Diakonia

(178 - kwiecień 2011)

Być darem

Joanna Ślusarek

Jak we współczesnym świecie wychowywać, formować do postawy służby, do świadomego przeżywania własnego życia jako daru dla Boga i ludzi

 

„Maryjo, Niepokalana Jutrzenko Wolności (…) wyzwól mnie, upraszając moc do zwyciężania egoizmu w przyjmowaniu krzyża i do życia dla Światła, dla Boga i braci przez bezinteresowna służbę i miłość.”

Dar z siebie. Bezinteresowna służba i miłość. Ofiara z siebie. Hasła, które między innymi dzięki formacji Ruchu Światło-Życie stają się rzeczywistością i sposobem bycia nie tylko dla członków Ruchu, ale również dla tych, którzy z Oazą zetknęli się przelotnie, na jakimś konkretnym etapie swojego życia i rozwoju.

Z drugiej jednak strony coraz bardziej we wspólnotach borykamy się z problemem skupienia ludzi na sobie, nie widzenia niczego poza czubkiem własnego nosa, nie mówiąc już o braku chęci poświęcenia własnego czasu czy dania czegoś innym bez oczekiwań i chęci odpłaty. Często także my sami łapiemy się na takiej postawie dawania tylko z tego co mi zbywa, a że na nadmiar czasu narzekać nie możemy, to i dla naszych wspólnot czy diakonii jest nas coraz mniej, coraz płycej i bardziej okazyjnie.

Rodzi się zatem pytanie, jak we współczesnym świecie wychowywać, formować do postawy służby, do świadomego przeżywania własnego życia jako daru dla Boga i ludzi. Jak uczyć siebie i innych postawy: „Służę więc jestem”.

Na początku przypomina mi się pewna historia. Miała ona miejsce ponad 10 lat temu. Oaza rekolekcyjna zerowego stopnia. Jeden z pierwszych dni. Wspólne śniadanie, podczas którego grupa chłopców obsługiwała poszczególne stoły. Wśród nich jeden, który na trwałe zapisał się w naszej animatorskiej pamięci: z naburmuszoną miną, obrażonym na cały świat spojrzeniem, nalewał chętnym do kubków kakao. Bunt, jaki się wtedy w nim rodził, miał u swego źródła jedno zasadnicze pytanie: „Dlaczego JA?!” On, który w domu zawsze był obsługiwany, nie musiał nawet łóżka sam ścielić, bo robiła to za niego mama, on teraz ma innym usługiwać, ma podawać, nalewać i do tego jeszcze sam nie może spokojnie zjeść! Długo nie mieściło się to w jego młodzieńczym sercu.

Wtedy patrzyliśmy na niego z pewnym zdumieniem. Wśród wszystkich uczestników był przypadkiem zupełnie odosobnionym. Dziś niestety nie był by jedyny. Patrząc na zmiany, jakie dokonały się w naszym kraju i w ludzkiej mentalności obawiam się, że takich przypadków możemy napotkać coraz więcej.

Nie raz podczas spotkań animatorów stawialiśmy sobie takie bądź podobne pytania. Jak obudzić w naszych uczestnikach ducha służby. Jak przekazać im to co ważne i zapalić do wprowadzania tego w życie, nie tylko w aspekcie wiary i duchowości, ale także odnośnie relacji i życia wspólnotowego, społecznego. Jak formować i prowadzić do odkrycia tego szczególnego rodzaju miłości, dzięki któremu nie tylko z uśmiechem nalejemy innym herbaty, ale także podejmiemy się zadań, które będą wymagały realnego trudu i poświęcenia.

Nie usuwać trudności

Generalnie w życiu im prościej tym trudniej. Wielu psychologów oraz świadomych i odpowiedzialnych rodziców dokonuje otwartej krytyki tzw. bezstresowego wychowania. Ten system „wychowawczy” w dużym uproszczeniu polega nie tylko na naiwnej cierpliwości wobec dziecka i tolerowaniu wszystkich jego zachowań, ale również na usuwaniu ze wszystkich przestrzeni życia dziecka trudności i sytuacji stresujących, by jego życie stanowiło istną sielankę i zbiór maksymalnej ilości pozytywnych doznań. Niwelowanie trudności życiowych, omijanie problematycznych tematów, eliminowanie wymagań czy sytuacji dających poczucie stresu powoduje, że młody człowiek nie nabiera tak potrzebnej i zdrowej życiowej odporności i zostaje ukształtowany jako emocjonalna kaleka, która nie radzi sobie z wymaganiami dorosłego życia.

Podobnie animator wyręczający swoich uczestników i stale łatający osobowe dziury w posługach pełnionych na rzecz parafii czy wspólnoty, tak naprawdę krzywdzi swoich uczestników. Każdy z nich zostaje postawiony na naszej drodze w sposób celowy i zamierzony przez Boga. Mamy być dla nich tymi, którzy pociągną ich do wzrostu, którzy pomogą im się rozwijać. I to nie tylko duchowo! Warto w tym momencie pamiętać, że relacje które budujemy ze swoimi uczestnikami nie powinny dotyczyć jedynie spraw wspólnotowo-formacyjnych. Odpowiedzialność za grupę, za powierzone nam osoby, nie ogranicza się tylko do spotkań czy dopilnowania posług, które mamy wykonać.

Wspierać a nie wyręczać

Odpowiadać za innych to „znać ich po imieniu”, to spotykać się z nimi w ich codzienności, dzielić radości i smutki – po prostu przyjaźnić się ze swoją grupą, wiedzieć czym żyją i co przeżywają. Pamiętam przykład animatora w mojej wspólnocie, który w ramach odpowiedzialności i troski o swoich uczestników „sprawdzał” im zawsze oceny semestralne i wspólnie z grupą zastanawiał się, które z nich będą oni w stanie poprawić na przyszłe półrocze. Zastanawiali się również w czym mogą sobie nawzajem pomóc – coś wytłumaczyć, nad czymś wspólnie popracować, wykorzystując talenty, zdolności i umiejętności, którymi zostali obdarzeni. Wspomniany przeze mnie animator wspólnie z grupą świętował również wszystkie sukcesy, które udało się im osiągnąć, cieszył się każdą drobną rzeczą i wspierał w trudnościach i niepowodzeniach, które przeżywali. Tak „prowadzona” grupa nie tylko nawiązała ze sobą prawdziwie przyjacielskie relacje, ale w ten sposób została również bardzo dobrze przygotowana do prawdziwej odpowiedzialności za innych, za powierzoną im wspólnotę. Do tej pory służą innymi tym co sami otrzymali, dzieląc się sobą i swoim czasem hojnie i radośnie.

Ma to również wymierne przełożenie na całą wspólnotę, która ewangelizowała całkiem zwyczajnie – wzajemną życzliwością i otwartością. Stała się miejscem, do którego warto było zaprosić znajomych, gdzie wzajemne relacje były magnesem przyciągającym wciąż nowe osoby.

Nie opierać się na autorytetach, ale być autorytetem

Zapewne wiele już razy słyszeliśmy, że współczesny człowiek bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli. Potrzebuje ludzi, którzy z całą odpowiedzialnością podejmą swoje życiowe zadania i w ten sposób zarażą innych własnym przykładem i zaangażowaniem.

Z pewnością nie będzie dobrym animatorem ten kto wysyła grupę do posług, a sam palcem nie kiwnie by podjąć trud wspólnej pracy. Dopiero wtedy dane zadanie jest „dowartościowane” w oczach uczestnika, gdy animator – ten, który mnie prowadzi, za mnie odpowiada, staje ze mną ramię w ramię nie tylko we „wzniosłych” posługach liturgicznych, ale przy zlewie by pozmywać po obiedzie czy idzie czyścić toalety, bo akurat takie zadanie staje danego dnia przed naszą grupą.

Pamiętam że z zachwytem i zdumieniem obserwowaliśmy kiedyś na III stopniu ONŻ, jak niezwykły szacunek i sympatia rodziła się w już praktycznie dorosłych uczestnikach, gdy ksiądz moderator, w miarę możliwości, w ramach swojego wolnego czasu po obiedzie, zdejmował sutannę, zakasywał rękawy i stawał przy zlewie by pomóc przy zmywaniu naczyń. Pękało wtedy wiele barier, dochodziło do wielu głębokich rozmów, do rozwiązywania rodzących się dylematów i dawało to niezwykłą przestrzeń do stawiania, już bardziej osobiście ważnych i życiowych pytań. Przy okazji okazało się, że najtrudniejsze tematy rekolekcyjne, związane z Krucjatą Wyzwolenia Człowieka, z rozeznawaniem swojego powołania czy podejmowaniem najważniejszych życiowych decyzji, które często wywołują różne emocje wśród uczestników, w tej grupie nie stanowiły już takiego problemu, a różne uwagi zwracane przez moderatora przyjmowane były z życzliwością i większym zrozumieniem, nie jako wytykanie błędów, ale troskliwa pomoc bym się rozwijał i wzrastał.

Obudzić wdzięczność

Wdzięczne serce człowieka to wyraz szlachectwa duchowego. Umiejętność dostrzegania dobra u innych i doceniania go przez dawanie im czytelnych komunikatów jest niezwykle motywujące i otwierające nie tylko w procesie formowania młodego człowieka, ale też w każdej relacji międzyludzkiej. Staje się to naturalną motywacją do podjęcia kolejnej aktywności, do starania się jeszcze bardziej i więcej. Jest też bardzo twórcze, bo otwiera serce człowieka na nowe możliwości i przestrzenie bycia dla innych. To co jest jednak bardzo ważnym elementem takiego pozytywnego wzmacniania to prawda i konkret. Dostrzegamy realne dobro, które się dokonało i doceniamy trud włożony w daną pracę. Dziękowanie i chwalenie za nic, bądź za niewiele znaczące drobiazgi, ma w procesie wychowania działanie demotywujące i osłabiające. Nie rozwija a zniechęca, nie pobudza twórczości a zamyka i rozleniwia, bo skoro chwalą mnie za nic, to po co się starać, po co wkładać wysiłek w coś co przychodzi zbyt łatwo.

Z perspektywy nauczyciela obserwuję bardzo często jak pozytywne wzmocnienia, pochwalenie za staranie i włożony wysiłek, wywołanie na forum klasy czy szkoły sprawia, że uczniom niemal wyrastają skrzydła u ramion. Jak dużo chętniej i owocniej wtedy pracują, jak mają większą motywację do podejmowania trudniejszych zadań, a przede wszystkim jak są bardziej wyczuleni i wrażliwi na kolejne okazje do bycia pomocnym i uczynnym. Dobro procentuje i wydaje często niespodziewane owoce.

Płynąć pod prąd!

Trud wychowania i formowania niewątpliwie staje w opozycji do współczesnego świata. Wszechobecna zgoda na łatwe i przyjemne życie bez odpowiedzialności i zobowiązań utrudnia zadanie wychowywania do dojrzałości i pełni człowieczeństwa. Dużo łatwiej „mieć” niż „być”.

Ale my, choć jesteśmy z tego świata, mamy mieć oczy utkwione w Niebo. Podejmując odpowiedzialność za powierzonych nam młodych, za ich formację, rozwój i wzrastanie, sami nieustannie wpatrujmy się w Jezusa, by ich do Niego prowadzić i w Nim rozkochać.

Tylko wtedy podejmowana przez nas służba będzie prawdziwie wyrazem miłości. I tylko wtedy będzie ona wezwaniem i motywacją dla innych do bycia darem i podejmowania bezinteresownej służby, a życie codzienne stanie się realizacją słów Chrystusa: Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25, 40)