Eucharystia

(146 - wrzesień - październik 2006)

Do ręki czy do ust

kard. Joseph Ratzinger

Największym aktem odwagi, a jednocześnie wyrazem miłosiernej dobroci Bożej jest to, że może Go dotknąć nie tylko nasz język czy ręka, ale także nasze serce

Kwestia, którą przeanalizujemy, dotyczy Komunii świętej: klęcząc - stojąc, do ręki - do ust. Po pierwsze, chcę powiedzieć, że możliwe są oba warianty i proszę kapłanów o wyrozumiałość i uznanie wyboru każdego człowieka. Ponadto Was wszystkich proszę o tolerancję, by nie osądzać drugiego, który zdecydował się na inną określoną formę. Zapytacie: Czy tolerancja jest tutaj właściwą odpowiedzią? Czy nie jest ona - w przypadku Najświętszego Sakramentu - nie na miejscu?

Otóż wiemy, że do IX wieku Komunię świętą przyjmowano w pozycji stojącej i do ręki. To nie musi oczywiście oznaczać, że tak zawsze ma być. Wielkość i piękno Kościoła tkwi w tym, że on się rozwija, dojrzewa i głębiej pojmuje tajemnicę, dlatego nowy kierunek w rozwoju, który zaczął się po IX wieku - jako wyraz bojaźni Bożej - ma swoje racje i przyczyny. Z drugiej strony musimy jednak powiedzieć, że nie może być mowy o tym, jakoby Kościół przez 900 lat niegodnie sprawował Eucharystię. Czytając teksty Ojców Kościoła, widzimy, w jakim duchu bojaźni Bożej przyjmowali oni Komunię świętą.

Bardzo piękny tekst z IV wieku odnajdujemy u Cyryla Jerozolimskiego. W swoich katechezach chrzcielnych opisuje, jak powinni się zachowywać przyjmujący Komunię świętą: mają więc podejść, zrobić ze swoich rąk tron, czyli położyć prawą na lewą, tak by utworzyła tron dla Króla, a jednocześnie przedstawiała krzyż. Chodzi mu o ten symboliczny wyraz pełen piękna i głębi: ręce człowieka tworzą krzyż będący tronem, ku któremu pochyla się Król. Wyciągnięta otwarta dłoń może w ten sposób stać się znakiem postawy człowieka wobec Pana. Człowiek otwiera dla Niego swoje dłonie, by stały się narzędziem Jego bliskości, tronem Jego aktów miłosierdzia w tym świecie.

Kto to rozważy, pojmie: nie na miejscu jest kłócić się o taką czy inną postawę. Walczyć musimy i możemy o wszystko, o co Kościół walczył przed i po IX wieku, a mianowicie o bojaźń serca, które się pochyla przed tajemnicą Boga kładącego się w nasze ręce. Nie powinniśmy przy tym zapominać, że nie tylko nasze ręce są nieczyste, ale także język i serce, oraz że językiem często bardziej grzeszymy niż rękami. Największym aktem odwagi, a jednocześnie wyrazem miłosiernej dobroci Bożej jest to, że może Go dotknąć nie tylko nasz język czy ręka, ale także nasze serce; że Pan w nas wstępuje, chce żyć w nas i z nami; że od wewnątrz pragnie być centrum naszego życia i jego przemianą.