Liturgia

(130 - maj - czerwiec 2004)

Dać świadectwo

Agnieszka Dzięgielewska

Odnowa liturgii nie jest czymś, co uda się wprowadzić jednym dokumentem

Sobór Watykański II zrobił wiele dla zaangażowania wiernych w liturgię. Dostrzegł to ks. Franciszek Blachnicki umiejscawiając działalność Ruchu Światło–Życie właśnie w parafii, gdzie poprzez nasze świadectwo możemy ukazywać innym wiernym czym jest Eucharystia i jakie jest w niej miejsce wiernych świeckich.
Wiele razy zastanawiałam się, kim jest animator liturgiczny. Na początku wydawało mi się (jak chyba większości z nas), że jest to ktoś, kto na „oazowych” mszach dba o to, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, ściśle według tego, co napisano w dokumentach. Myliłam się. Będąc członkiem Diakonii Liturgicznej Archidiecezji Warszawskiej przekonałam się, że animator liturgiczny ma inne, o wiele ważniejsze zadania. Nie tylko w Ruchu, ale i w swojej parafii...
Kiedy rozmawiamy o liturgii, w której uczestniczą członkowie Ruchu, z reguły pada określenie „oazowa”. Kiedy uczestniczymy w takiej Eucharystii wiemy, kto będzie siedział obok nas, wiemy, że ludzie tam zgromadzeni mają świadomość tego, w czym uczestniczą, wiemy, że nauczyli się już kiedy należy wstawać, a kiedy siadać, jak nieść dary i w ogóle nie ma z nimi problemu. I denerwuje nas, kiedy na „zwykłej”, parafialnej mszy jakaś starsza pani uporczywie głośnym szeptem odmawia różaniec podczas podniesienia. Wszyscy znamy ten obrazek, prawda?
Łaską, którą dostałam od Pana Boga było to, że niewiele ponad rok temu po przeprowadzce trafiłam do parafii, w której nie ma „oazowych” mszy. A jest to kościół akademicki, działa Ruch Światło–Życie (tak liczny, że aż podzielony na dwie wspólnoty), wspólnota charyzmatyczna i kilka innych. Na jednym z pierwszych spotkań zaproponowano mi posługę animatora liturgicznego zajmującego się posługą poza prezbiterium. Do dziś nie wiem dlaczego, mając w głowie obraz srogiego rubrycysty, zgodziłam się podjąć tego zadania.
Początki były trudne. Wydaje się, że to nic takiego — zadbać o komentarze i modlitwę powszechną, o wyniesienie stoliczka z darami, wyznaczyć osoby do poszczególnych posług, zadbać o przejście dla procesji... Jednak nie jest to takie proste. Msza św., na której posługujemy, jest mszą dla studentów. Kościół, pomimo tego, że duży, jest bardzo zapchany. Ponieważ prośba o zrobienie przejścia kierowana do ludu z ambony nie przynosiła pożądanych rezultatów, do moich obowiązków należało dopilnowanie, żeby procesja nie musiała torować sobie drogi łokciami (bywało!) czy trybularzem. Na pewno bardzo pomocny w takich momentach jest uśmiech, z którym po raz n–ty mówi się „przepraszam, za chwilę będzie tędy szła procesja, czy mogę prosić o zrobienie szerokiego przejścia?” A i tak zdarzają się sytuacje, że ktoś się przesunąć nie chce, albo mówi nieco za głośno „jak przyjdą to się odsunę, teraz nie!”.
Kolejną trudnością było zapraszanie osób do pełnienia posługi. W naszej parafii komentarze czyta jedna osoba, a poszczególne wezwania modlitwy powszechnej — kolejne. Następne dwie osoby niosą procesyjnie dary. Na początku prosiłam o pełnienie posługi osoby siedzące w pierwszych rzędach, głownie z naszej wspólnoty. Miałam pewność, że nie odmówią i nie będą pytały co w którym momencie. To jednak nie miało wiele wspólnego z włączaniem ludu do posługi na Eucharystii, więc zaczęłam prosić osoby mi nie znane, siedzące dalej, które nie były we wspólnotach. Oczywiście częściej spotykałam się z odmową, przygotowanie Eucharystii zaczęło mi zajmować więcej czasu — przychodziłam 5–10 minut wcześniej niż poprzednio. Czasami zdarzało mi się zwątpić w sens tego co robię. Ale kiedy czasami jako odpowiedź na moje pytanie usłyszałam zachwycone i przejęte „Mogę? Naprawdę?”, rozwiewało to wszelkie wątpliwości. A ponieważ wieści szybko się rozchodzą, koledzy kolegów tych, którzy posługiwali, zaczęli się interesować tym, co robię przed Eucharystią. Zaczęły się pytania. Po co to, dlaczego tak. Po co się niesie te dary, skoro mogą stać obok ołtarza. Po co się czyta tę modlitwę, skoro może przeczytać ministrant. I w końcu dlaczego wolno nam to robić, skoro nie stoimy w albie w prezbiterium. Nauczyłam się, że takich odpowiedzi nie można zostawiać bez odpowiedzi. Że nawet jeśli trzeba przyjść do kościoła kolejne 10 minut wcześniej, to właśnie to jest istota i sens posługi animatora liturgicznego. W parafii, z ludem. Że największa radością jest, kiedy w dzień powszedni, w drodze na konferencję prasową (jestem dziennikarką), w tramwaju, kiedy mam głowę zaprzątniętą jakimiś „zawodowymi” myślami, podchodzi do mnie chłopak i pyta czy mam chwilę czasu i czy mogę mu powiedzieć, jak się niesie te dary i czy on by mógł w niedzielę je ze swoją dziewczyną zanieść. Kiedy znajomy z zaprzyjaźnionej wspólnoty mówi, ze jego koleżanka z roku chodzi u nas do kościoła, widzi mnie co tydzień, ale jakoś do niej nie trafiłam, a ona by tak chciała przeczytać modlitwę, ale najlepiej za papieża, bo za niego się szczególnie modli. Wtedy dostrzegam, że Ruch działa w parafii, a animator liturgiczny to nie tylko „nadzor-ca mszy oazowych”. Że posługa w Ruchu przenika całe życie, nie tylko te chwile, które poświęcamy wspólnocie.
Parafia jednak nie kończy się na mszy studenckiej. Tradycją już jest w tej parafii, że podczas mszy św. bez asysty ktoś z ludu podchodzi i czyta czytanie, a jeżeli potrafi to również śpiewa psalm. Czy powinno tak być? Różne są zdania na ten temat, ale niewątpliwie świadczy to o świadomości wiernych, że dla nich również jest miejsce podczas sprawowania Eucharystii.
Pełnię swoją posługę już ponad rok. Dopiero teraz zaczynam widzieć jej efekty, choć zdaję sobie sprawę, że nie są one szczególnie spektakularne. Że jeszcze dużo pracy przed nami. Marzy mi się kilkuosobowa grupa zajmująca się posługą poza prezbiterium (żebym nie musiała szukać zastępstwa jadąc do rodziców na weekend), myślimy o możliwości opracowania kilkuminutowych wprowadzeń czytanych przed Eucharystią, np. żeby wytłumaczyć wszystkim, nie tylko pytającym, dlaczego to właśnie ktoś z ludu czyta modlitwę powszechną. A może będzie to miało inną formę. Może lepiej stworzyć stronę przy stronie internetowej parafii, na której będzie można znaleźć takie informacje? Bo jednostronicowej gazetki pewnie nie uda się stworzyć. Ale kto wie?
Pomysłów jest mnóstwo. Ich realizacja zależy od parafii, księdza proboszcza i tego, co pozwala wiernym w swojej parafii robić. Ale zrobić coś zawsze się da. Ksiądz moderator z moich ostatnich rekolekcji wakacyjnych poradził uczestnikom, że jeżeli mają proboszcza, który nie zgadza się na żadne „oazowe reformy”, to najlepiej zacząć od propozycji, że pozamiatamy kościół. Podobno skutkuje w większości przypadków.
I trzeba pamiętać jeszcze o jednym — posługa jest służbą, zaszczytną, ale służbą. Nie można się chlubić tym, że się coś robi, że się wie więcej od innych. Moim zdaniem wystarczy wtedy pomyśleć, że się służy Kościołowi pomocą w realizowaniu postanowień soboru. Taka świadomość powoduje, że człowiek nabiera pokory i może tylko szepnąć cichutko „słudzy nieużyteczni jesteśmy…” Bo faktycznie nie robimy nic ponad to, co powinniśmy robić.
Jednak najważniejszą w posłudze jest miłość i cierpliwość. Odnowa liturgii nie jest czymś, co uda się wprowadzić jednym dokumentem. Od dzisiaj jest i już. Podejmując się pełnienia posługi musimy pamiętać, że dotykamy tego, co dla każdego najświętsze. Że czasami próbujemy zmienić czyjś tok myślenia, wieloletnie przekonania. Że czasami to, co robimy, co uznajemy za słuszne, innym może się wydać niepotrzebne, przeszkadzające albo wręcz obrazoburcze. Trzeba pamiętać, że my, nauczeni rozumienia znaków liturgicznych, mamy teraz uczyć innych, a nie wymagać od nich, żeby już to wiedzieli, względnie zachwyceni przyznali nam rację po kilku pierwszych słowach. Że najlepszym potwierdzeniem prawdziwości naszych słów jest nasze świadectwo życia. I wreszcie że ci, którzy stoją obok nas na Eucharystii, to nasi bracia, siostry i takimi mamy ich kochać. Że ma nam za wszelką cenę zależeć na tym, aby ukazać im piękno tego, w czym uczestniczą. Za wszelką cenę, to znaczy również za cenę niezrozumienia, przykrego słowa czy nieprzychylnego wzroku. Antoine de Saint–Exupéry powiedział, że cierpliwość jest ostatnim kluczem, który otwiera drzwi. Mogę tylko dodać, ze cierpliwa miłość może zdziałać cuda…