Bioetyka

(175 - listopad - grudzień 2010)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Czy rozstania muszą boleć?

Jolanta Such-Białoskórska

Tak. Rozstania bolą. Ale są ta­kie, po których pozostaje nie zagojona rana i takie, po któ­rych rany się goją.

Zacznijmy od początku.

Kobieta i mężczyzna, póki nie za­warli ze sobą związku małżeńskiego, są osobami wolnymi. Obietnica i uczci­wość, które wynikają z ich miłości, zobowiązują do pewnego rodzaju wierności sobie, ale nie dozgonnej. Kiedy oboje angażują się emocjonalnie i pragną być ze sobą, poznając siebie wzajemnie i budując miłość, zwykle za­kładają, że to będzie związek trwały, zwieńczony, w określonej przyszłości, małżeństwem. Jednak często na drodze wspólnych doświadczeń jedna ze stron, lub jednocześnie obie, stwierdza, że związek z tą drugą osobą nie ma przy­szłości. Znajduje u tej drugiej osoby ta­kie cechy charakteru, które nie gwaran­tują szczęśliwego małżeństwa. Wtedy, w trosce o dobro tej drugiej osoby oraz swoje i przyszłych dzieci, decyduje się na rozstanie. Potocznie nazywane ze­rwaniem.

Obie strony mają do tego absolutne prawo przed ślubem. Może jest to bul­wersujące, ale mogą powiedzieć: „nie”, jeszcze w ostatniej chwili, czyli przystę­pując do ołtarza w celu zawarcia związ­ku małżeńskiego, wtedy, gdy kapłan pyta: "czy chcecie..."

Lepiej rozstawać się przed ślubem niż po.

Dziwnym dla mnie zjawiskiem jest to, iż rodziny narzeczonych bardziej są oburzone zerwaniem zaręczyn, niż roz­wodem, rozpadem związku małżeńskie­go. W tej drugiej sytuacji są bardzo wy­rozumiali.

Jeżeli już ma dojść do sytuacji ze­rwania, jak to zrobić, żeby najmniej bo­lało? Jak zrobić, żeby rana miała szansę się zagoić? Zawsze mówię, że czas le­czy rany, ale tylko te zdezynfekowane. Zakażona rana będzie boleć i jątrzyć się przez długie lata, a nawet, gdy jest po­zornie zapomniana, potrafi się odezwać po latach pod wpływem przypadkowe­go wspomnienia, spotkania, czy prze­kazanej wiadomości.

Łatwo sprawę załatwić krótko i zde­cydowanie trzaskając drzwiami, kłócąc się, wyzywając, obwiniając nawzajem, wychodząc rzucając słowem: „żegnaj” lub „no to cześć”, jak kamieniem.

Można niby inaczej a istocie rzeczy tak samo. Po kolejnym spotkaniu, przebiegającym zupełnie normalnie, nie kontaktować się już więcej. Żadnych telefonów, żadnych wizyt, jak kamień w wodę. A potem unikanie, wykręcanie się od rozmowy, od spotkania.

Zdezynfekowana rana, to taka, kie­dy rozstanie odbyło się z pełnym usza­nowaniem uczuć drugiej osoby, z deli­katnością, z wyjaśnieniem przyczyny decyzji, z troską o dobro tej osoby, z przygotowaniem na modlitwie przed spotkaniem i zapewnieniem modlitwy za tę osobę na czas ułożenia sobie życia przez nią na nowo.

Ewa była ze Zbyszkiem dwa lata. Planowali małżeństwo. Zaczęli nawet przygotowywać sobie gniazdko. Rodzi­ce kupili Ewie kawalerkę. Zbyszek po­magał w wyborze, urządzali mieszkan­ko. Przyszedł moment, kiedy Zbyszek zdał sobie sprawę z tego, że jego uczu­cie wcale nie jest wielką miłością, tylko pragnieniem bycia z bliską osobą. Po­kochał inną. Wiedział, że nie może oszukiwać Ewy ani siebie, że jego uczu­cie do niej jest miłością w pełnym wy­miarze. Na jednym ze spotkań powie­dział jej o tym. Powiedział, że kocha in­ną i nie ma sensu dalej ciągnąć ich związku. Ewa przyjęła to. Jak sobie po­radziła ze swoimi uczuciami, do końca nie wiem. Wiem tylko, że przez następ­ne lata potrafiła rozmawiać ze Zbysz­kiem, nie próbowała go przeciągać na swoja stronę. Sprzyjała jego związkowi a potem małżeństwu z tą drugą kobietą. Po pięciu latach Zbyszek z żoną zostali zaproszeni przez nią na ślub.

Jakie to trudne. Ile wymaga przygo­towania psychicznego, duchowego, od­wagi osobistej. Ale jeżeli przez czas bycia razem uważali, że łączy ich miłość, to w imię tej miłości rozstanie nie powinno jej deptać, kalać, niszczyć z ogromną brutalnością.

Oboje będą chcieli związać się po raz kolejny z inną osobą. Nie zdezynfe­kowane rozstanie będzie cieniem na późniejszym związku. Będzie rana, któ­ra czasem może boleć.

Jednak zdarzają się, dosyć często, katastroficznie zerwane związki. W za­leżności od czasu ich trwania, zaanga­żowania emocjonalnego i, co tu ukry­wać, niejednokrotnie także erotyczne­go. Po takiej katastrofie pozostają oso­by: porzucająca i porzucona. Najwięk­sze cierpienie dotyka zwykle tej drugiej. Jak sobie poradzić z bolącą raną w ser­cu, gdy nie ma szans na pełną poszano­wania godności i uczuć rozmowę wyja­śniającą? Wtedy może się odezwać chęć zemsty, życzenie nieszczęścia, złość, żal, zazdrość, zawiść o drugą wy­braną osobę. Możemy wymieniać jesz­cze wiele negatywnych uczuć i destruk­tywnych myśli, jakie budzą się w umyśle i sercu porzuconego człowieka. Trudno jest tak zostać nagle samemu, gdy już się snuło plany na przyszłość i wspólne szczęcie z ukochanym człowiekiem.

Czym większe zaangażowanie tym większy ból.

Magda przez rok nie mogła się po­zbierać po tym, jak jej narzeczony, po dwóch latach bycia razem, powiedział jej pewnego dnia, że już jej nie kocha. Co to znaczy: „już nie kocha”? To co to było dotąd? Czy można tak po pro­stu przestać kochać? Ona tego nie ro­zumiała, a on uważał, że tu nie trzeba niczego tłumaczyć. W ciągu roku ożenił się z inną. Byli bardzo zaangażowani we wspólnocie przy parafii, angażowali się w nowe formy ewangelizacji. Minęły cztery lata. Ona mówi, że już może o nim rozmawiać normalnie. Jednak nie mogła i nie może rozmawiać z nim nor­malnie. Odeszła z tej wspólnoty i szuka miejsca przy innej parafii. Dużo ją kosz­towało to, żeby się pozbierać, żeby mu przebaczyć, nie dać się po­nieść niena­wiści, chęci zemsty.

W takiej sytuacji jedynym skutecz­nym lekarzem jest Jezus. To „Jezus le­czy chore serca”. Magda wypłakała się przed swoimi przyjaciółkami, rozmawia­ła, modliła się, przyjaciele modlili się za nią. Jednak tę najgłębiej umiejscowioną ranę w sercu napełnić miłością może tylko Jezus. I jeżeli się Go o to poprosi, to można doświadczyć bardzo skutecz­nego uzdrowienia.

Ważna jest też modlitwa za osobę, która porzuciła. Przedstawianie jej Bo­gu z prośbą o błogosławieństwo, o do­świadczenie miłości i pomyślność w ży­ciu. To nie jest żadne ofiarnictwo, cier­piętnictwo i pokazywanie, jakim to się jest wspaniałomyślnym To jest po pro­stu doskonalenie się w miłości, której przywilejem jest możność bycia odrzu­coną, a mimo to kochającą, jak Jezus na krzyżu. Pozwala wtedy zwyciężyć Je­zusowi w życiu tego człowieka.

Czy to jest łatwe?

Nie. Ale możliwe.