Posłuszeństwo

(221 - maj - czerwiec 2018)

z cyklu "Dzieła żyjącego Boga"

Boży plan, Boży dar

Agnieszka

Naturalne Planowanie Rodziny a Boże plany względem nas.

Jestem mamą piątki wspaniałych dzieci tu na ziemi, jednego w niebie, zastępczą mamą dla mojej siostry i żoną jednego męża.

Przyjmowanie potomstwa było oczywistym skutkiem podjęcia decyzji o założeniu rodziny. Ponieważ postanowiliśmy z mężem, że chcemy nacieszyć się najpierw sobą, stosowaliśmy NPR (Naturalne Planowanie Rodziny). Uczyliśmy się siebie, obserwacji swoich organizmów, szacunku do biologii naszych ciał. 

Po pół roku małżeństwa stwierdziliśmy, że chyba czas na dziecko. Urodziła się córeczka, trzy lata później syn. Wszyscy nam gratulowali parki i komentowali, że już wszystkie dzieci mamy w domu, no bo jest dziewczynka, jest chłopiec...

Dodam, że po każdym porodzie byłam namawiania przez ginekologa na antykoncepcję hormonalną lub wkładkę. O ile po pierwszym dziecku od razu powiedziałam nie dziękuję, to po drugim zaczęłam się zastanawiać, w końcu dwoje małych dzieci to już sporo roboty. Z pomocą przyszła moja chora już wtedy mama „nie truj dziecka” – powiedziała. Zaczęłam czytać wszystko o antykoncepcji hormonalnej w czasie karmienia piersią i nie znalazłam nic o tym, jak te hormony, które przyjmę, będą działały na dziecko. Absolutnie nic. A jeśli trwale zaburzą jego układ hormonalny? Zaufałam Bogu i sobie, i wróciłam do NPR.

 Dzieci rosły i znów po ponad dwóch latach zaszłam w ciążę. Oboje z mężem poczuliśmy, że stajemy się dużą rodziną. Jednak tym razem miało być inaczej. Już na początku ciąży okazało się, że w moim organizmie jest wirus cytomegalii i dziecko prawdopodobnie zostanie przez ten wirus zniszczone i umrze. Wiele łez i modlitw do następnego badania i okazało się, że dziecko się rozwija. I nowa informacja, że takie wirusy w czasie ciąży uszkadzają wzrok lub słuch dziecka, czyli mam się nastawić, że dziecko będzie niepełnosprawne. Każdego, kogo spotkałam, prosiłam o modlitwę. Po jakimś czasie zadzwoniła do mnie koleżanka i powiedziała, że jej znajoma była w Santiago de Compostela i na kolanach szła do cudownej figurki w intencji zdrowia mojego dziecka. Płakałam ze wzruszenia, że obca mi osoba z takim poświęceniem modliła się za moje dziecko. Od tej pory byłam spokojniejsza, jednak w trzecim trymestrze okazało się, że mam cholestazę ciążową i dziecko przebywa w środowisku nieoczyszczonym z toksyn. Mąż został z dwójką małych dzieci w domu a ja trafiłam na patologię ciąży pod kroplówki aż do rozwiązania. Nie pamiętam, ile różańców odmówiłam. W każdej chwili czułam Bożą obecność. Urodziłam córeczkę, była zdrowa. Uważam, że Bóg uczynił w naszym życiu cud. 

Trzy miesiące po jej urodzeniu staliśmy się rodziną zastępczą dla mojej dwunastoletniej siostry po śmierci mamy. Mieliśmy zatem nagle czworo dzieci!

Byliśmy jeszcze przed trzydziestką! Wtedy zrozumiałam, że w pełni odpowiadamy na pytanie zadane nam w czasie ślubu „Czy chcecie przyjąć i po katolicku wychować dzieci, którymi Bóg was obdarzy?”. Przecież PRZYJĄĆ to nie tylko zrodzić.

Taką rodzinę stanowiliśmy przez pięć następnych lat. Siostra osiągnęła pełnoletniość, a wszystkie nasze dzieci poszły do szkoły i wtedy postanowiliśmy, że chcemy mieć dziecko. W ciążę zaszłam bez problemu, ale od początku plamiłam i niestety straciłam to dziecko. Mam nadzieję, że Franio jest z moją mamą w niebie i kiedy umrę, przybiegnie mnie uściskać.

Kiedy tylko moje ciało wróciło do normy po poronieniu, zaszłam w ciążę i urodziłam córeczkę. Można powiedzieć, że byłam spełniona jako matka. Wtedy do akcji wkroczył nasz jedyny syn, który oznajmił, że bardzo chciałby mieć brata.

Poinformowałam go, że nie widzę takiej możliwości, ponieważ mogę urodzić jeszcze kilkoro dzieci i mogą to być same siostry, ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych i zawsze może się o brata modlić. Dodam, że szybko zapomniałam o sprawie, bo tak jak wcześniej napisałam nie planowaliśmy już powiększenia rodziny. Dwa miesiące później byłam w ciąży i po dziewięciu miesiącach urodził się upragniony brat. Syn krzyczał: „Dzięki Ci Boże!” i nadał imię bratu.

I tu jest miejsce na odpowiedź dla wszystkich osób, które uważają, że NPR to taka sama metoda antykoncepcyjna jak inne. Otóż mogę to z całą pewnością stwierdzić, że Bóg szanuje naszą koncepcję na rodzinę, ale czasem wprowadza do niej modyfikację. Bo NPR w żaden sposób nie czyni nas „niepłodnymi”. A my w zaufaniu do Boga godzimy się na to, że może wejść w nasze życie, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Dziś jesteśmy dużą, ale szczęśliwą rodziną. Niczego nam nie brakuje, wręcz przeciwnie wszystkiego mamy za dużo. Możemy dzielić się z innymi i działać charytatywnie. 

Jesteśmy wdzięczni Bogu za Jego ingerencję w nasze życie i staramy się odpowiadać dobrem za dobro, które otrzymujemy.