Diakonia

(178 - kwiecień 2011)

Do celu

Anna Pełka

Formacja nie jest sztuką dla sztuki, nie podejmujemy jej też dlatego, że trzeba czymś się zająć na cotygodniowych czy comiesięcznych spotkaniach

Kiedy mówimy o osiąganiu celu, najczęściej mamy na myśli zwieńczenie podejmowanych wysiłków, koniec, finał, szczyt, coś w tym stylu. Jednak gdy podejmujemy temat diakonii jako celu formacji podstawowej, to na pewno nie ma mowy o żadnym końcu. Można to porównać do wspinania się na górę. Z dołu, na starcie, nie widać wszystkiego, jednak gdy osiągniemy już pewien etap wędrówki, ukazują się nagle widoki, których z dołu nie mogliśmy oglądać, widać dalszą drogę, którą możemy iść jeszcze wyżej i dalej. Podobnie jest z diakonią. Gdy trafiamy do jakiejś wspólnoty czy kręgu, zapewne nie od razu myślimy o tym, że za kilka lat podejmiemy posługę animatora liturgicznego albo że będziemy wygłaszać konferencje dla narzeczonych w ramach Diakonii Życia. Ale czy to znaczy, że nasza formacja przebiega w sposób przypadkowy? Ależ nie! Gdy wspinam się na górę, nawet jeśli z dołu nie widzę dokładnie całej drogi, to jednak coś o niej wiem: wiem dokąd prowadzi, bo inni przede mną przeszli już ten szlak, bo są mapy, drogowskazy. I podobnie w formacji – to jest naprawdę bardzo, bardzo ważne: znać jej cel, zarówno dla każdego jej etapu, a także cel zasadniczy, czyli doprowadzenie do etapu podjęcia diakonii, przyjęcia postawy diakonijnej. Jeśli zabraknie nam takiej świadomości, to możemy błądzić po manowcach, bo formacja nie jest sztuką dla sztuki, nie podejmujemy jej też dlatego, że trzeba czymś się zająć na cotygodniowych czy comiesięcznych spotkaniach. Formujemy się, bo dążymy do celu.

W wielu przypadkach, jeśli nie w większości, nasze wspólnoty (zwłaszcza wyraźne jest to we wspólnotach młodzieżowych) skupiają osoby na etapie ewangelizacji i deuterokatechumenatu. Może się wydawać, że właśnie te osoby stanowią trzon Ruchu, bo jest ich liczebnie najwięcej. A przecież faktycznym członkiem Ruchu jest ten, kto podjął diakonię, kto odnalazł swoje miejsce w Kościele i w konkretnej służbie. Dlaczego zatem dzieje się tak, że we wspólnotach młodzieżowych wiele osób po III stopniu nie umie znaleźć sobie miejsca? Perspektywą jest Domowy Kościół, ale po pierwsze jest to perspektywa związana ze zmianą sytuacji życiowej, a nie zrealizowaniem formacji, po drugie zaś nie jeśli nie ma się współmałżonka, to co? Nie wszyscy się odnajdują w takiej sytuacji.

Ile to rozmów przeprowadziłam w ostatnich latach na różnych oazach, gdy uczestnicy pytali, co właściwie można robić w Ruchu po III stopniu, gdy nie odkrywa się powołania do bycia animatorem muzycznym czy liturgicznym (bo np. tylko takie diakonie znają).

Mogłabym podać liczne przykłady na to, że ludzie odnajdują się na etapie, gdy wszystko jest zaplanowane: konspekt pierwszy, konspekt drugi – w wakacje oaza – i tak do trzeciego stopnia. A potem, gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za swoją formację (bo nawet jeśli ma się ciągle swojego animatora, to spełnia on już inną rolę), okazuje się, że nie dajemy sobie rady. Przyszłość się rozmywa, nie ma już takiej dynamiki, jak na początku.

Tak to wygląda w oazach młodzieżowych. Z kolei w Domowym Kościele formacja potrafi ciągnąć się przez lata i nigdy nie dojść do końca – i to w sytuacjach, w których nie ma żadnych obiektywnych przeszkód. I choć odejścia zdarzają się statystycznie rzadziej, bywa że uczestnictwo w kręgach przypomina bardziej trwanie niż dynamiczny wzrost.

Wydaje mi się, że w wielu przypadkach takie sytuacje są spowodowane tym, iż w formacji zabrakło patrzenia ku przyszłości, właśnie jednoznacznego dążenia do celu. Podobnie jeśli stawiane są wymagania oderwane od celu danego etapu formacji, to także trudno się spodziewać, że zostaną one świadomie i w sposób wolny przyjęte, raczej spowodują bunt. Ale w drugą stronę – brak określonych wymagań dla kolejnego etapu też sieje szkody (na przykład jeśli animator nie zatroszczy się, aby słowo Boże było codziennym pokarmem uczestnika). Być może dlatego, że wymagania kojarzą nam się tak jakoś niewygodnie i ciężko. Ale przecież wiele z tego, co było na jakimś etapie postrzegane jako wymaganie czy trudny w wypełnianiu obowiązek z czasem staje się przywilejem i radością. I tak samo może być z każdą służbą.

Jeżeli traktujemy diakonię jako cel (ale pamiętamy, że ten cel jest nowym początkiem), to musimy się zgodzić z tym, że widzimy perspektywę na całe życie. Jak to wygląda w rzeczywistości? Różnie :) Często narzekamy na słomiany zapał niektórych oazowiczów, którzy szybko decydują się na udział w jakiejś diakonii i równie szybko z niej rezygnują, tłumacząc się np. zwiększonymi obowiązkami rodzinnymi, zawodowymi. Na szczęście nie zawsze tak jest i mamy w Ruchu wiele osób, traktujących zaangażowanie w diakonii jako życiową misję, której są wierne od wielu lat i nie zaniedbują przy tym innych obowiązków stanu. To jest na pewno możliwe i o to trzeba się starać. Warto też troszczyć się, aby nasze diakonie były „wielopokoleniowe”, tzn. aby byli tam „starzy” i nowi członkowie, aby były wspólne diakonie dla wszystkich gałęzi Ruchu (przypomina też o tym dokument Kongregacji Diakonii).