Ekumenizm

(207 - październik - grudzień 2015)

Dzieci w piaskownicy

ks. Stanisław Adamiak

Kto jest winien podziałów chrześcijan

Kiedy za św. Jana Pawła II Kościół katolicki podpisywał deklaracje ekumeniczne z różnymi Kościołami wschodnimi, m.in. ormiańskim i koptyjskim, wynikało z nich mniej więcej, że pomimo trwającego od 1500 lat podziału w zasadzie zawsze wierzyliśmy w to samo, a różnice można w dużej mierze złożyć na karb trudności językowych.

Nie jest to wcale takie absurdalne. Chociaż niektórzy mówią o pierwszym tysiącleciu jako o czasie „chrześcijaństwa niepodzielonego”, to był to również czas niezwykle zażartych sporów teologicznych, których skutki odczuwamy niekiedy do dzisiaj. Dotyczyły one najistotniejszych kwestii naszej wiary, w szczególności tajemnicy Trójcy i człowieczeństwa Jezusa. Z drugiej strony były to jednak w dużej mierze spory o słowa, a czasem dosłownie o litery, nawet tę najmniejszą, przysłowiową iotę. Wyznanie wiary Soboru Nicejskiego z 325 roku mówi o tym, że Jezus jest „współistotny” (homousios) Ojcu, w ciągu czwartego wieku niektórzy proponowali w to miejsce nieco bardziej ogólnikową formułę mówiącą o „współpodobieńswie” (homoiusios). Z kolei w szóstym wieku spory teologiczne też dotyczyły właściwie paru literek: czy Jezus Chrystus jest „w” dwóch naturach, czy też „z” dwóch natur. 

Rzadko kiedy pamiętamy o Kościołach wschodnich powstałych wskutek tych podziałów, choć to właśnie ich wyznawcy (Koptowie, chrześcijanie asyryjscy i chaldejscy) płacą dziś chyba największą daninę krwi na męczeńskim Bliskim Wschodzie.

Prawie każdy pytany o datę podziału chrześcijaństwa wschodniego i zachodniego podaje natomiast rok 1054, czyli ekskomunikowanie przez legatów papieskich arcybiskupa Konstantynopola Michała Cerulariusza. Nie było to jednak pierwsze zdarzenie tego typu. W ciągu pierwszego tysiąclecia do zerwania jedności między Rzymem a Konstantynopolem dochodziło kilkakrotnie, często z ważniejszych powodów teologicznych. Wyjątkowość wydarzeń z połowy jedenastego wieku polegała na tym, że tym razem nie udało się już przywrócić jedności. W samym 1054 nikt chyba nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, wyglądało to raczej na kolejną kłótnię o podłożu przede wszystkim osobistym. Co więcej, legaci papieża Leona IX zachowywali się w Konstantynopolu w sposób nie tylko bezczelny (położyli bullę z ekskomuniką na ołtarzu w bazylice Hagia Sophia), ale przede wszystkim bezprawny: papież zmarł trzy miesiące wcześniej i jakiekolwiek działania podejmowane w jego imieniu były ze swojej natury nieważne.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".