Sprawy ostateczne

(133 - listopad - grudzień 2004)

z cyklu "Skarbnica Kościoła"

Człowiek nauki i wiary

Marta Dalgiewicz

Odbywający się w latach 1962–65 Sobór Watykański II zgromadził wiele osób z całego serca troszczących się o rozwój Kościoła. Wystarczy wspomnieć, że samych ojców Soboru było 3058, w obradach uczestniczyło też ponad 450 ekspertów i 50 audytorów. Wśród tych ostatnich znalazł się jeden z najznamienitszych historyków filozofii w Polsce powojennej — Stefan Swieżawski (uczestniczył w ostatniej sesji Soboru).
Wiele lat później, na promocji książki „Rozmowy na koniec wieku”, Profesor wspominał: „To, co jest najważniejsze z tego wieku, który ostatecznie świadomie przeżyłem prawie cały, pamiętam bowiem doskonale początek pierwszej wojny i wszystko to, co działo się później, to najważniejszy jest niewątpliwie II Sobór Watykański. Bez wątpienia jest to największe wydarzenie nie tylko, jakie ja przeżyłem, ale i dla naszego wieku, nie tylko dla Kościoła, ale dla całego świata”.
Dziś, po śmierci Profesora, którego pożegnaliśmy 18 maja br., te słowa może tym bardziej powinny stać się głośne. Zwłaszcza, że wciąż do pełnego zrozumienia Soboru i zrealizowania jego postanowień daleko. „Myślę, że Kościół tak długo nie będzie Kościołem soborowym, jak długo będzie chciał być Kościołem sukcesu. — powtarzał Stefan Swieżawski. — Kościół nie ma być Kościołem sukcesu, tylko Kościołem świadectwa. I jest zupełnie obojętne, czy ma się miliony wyznawców, czy jest ich tylko kilkudziesięciu. Istotą jest czystość świadectwa. I to jest najgłębsze przesłanie Soboru. Najważniejsza jest świętość, a wyrzeczenie się sukcesu jest niesłychanie trudne”.
Krytycyzm Swieżawskiego wobec sztywnych ram Kościoła hierarchicznego i powolnego wprowadzania zaleceń Vaticanum II wynikał z rzeczywistego, mającego swój początek w czasach młodości, umiłowania Kościoła, liturgii i modlitwy. Postrzegał Kościół głęboko teologicznie, widząc w nim wspólnotę Ludu Bożego, w której każdy ochrzczony ma do wypełnienia sobie właściwą misję wynikającą z darów i charyzmatów sakramentalnych. Sam jeszcze przed wojną uczestniczył w „Odrodzeniu”, prekursorze ruchów liturgicznych w Polsce, stąd widział i rozumiał siłę wspólnot odnowy Kościoła. Wzrost ich znaczenia postrzegał jako zaczyn przemiany soborowej i do końca pokładał wielką nadzieję w ruchach, gdzie świeccy, kapłani, rodziny i młodzi uczą się Kościoła jako wspólnoty wierzących i biorą odpowiedzialność za ewangelizację. Podkreślał, że „cały Kościół jest zagrożony klerykalizmem, nie tylko polski. Winę ponosi tutaj nie tylko duchowieństwo, ale także i świeccy. To jest skutek zrzucania na duchowieństwo całej odpowiedzialności za Kościół i to jest proces, który narastał już od średniowiecza”.
Udział w Soborze utwierdził Profesora w przekonaniu, że Kościół ma być wspólnotowy, służebny i otwarty. „Przesłanie Soboru musi owocować i to jest przesłanie na wiek XXI — czym jest Kościół” — powtarzał niezłomnie. Teraz my zostaliśmy z tym zadaniem u początku XXI wieku, czy wywiążemy się z niego na miarę profesora Swieżawskiego?
Warto jeszcze zaznaczyć, że Sobór Watykański II to dla prof. Swieżawskiego nie tylko wydarzenie ważne jako chrześcijanina, ale także jako człowieka nauki. Na zakończenie obrad, wraz z Jacquesem Maritainem, odebrał z rąk Papieża Pawła VI orędzie do intelektualistów. Orędzie to mówiło przede wszystkim: „Nie bójcie się stawiać śmiałych tez, nie bójcie się szukać, a jednocześnie do tych swoich poszukiwań używajcie — jak mówił Paweł VI — tajemniczej lampy wiary”.
Tak właśnie żył prof. Swieżawski — pasję naukową i zainteresowanie filozofią, szczególnie średniowieczną, łączył z niezwykle głęboką wiarą religijną i umiłowaniem Kościoła katolickiego. Był człowiekiem najgłębiej wierzącym w sposób zasadniczy, przenikający jego codzienność i myślenie o życiu, rodzinie, świecie.
Miał niezwykły dar słuchania z wielką uwagą każdego człowieka. Chociażby nie zgadzał się z czyimiś poglądami, zawsze uważnie wysłuchał i próbował nawiązać dialog, gotowy do zrewidowania swoich własnych przekonań i przemyśleń, jeśli czyjeś rozważania były bliższe prawdzie.
Ten znakomity filozof nigdy nie był wyalienowanym z życia „aka-demikiem”, wręcz przeciwnie, aż do ostatnich dni swojego długiego życia interesował się ludźmi, wydarzeniami i Kościołem. Prawie do ostatnich dni (a zmarł mając 97 lat) przyjmował studentów, doktorantów i profesorów na prywatnych seminariach i rozmowach w swoim mieszkaniu na ul. Wiślanej w Warszawie, zawsze chętny do rozmowy i otwarty na innych. Stał się dla wielu, poprzez swoją wierną prawdzie i konsekwentną postawę życia, niewątpliwym mistrzem zarówno intelektualnym, jak i religijnym.