Pytania o szatana

(191 - luty - marzec 2013)

Boża moc

świadectwo

Przez to, że widziałam działanie szatana, moja wiara w Boga i Jego miłość wzrosła

Był czas w moim życiu, kiedy zostałam poproszona o współpracę przy egzorcyzmach. Przez ponad półtora roku byłam „przypisana” do jednej z osób egzorcyzmowanych. Miałam tam kilka zadań. Z jednej strony jako psycholog miałam dbać o to, by nie mieszać problemów psychologicznych z duchowymi, z drugiej – jako osoba dość znacznej masy – miałam czasem w cięższych momentach pomóc fizycznie, w zależności od potrzeby powstrzymać lub podeprzeć osobę egzorcyzmowaną. Ponadto kiedy osoba ta już po egzorcyzmach bała się być sama, często trzeba było towarzyszyć jej w nocy, gdy jej lęk był największy. Podstawową służbą całej grupy do której należałam był jednak post i modlitwa za tę osobę przez ten cały czas, a zwłaszcza modlitwa osłonowa podczas samego egzorcyzmu.

Ten czas zwiększył moją wiarę w bezpośrednie, prawdziwe i niezawodne Boże działanie, bo widziałam nie raz nadnaturalną a jednocześnie namacalną interwencję Boga w ludzką codzienność.

Owocami w moim życiu były przede wszystkim uwielbienie, podtrzymanie mojej wiary przez wytrwałość i wierność do których niejako zmuszała sytuacja, oraz podejście bez lęku do szatana.

To był dla mnie okres wymagający pod względem siły i poświęconego czasu, ale przede wszystkim zaowocował błogosławieństwem dla mnie. Nie dlatego, że widziałam i słyszałam rzeczy niesamowite, np. lewitację, wycie, krzyki obcymi językami, ataki, nadnaturalną siłę osoby opętanej. Do tego szybko się przyzwyczaiłam, poza tym nie trzeba było mnie przekonywać o istnieniu złego ducha. Pismo Święte przecież nie raz czytałam i było dla mnie oczywiste, że jeśli w nie wierzę, to wierzę też w opisywane biblijnie zewnętrzne oznaki obecności i złości diabła oraz jego aktywną walkę z Bogiem i realne oddziaływanie na człowieka. Skoro działał tak dwa tysiące lat temu, to dlaczego nie miałby tak samo działać teraz? Więc nie miałam podstaw do przeżywania sensacji czy zdumienia. Nie to, co tak medialne i widowiskowe było najbardziej poruszające. Najbardziej poruszało cierpienie osoby, która była opętana oraz braterska troska zupełnie nie związanych z nią ludzi i bogactwo skarbów Kościoła – broni służącej ochronie Bożego dziecka przed złem.

Pan Bóg dał mi doświadczyć na własnej skórze, widzieć i poczuć pewność, spokój i taką dobrze pojmowaną normalność wspólnoty oraz kapłana egzorcysty wobec najbardziej nawet zaciekłych i złośliwych gróźb szatana. Nie uważam się za osobę z natury szczególnie spokojną, ani megasilną wewnętrznie, ale okazało się, że gdy była potrzeba, to Bóg dał mi pełnię możliwości i wypełnił wszystkie moje braki kiedy Mu się powierzyłam na służbę. Zbudował moje poczucie bezpieczeństwa w Kościele, pokazał raz jeszcze wagę sakramentów i jedności. 

Wiem teraz, że nie ma takiego problemu, na który zabrakłoby pomysłu lub mocy w Kościele Świętym, bo jego głową jest żywy Bóg, silniejszy wielokroć niż krzykliwy, ale pusty diabeł. I to Bóg ma walczyć a nie ja. On zwycięża, a ja tylko/aż stoję za Jego plecami, staram się być jak najbliżej Niego, być z Nim, podziwiać Go, uwielbiać i kochać. Liczyć na Niego. I w pełni ufać. Nie ma tu miejsca na lęk przed szatanem, a jeśli w ogóle na jakąś obawę, to przed oddzieleniem się od Boga. Bo co może mi zrobić szatan? Postraszyć, pokrzyczeć, zniszczyć ciało, odebrać siłę i pozytywne emocje, utrudnić doczesne życie? Uderzyć mną o ścianę, wykrzyczeć przy innych ludziach moje najwstydliwsze grzechy, mszcząc się za to, że trzymam osobę opętaną za ręce i modlę się na różańcu? (Zresztą większym bólem jest chyba to, że popełniłam dany grzech a nie to, że ktoś się o nim dowie. Co mogę stracić – twarz, przyjaźnie, dobrą opinię?) Owszem, może, ale przecież tego, co najważniejsze nie ma mocy zabrać – życia wiecznego, duszy. Reszta przy tym to drobiazg, mimo że to cierpienie, ból i trud. W perspektywie wieczności można przecież jednak stracić cały świat, żeby zyskać Boga. Tym bardziej, że jeśli miałabym się bać działania szatana, to nie tego, co się rzuca w oczy i jest demonstracją, ale tego co sączy się trucizną niezauważenie, czyli właśnie grzechu. Jeśli popełniany przeze mnie grzech, zabijający moją duszę, nie napawa mnie przerażeniem, to dlaczego miałabym panikować widząc nieskrywane działanie szatana dotyczące sfer mniej ważnych? Przecież nie jestem wobec niego sama, tylko z moim Ojcem. W moje serce została wlana pewność, że jeśli sama nie odejdę, to nikt i nic mnie nie wyszarpie Panu Bogu z ręki. A nawet jeśli odejdę, to nigdy nie będę w tym na tyle skuteczna, żeby uniemożliwić Bogu sięgnięcie po mnie, walkę i odzyskanie mnie gdy tylko zawołam z serca.

Mówi się u nas żartobliwie, że opętanie i egzorcyzmy jest jak walka dwóch mafii. Z tym, że szatan to tylko płotka, nie ma w niej szans, choć kolaboracja z nim źle się kończy bo umie szkodzić. Nie warto z nim gadać. Ale nasz Ojciec jest silniejszy. Zawsze zwycięża. I paradoksalnie przez to, że widziałam działanie szatana, moja wiara w Boga i Jego miłość wzrosła. Na własnej skórze doświadczyłam, że nasz Bóg jest w stanie ze wszystkiego wyciągnąć dobro. I Jego chwale nic nie dorówna.

Ania