisko z piankami marshmallows, zajęcia z rękodzieła, pływanie w jeziorze, a wieczorem tańce i gry na świeżym powietrzu. Były też zajęcia szczególne: w jednym z turnusów nauka żeglarstwa, a w drugim zajęcia teatralne. Całość funkcjonowała bardzo sprawnie. Najstarsze grupy szesnastolatków nie tyle same uczestniczyły w zabawach obozowych, co zajmowały się ich organizacją. Byli to tak zwani Junior Counselors. Spoczywało na nich wiele odpowiedzialności, co – jak można się domyślić – jednym bardzo dobrze służyło, a dla innych było przyczynkiem do robienia głupstw. Ponadto obecni byli liderzy, których zadaniem była opieka, prowadzenie i towarzyszenie uczestnikom. Każdy z nich miał „pod sobą” 11-13 osób w określonym przedziale wiekowym.

Ula: Trudnością pierwszego tygodnia było to, że nie wiedzieliśmy, gdzie odbywają się które zajęcia. Nie wiedziałam tez jeszcze, jak działają zamki w drzwiach, i musiałam kilka razy wchodzić do kabiny przez okno. W tym tygodniu miałam w grupie dwie trudniejsze dziewczynki: jedną lunatyczkę, drugą, która ciągle płakała z tęsknoty za mamą, mimo, że miała 11 lat. Pierwsza noc była koszmarna. W poniedziałek po śniadaniu myślałam, że zacznę odliczać dni do powrotu, ale… był to ostatni raz, kiedy tak pomyślałam. Przetrwałam do końca tygodnia. W sobotę mogliśmy trochę odpocząć, zaprzyjaźniliśmy się wtedy bardziej z innymi counselors, Emy, Zuzią i Bartkiem. Poszliśmy razem do sąsiedniej miejscowości na lody. Podziwialiśmy typowe amerykańskie miasteczko (wszystko wyglądało jak na filmach!).

Karolina: W czasie czterech tygodni pobytu w Camp Vista przez trzy byłam liderem grupy, a przez jeden pomagałam w biurze. Każda z grup, które miałam pod opieką, była bardzo pozytywna. Najpierw miałam dziewczynki jedenasto- i dwunastoletnie, wyróżniające się dużą energią i spontanicznością. Już pierwszego dnia dowiedziałam się, że jestem najlepszym liderem, jakiego miały (starałam się ze wszystkich sił), więc, jak widać, współpraca przebiegała pomyślnie. Także w drugim tygodniu otrzymałam miano „BCE – best counselor ever”. Tym razem moja grupa była nieco młodsza – dziewczynki miały od 9 do 11 lat – i może dlatego było z nimi troszkę więcej problemów – ale bez przesady. Przynajmniej kolejny raz mogłam doświadczyć tak podnoszącej na duchu strony bycia animatorem, jaką jest możliwość pomagania innym, gdy opowiadając o Polsce i czytając książki, pomagałam Weronice walczyć z tęsknotą za rodzicami. Jednak i ta grupa była bardzo sympatyczna i, co najważniejsze, żadna z dziewczynek nie miała problemów z językiem polskim, a to się bardzo liczyło, nawet mimo mojej znajomości języka angielskiego.

Ula: W drugim tygodniu razem z Zuzią i Emy „odpoczywałam” – nie miałam grupy. Ale to był chyba mój najbardziej pracowity tydzień w roku. Pracowałam w biurze układając sklad grup na następne turnusy, wysprzątałyśmy „na glanc” całą kaplicę i… siałyśmy kwiatki w lesie. To ostatnie będę wspominać na pewno jako jeden z zabawniejszych momentów mojego pobytu w Ameryce – wtedy właśnie zanurkowałam przypadkiem głową w dół do rowu z wodą. Przekonałam się na własnej skórze, że „bagno wciąga” ;) Ale kwiatki zostały zasiane;)

W następnych tygodniach miałam już grupy.

Karolina: W trzecim tygodniu odpoczywałam od grupy i pomagałam w biurze. W praktyce miałam trening przed prawie każdą posługą na Kopiej Górce, bo i odpracowałam zakrystię, prasując alby, i Diakonię Słowa, sprzedając „vistowskie” gadżety w „vista shop”, i sekretariat, odkurzając w biurze. A nawet ogród! – bo przesadzałam malutkie sosenki. Te prace jednak w żaden sposób mi nie przeszkadzały – przeciwnie: dobrze było mieć przerwę w prowadzeniu grupy i nie musieć przez chwilę być za nikogo odpowiedzialną. A w czwartym tygodniu dostałam kolejną, ostatnią już grupę. Tym razem były to najmłodsze dziewczynki i, muszę przyznać, najgrzeczniejsze ze wszystkich, które miałam pod opieką. Niestety, były chyba trochę za małe, żeby zrozumieć wszystkie treści, które im przekazywałam (czasem prawie się załamywałam, gdy nie rozumiały najprostszych rzeczy), ale na pewno udało im się uchwycić to, co najważniejsze. I to właśnie w tej najmłodszej grupie najbardziej było widać miłość do Pana Boga. Niesamowitym świadectwem była dla mnie wiara małej Kamilki, która w maju przyjęła pierwszą komunię świętą i wciąż pamiętała to, czego się uczyła, przygotowując się do niej.

Wojtek: Jako liderowi przypadło mi w udziale opiekować się trzema grupami chłopców. Każda z nich miała odmienną dynamikę. W pierwszym tygodniu przypadli mi w udziale niezwykle nieposłuszni dwunasto-, trzynastolatkowie, których nie sposób było okiełznać. Zapewne znaczny wpływ na to miał fakt, że sam byłem pierwszy raz w tym miejscu: środowisku, przestrzeni, rzeczywistości. W drugim turnusie dostałem najmłodszą grupę męską, chłopców w wieku 6-8 lat. To dopiero była grupa! Jedni zakręceni całkowicie, jak na przykład Tomeczek (najczęstszym moim pytaniem było „gdzie jest Tomek?”). Inni, jak Gabryś, o twarzach aniołków, lecz egoistycznym usposobieniu (przyznać jednak Gabrysiowi trzeba, że nie widziałem jeszcze nigdy, by ktokolwiek przybierał w kościele tak fantazyjne pozy, i to cały czas siedząc w ławce). Myślę, że dzieci w tym wieku nie można nauczać, trzeba jak Pan Jezus przytulać je.

   W trzecim tygodniu odpoczywałem od prowadzenia grupy. Przypadło mi wykonywanie przeróżnych prac fizycznych, pełnienie służby ratownika na plaży oraz prowadzenie zajęć teatralnych. Była to miła chwila wytchnienia. W czwartym tygodniu przypadła mi znowu grupa dwunasto- i trzynastolatków, tym razem chłopców niezwykle pozytywnych i aktywnych (co dziwne, także posłusznych). Świetnie się ich prowadziło. Mieszkaliśmy w domku Writer's House, oddalonym od pięć minut od całego obozu. Domku, przyznać trzeba, bardzo wygodnym – z kanapami, dywanami, własną kuchnią (choć nieużywana, bo i tak nie było gdzie kupić jedzenia do przygotowania). Jedynymi mankamentami mieszkania w nim były stada much gryzących nas w trakcie drogi do obozu oraz brak klimatyzacji: Camp Vista, choć leży na północy Stanów, znajduje się na wysokości geograficznej Rzymu. Przez kilka dni utrzymywała się tam temperatura dochodząca do 109 stopni w skali Fahrenheita (czyli prawie 43 stopnie Celsjusza).

Ula: Przez cały miesiąc prowadziłam śpiewy na mszy i podgrywałam na gitarze (elektrycznej!). Na długo zostaną mi w pamięci dzieci biegające po boisku i śpiewające: „ale miłość moja, miłość moja, nigdy nie odstąpi od ciebie – mówi Pan”… Pod koniec miesiąca bycie liderem było dla mnie dużą przyjemnością: wiedziałam już, co jest kiedy i gdzie, jak reagują dzieci (te amerykańskie dzieci, bo one jednak są trochę inne niż polskie), w co się z nimi bawić, kiedy im się nudzi. Pomysły na talent show też się mnożyły. Bardzo pozytywnie wspominam spotkania w małych grupach, które prowadziłam. Wtedy powiedziałam chyba po raz pierwszy w życiu swoje świadectwo – po angielsku.

Kiedy wróciłam ze Stanów, pomijając duże trudności z przestawieniem się na czas europejski, pozostało mi trochę „vistowskich” naleciałości: nie potrafiłam siedzieć i nic nie robić. Kiedy spotkałam się z młodszymi kuzynami i zobaczyłam, że się nudzą, to od razu zaczęłam im wymyślać jakieś zabawy. I tak mnie dziwiło, że zwracają się do mnie w taki bezpośredni sposób…

Karolina: Ten miesiąc był dla mnie niezapomnianym czasem. Tyle tam otrzymałam! Oprócz poćwiczenia języka angielskiego i opanowania podstaw żeglowania (przynajmniej po malutkim, lecz ślicznym jeziorku Cedar Lake), poznałam naprawdę wartościowych ludzi, wiele się nauczyłam i nabrałam nowych doświadczeń animatorskich. Wiem na przykład, że mogę być animatorką na Oazie Dzieci Bożych, nie boję się dużych grup i mam nowe pomysły na pogodne wieczory. Bardzo też poruszył mnie przykład innych liderów, którzy naprawdę potrafili dawać siebie innym. Niesamowita była także otwartość i gościnność ludzi, z którymi się tam spotykaliśmy.

Tak więc chociaż z założenia to my mieliśmy tam wprowadzić coś nowego i pomóc, czułam się raczej tak, jakbym to ja tam się uczyła i czerpała stamtąd. Jednak oczywiście starałam się jak najwięcej dać od siebie: śpiewałam i grałam na mszach, prowadziłam spotkania, pomagałam czasem innym je prowadzić, mówiłam świadectwo… Mam nadzieję, że moja obecność tam nie poszła na marne i że, być może, w tym małym zakątku stanu Wisconsin, zostawiłam także cząstkę siebie.

Wojtek: Czy miesiąc spędzony w Camp Vista przyniósł zamierzony efekt? Przez trzy tygodnie pracowaliśmy na programie opartym na tajemnicach światła opracowanym na potrzeby obozu specjalnie przez ks. Stasia. W ostatnim turnusie zastosowaliśmy program ewangelizacyjny, oparty na czterech prawach życia duchowego. Mieliśmy nadzieję, że przede wszystkim uda się nam dotrzeć do Junior Counselors. Czy się udało? Na to pytanie nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Z jednej strony, opiekując się dwanaściorgiem dzieci przez 24 godziny na dobę, trudno mi było dać coś więcej całości grupy niż działanie ściśle na własnym poletku. Jedynie w tych tygodniach, gdy niektórzy z nas byli wyłączeni z prowadzenia grupy, mogli pełniej zaangażować się w duchowy program kolonii. A Junior Counselors i liderzy, którzy niejednokrotnie sami potrzebowaliby udziału w pełnych rekolekcjach ewangelizacyjnych, nie chcieli wejść w program, tłumacząc się przeciążeniem z powodu ponoszonej odpowiedzialności („nie jestem tutaj po to, żeby się czegokolwiek dowiedzieć”).

Czy to znaczy, że straciliśmy czas? A czy można zbadać ludzkie serca? Z pewnością niewiele wymiernych zmian zauważyliśmy w życiu naszych podopiecznych. Ale czy rzeczywiście byliśmy tam obecni w tym celu? Z drugiej strony przecież poznaliśmy grono wspaniałych ludzi: jedni są zagubieni, inni trzymają się mocno Bożego Serca. Choć nie zmieniliśmy żadnego dziecka, nawiązały się znajomości i przyjaźnie zmieniające życie. Naszym małym marzeniem jest teraz umożliwienie 4-5 osobom z USA przyjazdu do Polski na rekolekcje I ONŻ. Jeśli Pan Bóg ma w swoich zamiarach (co byłoby też naszym kolejnym małym marzeniem) zasiać młodzieżowy Ruch Światło-Życie na amerykańskiej ziemi, to sposobem na to nie jest nasza coroczna obecność w Camp Vista, lecz uformowanie animatorów stamtąd, którzy będą gotowi iść drogą Ruchu i zaszczepić go u siebie.

Czy można pojechać gdziekolwiek i próbować zmieniać świat, narzucając ludziom swój światopogląd? Można. Ale czy nie lepiej pojechać, być obecnym i pociągnąć za sobą do Jezusa? Tak, by wszystko wypływało z serca, a nie z przymusu. Choć w tej chwili widać jedynie mały kiełek, to On sam prowadził nasze kroki podczas siania i On sam będzie zbierał.