Sługa Niepokalanej

(216 - lipiec - sierpień 2017)

Człowiek wielu imion

ks. Krzysztof Mierzejewski

W naszym mówieniu o Założycielu pojawiają się pewne określenia, które krótko, niejako hasłowo określają jego osobę

Prorok żywego Kościoła

Starotestamentalni prorocy byli przede wszystkich zasłuchani w słowo Jahwe. Dalej – byli przekazicielami tego słowa wobec narodu. W końcu – potrafili interpretować rzeczywistość w świetle tego słowa przewidując to, co może się wydarzyć. Wszystkie te cechy można bez wątpienia przypisać ks. Blachnickiemu. Wychodząc ze swojego zasłuchania w Boże słowo, zwłaszcza w codziennym Namiocie Spotkania potrafił on skutecznie zapalać tym słowem ludzkie serca, choć, jak wiemy jego przekaz akademicki nie był szczególnie atrakcyjny. Było w nim jednak coś, co nie pozwalało przejść obok niego obojętnie – autentyzm wiary, to, że bezgranicznie wierzył w słuszność swoich poczynań, że żył tak, jak nauczał. Był prorokiem i świadkiem zarazem. 

Szczególnie mocno uwidaczniał się ten zmysł prorocki wtedy, gdy mówił otaczającym go współpracownikom o sprawach, które często wymykały się ich możliwościom poznania i przewidywania. Świadkowie jego życia mówią, że miał przenikliwe spojrzenie, które nie pozwalało przejść obojętnie osobie, którą nim obdarzył, choć sam przyznawał, że nie zna się na ludziach. Ufał ludziom, choć wiedział, że niektórzy z nich go zawiodą. Wiedział jednak, że zaufanie jest potrzebne, żeby zbudować wspólnotę Kościoła żywego, która przetrwa jego samego, bo nie będzie oparta na kulcie jednostki. Ktoś powiedział, że 30 lat po jego śmierci Ruch wciąż jest na czasie, bo on był o wiele lat do przodu. 

Odważny wiarą

Same tylko perypetie Sługi Bożego z aparatem komunistycznego państwa pokazują go jako człowieka niezwykle odważnego. Można powiedzieć, że człowiekiem odważnym był od urodzenia. Tym niemniej to właśnie wiara sprawiła, że ta naturalna odwaga mogła przekroczyć czysto ludzkie ograniczenia i doprowadzić do postawy zawierzenia. 

Czy nigdy się nie bał? Pewnie takie ujęcie odwagi byłoby dość naiwne. Jego odwaga polegała na tym, że porywał się na rzeczy wielkie, bo wierzył w ich zasadność. Od zakupu domów bez pieniędzy, przez organizację rekolekcji dla tysięcy ludzi bez możliwości zapewnienia im koniecznego wyżywienia, po odesłanie dowodu osobistego komunistom w odpowiedzi na odmowę wydania paszportu. Był odważny wiarą także wtedy, gdy ta wiara poddawana była próbom. Jak choćby wtedy, gdy trafił do więzienia za działalność na niwie duszpasterstwa trzeźwości. Trzeba było być odważnym wiarą, żeby taki zbieg wydarzeń odczytać jako wezwanie do rekolekcji więziennych. 

Ks. Franciszek był odważny bo wierzył, ale też był odważny w swojej wierze, w swoim całkowitym zawierzeniu Bożej Opatrzności. Oddał się Bogu na przepadłe i to było jednocześnie wyrazem i źródłem jego odwagi.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".