Diakonia

(131 - lipiec - sierpień 2004)

Czy miłuję więcej?

Agnieszka Dzięgielewska

Posługa w diakonii jest czymś, co powinniśmy wypełniać całym swoim życiem, nie tylko na dniach wspólnoty i „ruchowych” spotkaniach, ale też w miejscu nauki czy w pracy zawodowej

Kiedy mówimy o diakonii jako pierwsza na myśl przychodzi nam grupa ludzi wykonujących konkretne zadanie w Ruchu, zajmujących się taką, a nie inną posługą. W dużych wspólnotach nie wszyscy dobrze się znają, czasami trudno sobie przypomnieć, która to Zosia, a który Tomek. Jednak członków diakonii zazwyczaj rozpoznaje się bez problemu. Czy jest to więc jakaś forma nobilitacji, bycia szczególnym członkiem Ruchu? Zaszczyt?
Posługa w diakonii niewątpliwie jest zaszczytem. Ale nie o zaszczyty przecież tu chodzi. A właściwie nie o zaszczyty w naszym ludzkim rozumieniu tego słowa. Szczególne wyróżnienie osób powołanych do diakonii polega na tym, że mogą służyć. Trochę to dla nas niepojęte, trudne do przyjęcia. Bo co to za zaszczyt, jeżeli mam służyć? Jakim wyróżnieniem jest pozwolenie na to, żeby pracować więcej niż inni, żeby mieć więcej kłopotów, mniej czasu dla siebie i jeszcze nierzadko dostawać za to po głowie?
Może łatwiej będzie to zrozumieć jeżeli spojrzymy na grecki źródłosłów słowa diakonia: diâ oznacza „poprzez, za pomocą”, a enkoneín – „być czynnym, pilnym”. Czyli diakonia to działanie poprzez bycie czynnym. Wynika z tego, że osoba posługująca w diakonii nie może się zatrzymać, bo będzie to zaprzeczeniem tego, czym ta diakonia jest. Nie może ustać w czynieniu dobra, w uczynkach miłosierdzia, w miłości względem braci. Nie może zatrzymać się na drodze własnej formacji, bo odłączona od źródła nie będzie w stanie przekazywać Życia dalej. Ciągle w biegu, w gotowości do niesienia pomocy tam, gdzie jest to potrzebne, do poświęcenia, aż po zaparcie się siebie i pójście tam, dokąd pójść nie chce.
Patrząc po ludzku taka postawa jest po pierwsze bardzo trudna, a po drugie niezrozumiała. Ktoś, kto postępuje w ten sposób jest głupcem, w najlepszym wypadku nieszkodliwym wariatem. Bardzo często ktoś, kto żyje duchem diakonii traktowany jest trochę jak przybysz z obcej planety (czyż jednak nie jesteśmy „nie z tego świata”?) – zarówno przez osoby z Ruchem niezwiązane, jak i przez współbraci ze wspólnoty. Nikt jednak nie obiecywał, że będzie łatwo i przyjemnie. Wręcz przeciwnie, Chrystus od samego początku wprost mówił, że Jego uczniowie pójdą jak owce między wilki. Nawet w Starym Testamencie spotykamy ostrzeżenie — „Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie” (Syr 2,1)…
Niestety, tu bardzo często zdarza nam się popełnić błąd — czując się niezrozumiani i odrzuceni szukamy towarzystwa tych, którzy nas akceptują i rozumieją to pozornie irracjonalne poświęcanie się, zamykamy się w gronie pełniących podobną posługę. Powstają małe towarzystwa wzajemnej adoracji. Wszyscy się świetnie razem czujemy, mamy wrażenie, że wszystko idzie w dobrym kierunku, rozwijamy się, z radością podejmujemy przeznaczoną nam posługę, a nad wszystkimi, którzy próbują zwrócić naszą uwagę na to, że coś jest nie tak, kiwamy głowami mówiąc sobie — no tak, on po prostu nie rozumie… Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sytuacja ta przypomina apostołów zamkniętych w Wieczerniku z obawy przed Żydami…
Tymczasem posługa w diakonii jest czymś, co powinniśmy wypełniać całym swoim życiem, nie tylko na dniach wspólnoty i „ruchowych” spotkaniach, ale też w miejscu nauki czy w pracy zawodowej. W codziennym życiu nie da się już schować do bezpiecznego kokonu, jakim jest grupa diakonii. Wierne trwanie przy tym „działaniu poprzez bycie czynnym” jest świadectwem mojej drogi. Nierzadko dużo wymowniejszym niż słowa. W ogóle byłabym ostrożna ze słowami — posługując w diakonii w pewien sposób zmieniamy swój system wartości, mówimy o rzeczach niezmiernie ważnych, na które jednak niektórzy nie są jeszcze przygotowani i zamiast zainteresowania osiągamy efekt odwrotny — ludzie zamykają się na nas, nawiedzonych dewotów, którzy tylko w kółko o jednym. Lepsze efekty przynosi świadczenie życiem, bo prędzej czy później ktoś nie wytrzyma i spyta „dlaczego tak żyjesz”. To drugie jest jednak dużo trudniejsze — wszyscy mamy tendencje do pokazywania jacy jesteśmy mądrzy i elokwentni, to w pewnym sensie wymóg naszych czasów. Zamknięcie ust (czasem nawet przez zaciśnięcie zębów) i pokorne robienie tego, co uważam za słuszne i co do mnie należy czasami przerasta nasze siły. Mam jeszcze w pamięci Mękę Pańską czytaną w Wielki Piątek i milczenie Jezusa, kiedy Mu ubliżano, że nie jest Bogiem, że nie jest królem, kiedy jedno Jego skinienie, jedno słowo mogło pokazać wszystkim Jego moc. Ale On milczał… Milczał i wykonał to, o czym wiedział, że było słuszne, bo przyszedł, aby służyć, a nie aby Mu służono…
Trudne? Bardzo. Ale myślę, że nie na darmo w Centrum Ruchu na Kopiej Górce jest kaplica Chrystusa Sługi. Nie króla, nie triumfatora, nawet nie zwycięzcy. Sługi… A jeżeli mój Bóg uniżył samego siebie przyjąwszy postać sługi, to czy możliwość takiego samego uniżenia (choć oczywiście w mniejszym wymiarze) i służenia tym, których On tak bardzo umiłował, nie jest zaszczytem? Nie jest wyróżnieniem, nobilitacją, łaską, która zobowiązuje?
Kiedy myślę o moim powołaniu do diakonii nieodmiennie przychodzi mi na myśl pytanie „czy miłuję więcej”. Czy miłuję na tyle, żeby mówić do tych, którzy nie zawsze chcą słuchać? Czy na tyle, żeby z miłością uczyć liturgii, pokazywać jej piękno, czuwać nad jej właściwym przebiegiem, a potem usunąć się w cień, bo to nie ja i nie moja posługa są tu najważniejsze? Czy na tyle, żeby czuć się odpowiedzialną, żeby wymagać od siebie nawet wtedy, kiedy inni nie wymagają? Czy miłuję na tyle, żeby z zaufaniem mówić „bądź wola Twoja”, a nie trzymać się kurczowo moich planów i wyobrażeń jak ta posługa ma wyglądać, żeby ufnie dać się poprowadzić? Czy na tyle, żeby z pokorą przyjąć wszystkie niepowodzenia, upadki, błędy — swoje i innych, żeby upominać nie raniąc, nie kłócić się do upadłego o swoje racje? Czy miłuję tych, do których zostałam posłana, czy wykonuję swoją posługę wyłącznie dla Boga, nie zwracając zupełnie uwagi na ludzi, których stawia na mojej drodze? Czy miłuję więcej? Mea culpa… Mea maxima culpa…