Parafia

(126 - listopad - grudzień 2003)

z cyklu "Z Kopiej Górki"

Dom

Ks. Tomasz Opaliński

Z Kopią Górką po raz pierwszy spotkałem się w 1983 r., kiedy to przyjechałem na Dzień Światła, a właściwie zostałem tu przywieziony wraz z grupą oazowiczów z diecezji przez naszego ówczesnego moderatora diecezjalnego, ks. Wiesława Gutowskiego. Z tego pobytu pozostały mi mgliste wspomnienia, wciąż barwne slajdy i… najważniejsza lekcja, która towarzyszy mi nadal w moim patrzeniu na to miejsce i cały Ruch: lekcja służby, choć wtedy wcale tak tego wtedy nie nazywałem…
Wyjazd traktowaliśmy właściwie jak zimową wycieczkę w góry: bardziej interesowały nas spacery, niż sama Kopia Górka, choć to i owo już o niej słyszeliśmy. Pamiętam, że zostaliśmy przyjęci bardzo życzliwie, no, ale przecież przywiózł nas nie byle kto: „szycha”, moderator diecezjalny! W chwilę później jednak zobaczyłem tę „szy-chę”, jak szeroką szuflą odgarnia ze śniegu schody prowadzące w dół od Namiotu Światła, bo zaraz będzie nabożeństwo. Cóż, nie pozostawało nam nic innego, jak dołączyć do radosnego szuflowania, bo czasu było mało… A potem pojawił się ktoś, kto zapytał, czy nie ma tu jakiegoś grającego. Nie wiem, czy bardziej z chęci uwolnienia się od łopaty, czy z poczucia obowiązku, czy też tak po prostu bezmyślnie – zgłosiłem się i już po chwili trzymałem w rękach gitarę. Do dziś pamiętam, że na wejście grałem „Duchu Ogniu”. Problem polegał na tym, że ręce, zmęczone „łopatologią” wcale nie chciały mocno przyciskać gryfu gitary przy chwytach barowych, za to całkiem mocno i nie do opanowania drżały; a ja sam czy to z powodu przemarzniętego gardła, czy też z przejęcia, zacząłem śpiewać pierwszą zwrotkę… oktawę niżej. Dopiero kiedy wszyscy się „ugar-dlili”, kolejną zwrotkę zacząłem już w normalnej tonacji… Hmmm, i chyba nikt mi nie miał tego za złe (przynajmniej nikt na mnie nie nakrzyczał, naprawdę starałem się jak mogłem).
Z tego wyjazdu zostało mi jedno: początek traktowania tego miejsca jak domu, w którym zawsze jest co robić, i w którym miejsce i praca dla mnie też zawsze się znajdzie. Domu, który nie jest
„stacją obsługi”, w której muszę być grzecznie „obsłużony”, bo jak nie, to się obrażę. Ja tu jestem „u siebie”, by być dla innych, by to miejsce zawsze było otwarte i witało innych tak, jak powitało mnie: serdecznie i życzliwie.
Potem były inne przyjazdy. Najpierw jako kleryka, dość rzadko, a jednak wystarczająco często, aby jako oczywistość potraktować to, że nie mogę nie przyjechać tu tuż po święceniach kapłańskich po to, by odprawić prymicyjną Mszę świętą. Pamiętam, że zostałem wtedy ulokowany w pokoju Ojca i znów poczułem się ugoszczony życzliwością nad miarę: ot, jakiś księżyna z Płocka, ledwo po święceniach, i wpuszczają go żeby spał w takim miejscu… Jak tu się położyć na takim łóżku? Potraktowałem to jako spotkanie z Nim — przecież za jego życia nie dane nam było się spotkać.
Potem był czas studiów w Lublinie i łączenie w jedną wizję tych dwóch miejsc: „naukowego” Lublina i „oazowego” Krościenka; odkrywanie podczas kolejnych „wizyt” (może lepiej: odwiedzin), że teologia, której uczyłem się w seminarium (pracę magisterską pisałem na temat „Koinonia en Christo — wspólnotowy wymiar Kościoła w pismach ks. Franciszka Blachnickiego), a potem na KUL–u (studiując homiletykę nie można było przecież pominąć liturgistów i pastoralistów), że ta teologia jest tą samą teologią wypracowaną przez lubelskiego „Księdza Profesora” i krościeńskiego „Ojca”; teologią, której nie tyle z teorii, co z praktyki uczyłem się w oazie.
Po powrocie ze studiów do diecezji zacząłem do Krościenka przyjeżdżać już „służbowo” jako moderator diecezjalny, choć owa
„służbowość” (bardziej chyba jednak „służba”) była dla mnie zawsze raczej doskonałym pretekstem odwiedzin u znajomych, niż uciążliwym obowiązkiem do zaliczenia. Dziś odwiedziny nie ustały mimo ustania „służbowych obowiązków”. Od kilku lat przyjeżdżam do Krościenka, by prowadzić tu oazy wakacyjne, zaglądam dość często w ciągu roku (z Krakowa, do którego jeżdżę na studia, to już naprawdę „dwa kroki”). Im częściej zaś jestem, tym bardziej dostrzegam podwójny wymiar tego miejsca. Z jednej strony jest ono naznaczone swoistym „genius loci”, charakterem nadanym mu nieodwołalnie przez Założyciela (i tak właśnie, jako „powrót do domu” przeżywałem wraz z tyloma oazowiczami jego powrót do Krościenka), z drugiej zaś — coraz bardziej widzę, jak żyje ono tymi, którzy w nim przebywają, ze mną włącznie. I czuję się coraz bardziej odpowiedzialny za to, jak je widzą inni; tak jak poczułem się wtedy, kiedy po raz pierwszy pojechałem na oazę wakacyjną jako animator i ze zdziwieniem zobaczyłem, że te wszystkie miłe, ciepłe i sympatyczne rzeczy, których doznawałem jeżdżąc jako uczestnik, nie zrobią się same: teraz kolej na mnie, żebym nie patrzył na siebie, ale podzielił się z innymi tym, co sam dostałem, choć często kosztuje to wiele wysiłku.
Kiedy piszę te słowa 20 lat po pierwszym spotkaniu z tym miejscem, coraz bardziej uświadamiam sobie (a chciałbym też i innym, którzy często narzekają, że tego czy owego w nim nie ma, albo że zostali tak, a nie inaczej potraktowani), że to my wszyscy, którzy tam przebywamy choć na chwilę, tworzymy je. Jeśli więc czegoś w nim nie ma — może to moja wina? To centrum Ruchu, a więc i nasze. Kiedy będziemy czekać, że nas ono „obsłuży” — zawiedziemy się, bo to nie stacja szybkiej czy wolniejszej obsługi, ale dom. Dom na Kopiej. Kiedy włożymy tu swoje serce — odpłaci nam sercem.