Budować szczęśliwą rodzinę

(128 - luty - marzec 2004)

Chrystus Sługa

Ks. Tomasz Opaliński

Chleb życia

Zazwyczaj wchodząc do jakiegokolwiek kościoła czy kaplicy szukamy wzrokiem tabernakulum. W kaplicy Chrystusa Sługi również tabernakulum ma wymiar znaku. Wiele przylegających do siebie mosiężnych walców różnej wysokości tworzy koło. Są jak złote ziarna, połączone w duży, okrągły bochen chleba. Swoisty komentarz do niego stanowi napis „zoe” — „życie”, dla przejrzystości znaku występujący samodzielnie, oddzielnie od „fos”. Chleb życia. Tu jest Jezus. Ten, który powiedział o Sobie: „Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie” (J 6,35). My również mamy być jak chleb. Św. brat Albert Chmielowski mówił: „trzeba być dobrym jak chleb, który leży na stole, z którego każdy może ukroić kromkę dla siebie”. To jest postawa służby — być dla ludzi jak chleb.
Ale znak chleba to jeszcze więcej: trzeba tylko sięgnąć po poprzedzający „Hymn o miłości” fragment z listu św. Pawła do Koryntian, ukazujący Kościół jako ciało Chrystusa — właśnie w odniesieniu do chleba. „Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba” (1 Kor 10,16b–17). Nieco dalej św. Paweł dokładniej „rozpisuje” tę metaforę, pokazując w niej właśnie wezwanie do służenia we wspólnocie — każdy tym darem, jaki otrzymał — i do miłości braterskiej, bez której jesteśmy tylko „brzmiącym cymbałem”. A zatem, podobnie jak różne są ziarna, które łączą się przez zmielenie, zmieszanie z wodą i wypieczenie w ogniu, tak różni jesteśmy my, tworzący Kościół. Cóż zaś może lepiej ukazać konieczną do służby pokorę, która każe ogołocić się z samego siebie i ogień Ducha Świętego, który jedyny może sprawić, że ludzie tak różni mogą stanowić jeden organizm — Kościół?
„Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Wszystkim zaś objawia się Duch dla [wspólnego] dobra. […] Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami” (1 Kor 12,4–7.27). Kiedy patrzymy tak na Kościół i na nas w tym Kościele, trudno użyć innego słowa na określenie naszej roli i istoty naszego bycia w nim, niż służba, pokorna służba wypływająca z miłości.
Warto jeszcze dostrzec wieczną lampkę. Ona też mówi o służbie. W wielu kościołach zastąpiło ją elektryczne światełko. Jest wygodniejsze. Tu od zawsze wieczna lampka jest oliwna — tak, jak nakazują przepisy Kościoła. I nie jest to upieranie się przy nikomu niepotrzebnej tradycji czy jakaś moda na staroświeckość. Z jednej strony jest to znak stałej, żywej obecności Jezusa — tego, o którym Symeon powiedział: „światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2,32). Ale stała konieczność dbania o nie, pamiętania, uzupełniania oliwy przywodzi na myśl przypowieść o pannach mądrych i głupich (Mt 25,1–13) z jej zakończeniem: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. Sługa nie może być głupi. Musi być czujny. Musi czuwać. To też należy do przymiotów koniecznych słudze: musi być przewidującym i wrażliwym, dostrzegać potrzeby innych.
Kiedy wychodzimy z kaplicy Chrystusa Sługi, żegna nas jeszcze jeden witraż. Znak „fos–zoe”, „światło–życie” i rozchodzące się od niego promienie. Ten znak to posłanie do służenia innym. Najpierw musimy dbać o to, by nasze życie było podporządkowane światłu. By stanowiło z nim nierozerwalną całość. Ale ono nie może pozostać zamknięte dla siebie. Musi promieniować, musi świecić innym. Jezus mówi: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,14–16).
Mamy charyzmat „światło–życie”, ale mamy go nie dla siebie. Mamy go po to, by służyć innym. Musimy więc pytać, czy go nie zaniedbujemy. Czy nie zaniedbujemy daru, którym mamy służyć. Czy nie zaniedbujemy się jako słudzy. Musimy pamiętać o przestrodze Jezusa: „Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Mt 12,47–49).