Ku dojrzałości w wierze

(153 -wrzesień -październik2007)

Ciemna noc

Jan Halbersztat

Co byś zrobił mając świadomość, że już zawsze będzie ciężko i pod górkę? Że zawsze już będziesz musiał zmagać się ze zniechęceniem, z brakiem poczucia Bożej obecności, z duchowym chłodem, z pustką w sercu?
Na początku jest zachwyt.

Spotykasz Chrystusa i nagle cały świat wygląda zupełnie inaczej. Patrzysz Mu w oczy - i nagle rozumiesz, po co żyjesz, wiesz kim jesteś i skąd przychodzisz, wiesz dokąd zmierzasz.

Zmieniasz się. Czasami zmieniasz się tak diametralnie, że twoi bliscy są wręcz zaniepokojeni. „Co się z nim dzieje? Zakochał się, czy jak?”

A ty masz ochotę odpowiadać jak święty Franciszek - tak, jestem zakochany! Zakochany w samej Miłości!

Te pierwsze kroki z Chrystusem - czy raczej pierwsze świadome kroki z Chrystusem - to czas rzeczywiście przypominający zakochanie. Wydaje ci się, że unosisz się nad ziemią, że jesteś w stanie - idąc pod rękę z Przyjacielem - pokonać każdą przeszkodę, że żaden problem i żadne cierpienie nie jest w stanie oderwać cię od twojej Miłości. Chcesz dzielić się nią z bliskimi, chcesz dać wszystkim szczęście, którego doświadczasz.

     Piękny czas... Czas potrzebny, czas umacniania więzi, czas przylgnięcia do Pana i do Jego dróg. Ale - o czym w ferworze uniesień łatwo zapomnieć - czas dosyć krótki. To rzeczywiście tak jak z zakochaniem - ile czasu można w końcu „fruwać metr nad ziemią”? Rok? Dwa lata?

Po jakimś czasie przychodzi uspokojenie. Emocje nieco opadają, robi się spokojniej, mniej zachwytu - więcej codziennych, serdecznych relacji. Jest spokojna radość, ufne zawierzenie, pragnienie zgłębiania Jego spraw i  umacniania relacji. Już nie zakochanie, ale po prostu miłość.

Każda miłość ma swoje wzloty i upadki, ma lepsze i gorsze dni. To tak, jak w małżeństwie: są chwile radości i chwile cierpienia, są romantyczne wieczory we dwoje i męczące dni dźwigania pod górkę swojego życiowego plecaka. Są momenty, kiedy chciałbyś jak Faust wołać „Chwilo, trwaj!” - i takie, które wolałbyś jak najszybciej wyrzucić z pamięci.

Ale to dobry czas. Czujesz się szczęśliwy, wiesz, czego chcesz i masz świadomość, że Twój Pan i Przyjaciel jest przy tobie - tak w chwilach dobrych, jak i złych.

Bo w życiu muszą być chwile dobre i złe. Wielu świętych doświadczało takich duchowych wzlotów i upadków. Święty Ignacy Loyola, genialny założyciel zakonu jezuitów, w XVI w. sformułował zasady życia duchowego łącząc właściwą sobie wojskową precyzję i wiedzę o człowieku, której nie powstydziliby się współcześni psychologowie. Ignacy pisał miedzy innymi o „strapieniu” i „pocieszeniu”. Czas „pocieszenia” - mówiąc w dużym skrócie - to czas spokoju, radości, pewności, poczucia obecności Bożej. Ignacy pisze:

Nazywam pocieszeniem taki stan duszy, kiedy powstaje w niej poruszenie wewnętrzne, dzięki któremu zaczyna dusza rozpłomieniać się miłością ku swemu Stwórcy i Panu; dalej, kiedy dusza nie może kochać żadnej rzeczy stworzonej na ziemi dla niej samej, ale tylko w Stwórcy wszystkich stworzeń.

Z kolei czas „strapienia” - czyli braku pocieszenia - to okres, kiedy tych uczuć nam brakuje, kiedy czujemy się zmęczeni, zniechęceni, ogrania nas zwątpienie a Bóg wydaje się daleki i zimny. Ignacy pisze:

Nazywam strapieniem wszystko to, co jest przeciwne trzeciej regule (o pocieszeniu), a więc zaciemnienie i zaniepokojenie duszy, poruszenie ku rzeczom niskim i ziemskim, niepokój płynący z różnych poruszeń i pokus, a skłaniający do nieufności - bez nadziei i miłości; dusza czuje się wtedy cała gnuśna, oziębła i smutna, i jakby odłączona od swego Stwórcy i Pana.

Ignacy instruuje także swoich uczniów, jak powinien zachowywać się człowiek w okresie strapienia, a jak w okresie pocieszenia. Mówi na przykład:

     ...podczas strapienia nie wprowadzać żadnych zmian, lecz trwać w postanowieniach i decyzjach podjętych w dniu poprzedzającym takie strapienie albo w decyzjach, które podjęto podczas poprzedniej pociechy. Podczas pociechy bowiem bardziej prowadzi nas dobry duch i przez rady swoje nami kieruje, a podczas strapienia zły [duch]. Słuchając jego rad nie możemy obrać słusznej drogi.

Czas strapienia i czas pocieszenia. Duchowa sinusoida, którą wszyscy dobrze znamy. Zwykła, codzienna droga wiary, daleka może od uniesień i zachwytu pierwszych świadomych spotkań z Chrystusem, ale w gruncie rzeczy dobra i piękna, tak jak życie małżeńskie - choć nie zawiera na co dzień intensywności pierwszego zakochania - jest czasem szczęśliwym i dobrym, nawet kiedy weźmiemy pod uwagę trudniejsze dni.

A zatem: najpierw jest zachwyt. Potem zachwyt się wycisza i przychodzi normalność. Raz jest lepiej, raz gorzej, raz droga i boku Chrystusa wydaje nam się lekka i cudowna (wtedy, kiedy oddajemy Mu nasze życie), kiedy indziej - mozolna i pod górkę (najczęściej wtedy, kiedy staramy się „być mądrzejsi”, kiedy ulegamy grzechowi, kiedy na siłę staramy się realizować własne pomysły na życie). Błogosławieństwo tego duchowego rytmu polega także na tym, że „wiemy, co nas czeka”. Że kiedy nasza dusza „fruwa” i raduje się bliskością Boga - mamy świadomość, że nie zawsze tak będzie. Ale też - że kiedy jest nam duchowo ciężko i źle, kiedy cały świat wydaje się pusty, możemy pocieszać się tym, że to przecież minie. Że po nocy zawsze przychodzi dzień, bo burzy znowu widać słońce, po zimie musi nastąpić wiosna.

***

A co by było, gdyby dzień nie wstał?

***

Co by było, gdyby nagle okazało się, że ta noc nie ma końca? Że będzie trwała wiecznie? Że nieprzyjaciel - jak we „Władcy Pierścieni” - zasnuł niebo dymem zła tak, że słońce nie rozświetli już mroków?

Co byś zrobił mając świadomość, że już zawsze będzie ciężko i pod górkę? Że zawsze już będziesz musiał zmagać się ze zniechęceniem, z brakiem poczucia Bożej obecności, z duchowym chłodem, z pustką w sercu? Że już zawsze modlitwa czy Eucharystia będą (na poziomie uczuć) ciężkim obowiązkiem, a nie radością? Że już do końca będziesz musiał walczyć z pokusą grzechu, nie mając za grosz satysfakcji ze zwycięstwa? Że miejsce radości wiary i poczucia bliskości Boga zajęła pustka - i że ta pustka wcale nie zniknie jutro, pojutrze ani za rok?

Wielu świętych przeżywało taki czas. Czas beznadziei, poczucia opuszczenia, duchowego zimna, pustyni wiary. Czas, kiedy wszechogarniająca świadomość pustki i oddalenia od Boga jest tak silna, że człowiek (znowu - mówimy o poziomie uczuć i emocji) po prostu nie wierzy już w to, że kiedykolwiek może być inaczej.

Nie, nie chodzi - mówiąc językiem Ignacego - o „nieco dłużej trwające strapienie”. Chodzi o stan, który może trwać miesiącami, latami, a nawet do końca życia. Porównanie go ze „zwykłym” strapieniem to jak porównanie chwilowego złego nastroju do ciężkiej, klinicznej depresji.

Wielu świętych przeżywało taki czas, wielu też o nim pisało. Dzięki nim wiemy, że nie jesteśmy sami w naszych cierpieniach, że inni także przed nami szli taką drogą. Wielu dzieliło się swoimi doświadczeniami, wielu także pisało, że ten czas - choć potwornie trudny, choć bolesny i mozolny - może być (co za paradoks!) czasem niezwykłego zbliżenia się do Chrystusa. Tak, właśnie zbliżenia - choć nasze uczucia próbują nam wmówić, że nigdy jeszcze Chrystus nie był tak daleko...

Nikt chyba nie opisał tego doświadczenia tak głęboko - i tak wymownie - jak święty Jan od Krzyża. Tytuł jego poematu - „Ciemna noc duszy” - stał się wręcz synonimem tego czasu duchowego cierpienia i poczucia osamotnienia.

Nie śmiałbym tu analizować słów doktora Kościoła i jednego z najważniejszych tekstów mistycznych w naszej historii. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na trzy aspekty tego, o czym pisze Jan od Krzyża, na trzy myśli, które każą zupełnie inaczej spoglądać na „noc ciemną”.

Po pierwsze - wielki mistyk pisze jednoznacznie o tym, kiedy w życiu człowieka czas taki może nastąpić:

W tę ciemną noc zaczynają wstępować dusze wtedy, gdy Bóg wyprowadza je ze stanu początkujących. Dzieje się to wówczas, gdy dusze rozmyślające już na drodze życia duchowego zaczyna Bóg podnosić do stanu doskonałych, czyli do zjednoczenia duszy z Bogiem.

„Gdy Bóg wyprowadza je ze stanu początkujących”. Kiedy byliśmy na etapie „duchowych dzieci”, zapewne nie znieślibyśmy takiego doświadczenia. Zapewne odpadlibyśmy od Chrystusa, zerwali ścisłe więzi, jakie nas z Nim łączą. A przecież Bóg nigdy nie daje nam ciężarów ponad nasze siły. Jeśli zatem nakłada na nasze barki taki ciężar - czy też dopuszcza jego obecność - to tylko wtedy, kiedy jesteśmy w stanie go dźwigać.

Życie duchowe to droga. Kto na tej drodze przystaje - już zaczyna się cofać. Nie możemy całe życie być „początkującymi” w relacjach z Bogiem - tak samo, jak nie da się całego życia spędzić w stanie zakochania w drugim człowieku. Albo zakochanie przerodzi się w prawdziwą miłość (ze wszystkimi jej konsekwencjami, tymi radosnymi i tymi trudnymi), albo wygaśnie. Trudności i strapienia nie oznaczają wygaśnięcia miłości - oznaczają jedynie przejście na następy jej etap. A „noc ciemna” to etap jeszcze głębszego zaangażowania, głębi miłości dla której najważniejsze jest dążenie do jedności z Ukochanym - nawet za cenę cierpienia.

Po drugie - Jan od Krzyża wyjaśnia nam dlaczego (czy raczej: po co) człowiek przeżywa takie doświadczenie, czemu ono ma służyć.

Oddajmy głos Janowi:

Matka bowiem, tuląc do piersi maleńkie dziecię, ogrzewa je swym ciepłem, karmi mlekiem - lekkim i słodkim pokarmem. Pieści je również i nosi na swych rękach. Gdy jednak dziecię dorasta, umniejsza matka pieszczoty, ukrywa swoją czułą miłość, a słodki pokarm zaprawia goryczą. Nie nosi już dziecka na rękach, lecz każe mu stąpać własnymi nóżkami, aby powoli wyzbyło się słabości i zabierało do rzeczy większych i istotniejszych.

Łaska Boża, jak czuła matka, czyni to samo z duszą, gdy ją już odrodzi gorącością i zapałem w służbie Bożej.

A więc „noc duchowa” ma służyć naszemu rozwojowi, wzrostowi, doskonaleniu. Oczywiście - co bardzo ważne - nie możemy rozumieć tego „rozwoju” i „doskonalenia” na sposób czysto naturalny: nie chodzi o to, żebyśmy stawali się w sensie abstrakcyjnym „doskonalsi”, ale abyśmy byli coraz bliżej Chrystusa.

Fascynująca jest lista „niedoskonałości duchowych” wymieniana przez Jana. Pisze on o niecierpliwości, o nieczystości, pysze, gniewie - ale także o „łakom-stwie duchowym”, które nie pozwala „początkującym” pogłębiać relacji z Chrystusem. Pisze o działaniu złego ducha, który robi, co może, aby „początkujących” z tej drogi zawrócić. Jeśli „początkującemu” udaje się te przeszkody pokonywać, to tylko dzięki działaniu Bożej łaski. Także dzięki takim doświadczeniom, jak „ciemna noc duszy”, kiedy wszystkie „dodatki” - miłe, ale mogące zasłaniać samego Boga - zostają mu odebrane.

To bardzo ważna myśl - „noc ciemna” jest czasem szczególnie danym nam przez Boga dla naszego dobra, dla pogłębiania więzi, dla umocnienia miłości, dla oczyszczenia (to bardzo ważne słowo, klucz do mistyki Jana od Krzyża) naszego serca.

     A więc nie mamy do czynienia z jakimś bogiem-sadystą, który cieszy się naszym cierpieniem. Nie mamy także do czynienia z bogiem nieczułym, odległym, którego nasze cierpienie nie obchodzi. Postępujemy w relacji z Bogiem, który jest Miłością i który nie robi nic - nic! - co nie byłoby dla nas dobre.

***

Ale jest coś jeszcze. Jest u Jana od Krzyża myśl, która dawno temu wydała mi się niemal absurdalna - i która nadal (choć dziś na poziomie intelektualnym lepiej ją rozumiem) wywołuje we mnie coś w rodzaju buntu.

Bo Jan, pisząc o tym doświadczeniu duchowym, porównuje je do miłosnej nocy męża i żony, do rozkoszy prowadzącej do pełnego zjednoczenia. I personifikuje tę noc, zwracając się do niej z emfazą:

„O nocy któraś prowadziła, o nocy milsza niż świtanie...”.

„Milsza, niż świtanie”?!

Jestem w stanie zrozumieć, że cierpienie może mnie uszlachetniać i zbliżać do Boga. Że poprzez takie doświadczenia Bóg oczyszcza moje serce, dzięki czemu jest na Niego bardziej otwarte. Że On dopuszcza moje cierpienie, aby ostatecznie przygarnąć mnie do serca i zanurzyć w swojej miłości.

Ale kiedy cierpię - chcę, aby cierpienie się skończyło. Kiedy brnę przez ciemność - żyję nadzieją na światło, na nowy poranek, na nowe życie (choćby miało ono na mnie czekać dopiero „po Tamtej Stronie”). Mogę znieść cierpienie, mogę (choć to chyba jeszcze nie mój poziom rozwoju duchowego) zaakceptować je - ale jednak idąc przez noc czekam na świt. Czekam tym bardziej, im noc jest ciemniejsza.

A jednak - słowa Jana od Krzyża przewracają do góry nogami moje rozumienie cierpienia i Bożej miłości: „...nocy milsza niż świtanie”.

Bo dla kogoś, kto kocha, każdy sposób pogłębienia miłości i zbliżenia się do Ukochanego jest błogosławieństwem. Bo jeśli wiem, że cierpiąc zbliżam się do Tego, Kogo kocham - to jestem szczęśliwy. To niczego więcej mi nie trzeba.

A więc noc jest konieczna. Bez niej nie ma świtu, bez niej nie ma prawdziwej miłości do Boga, prawdziwej więzi z Chrystusem. A więc „noc duchowa” nie jest „złem koniecznym”, które trzeba jakoś znieść - jest esencją relacji z Ukochanym, rzeczywistością, która tę relację buduje.

A więc Krzyż nie jest tylko przykrym etapem na drodze do zmartwychwstania. Jest esencją Miłości i samą miłością (choć rzeczywiście nabiera Sensu w kontekście zmartwychwstania).

Ciemna noc ducha to nie oddalenie się od Chrystusa, ani - tym bardziej! - oddalenie się Chrystusa od nas. To dar - fakt, że niezwykle trudny - dany nam właśnie po to, aby się do Chrystusa zbliżyć i wejść głębiej w Jego Miłość. Bo „...drogi moje nie są jako drogi wasze - mówi Pan”.