Bioetyka

(175 - listopad - grudzień 2010)

Fatum, nadzieja, odpowiedzialność

ks. Mariusz Pohl

Przykazania są tarczą, która ma nas samych chronić przed nami samymi: przed nieszczęściem spowodowanym własnym grzechem czy zaniedbaniem. Niestety, człowiek przykazania lekceważy

Klasyczna grecka tragedia stworzyła model nieprzezwyciężalnego konfliktu i opisała sytuacje, które są bez wyjścia. Człowiek w starciu z fatum, z siłami natury czy prawami moralnymi, stoi na z góry przegranej pozycji, jest skazany na nieuchronną klęskę. Mimo swej szlachetności, mądrości i uczciwości, bohater tragiczny nie ma możliwości, by przezwyciężyć wyższe od siebie siły, by dokonać wyboru, który mógłby go uchronić od katastrofy i doprowadzić do happy endu. Widz lub czytelnik tragedii greckiej, przejęty losami i zmaganiem bohatera tragicznego, miał doświadczyć duchowego katharsis, upokorzyć się przed siłami wyższymi i pogodzić z ślepym losem. Taka wizja i filozofia życia, wypływająca i harmonijnie włączona w system pogańskiej religii Greków, naznaczyła ich rysem determinizmu i beznadziei.

Zupełnie inny punkt patrzenia na ludzkie życie ukazuje nam Biblia. Bóg nie jest bezlitosnym, ślepym fatum, lecz wolnym i wszechmocnym w swych decyzjach Panem i opiekunem ludu wybranego. Stworzył człowieka, obdarzył go miłością i zaufaniem, a po zdradzie obiecał pomoc i zbawienie. Całe późniejsze dzieje Starego Testamentu, to historia Bożego prowadzenia, przestróg, obietnic, opieki, różnych inicjatyw, które miały człowieka chronić przed następstwami grzechu. Nigdy jednak Bóg nie gwałcił wolnej ludzkiej woli, respektował nasze wybory i decyzje. Ostatecznie Bóg sam poniósł konsekwencje naszej niewierności, osobiście zapłacił cenę za nasz grzech. Ale ani na moment nie cofnął swojej miłości ani nie wstrzymał danych nam obietnic. Ewangelia jest skrajnym przeciwieństwem i przezwyciężeniem greckiej tragedii.

Od czasów Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa minęły dwa i pół millenia, od Jezusa dwa. W tym czasie człowiek spowodował i przeżył już wszystko – poza totalną samozagładą. Najbardziej dramatyczne fabuły i konflikty tragiczne, perypetie i katastrofy, zaaranżowane przez poetów na deskach ateńskich scen, to niewinne bajeczki, w porównaniu z rzeczywistymi tragediami, jakie człowiek człowiekowi zgotował już nie w teatrze, lecz na polach bitew, w obozach koncentracyjnych, w parlamentach, pracowniach naukowych, klinikach i mediach. Musimy być świadomi, że swoim postępowaniem, decyzjami, postawami moralnymi, wyznawanymi poglądami i słowami, które wypowiadamy, tworzymy i uczestniczymy w dramacie, który obejmuje całe ludzkie życie.

Dramat ten rozgrywa się jednak nie na scenie, lecz w realnym życiu. Aktor po swojej scenicznej śmierci, na końcu dramy nie wstanie z desek, otrzepując spodnie przy wtórze oklasków widowni. Widownia nie wyjdzie z teatralnej sali, by wrócić do domu, pogryzając po drodze resztę popkornu i komentując swoje wrażenia. W życiu śmierć jest realna i prawdziwa, nasze decyzje są nieodwołalne i brzemienne w skutki, a po burzliwych przeżyciach nie ma dokąd wrócić, bo wszystko rozgrywa się w tym samym realnym planie.

Gry komputerowe, gdzie człowiek ma do dyspozycji mnóstwo poziomów akcji, dodatkowe życia, wirtualne pomoce, uczą nas powoli, że wszystko da się zresetować i zacząć od początku, poprawiając poprzednie błędy. Rodzi się stąd jakiś naiwny, beztroski optymizm, a jego owocem jest niefrasobliwość i brak odpowiedzialności za słowa, decyzje i czyny. Wiele działań podejmuje się na zasadzie, że jakoś to będzie. W wydaniu chrześcijańskim przejawia się to w przekonaniu i pobożnym sloganie, że Pan Bóg ze wszystkim sobie poradzi; że Matka Boża wyratuje Polskę z każdej opresji, że Kościół przetrwał już dwa tysiące lat, więc i dziś też nic Mu nie grozi.

Owszem, to wszystko prawda, ale prawda, której nie wolno stosować jako argumentu i podpórki, by zwolnić się ze swojej odpowiedzialności i działania. A najczęściej właśnie w takich sytuacjach te slogany przytaczamy. Gdy ktoś ukazuje niepokojącą diagnozę stanu faktycznego, opis jakichś społecznych niedomagań, symptomy kryzysu – wtedy zamiast wnikliwie przeanalizować objawy, szukać przyczyn i postawić diagnozę, posiłkujemy się tymi sloganami. I jeszcze nazywamy to chrześcijańską nadzieją.

Nadzieja nigdy nie może zastępować ludzkiego wysiłku i zaangażowania. Ona wkracza dopiero wtedy, gdy człowiek wyczerpie swoje możliwości, uzna pokornie swą bezsilność i ufnie zwróci się do Boga. Nadzieja pozwala ufnie spojrzeć w przyszłość i właśnie podjąć działanie, które po ludzku wydaje się nieskuteczne, a nie zwalnia z tego działania. Głębokie i prawdziwe rozumienie nadziei oznacza też, że będziemy się czuli bardziej, a nie mniej, odpowiedzialni za swoje decyzje i czyny. Grecy w swoich tragediach nadziei nie mieli, bo fatum nadziei nie dopuszcza, ale jednak w poczuciu swojej ludzkiej godności i odpowiedzialności, podejmowali heroiczne czyny. Tego możemy i powinniśmy się od Greków uczyć: absolutnego poczucia odpowiedzialności, tym bardziej, że jesteśmy rzeczywiście odpowiedzialni, i to przed Bogiem.

Może właśnie zanik tego poczucia absolutnej odpowiedzialności powoduje, że dziś człowiek podejmuje tyle błędnych, beztroskich decyzji. Wypływają one nie tylko z tego, że nie potrafimy bądź nie chcemy przewidywać skutków naszego działania, ale że przede wszystkim odrywamy to działanie od świata wartości, czyli wyłączamy je spod moralnych ocen. Liczy się tylko pragmatyzm, czyli doraźne korzyści, ale z pominięciem ubocznych skutków. Liczy się osiągnięcie konkretnego celu, ale z pominięciem środków, które do niego prowadzą. W ten sposób da się zbilansować i uzasadnić każdą, nawet najbardziej nieludzką i krzywdzącą decyzję.

Ale życia nie da się oszukać, podobnie jak nie oszuka się ziemi: jeśli wrzucisz w nią złe nasiona, zaniedbasz uprawę, wtedy wyrosną tylko chwasty. Każda beztroska i nieodpowiedzialność, każda pochopna decyzja, każde wybrakowane działanie – mści się na człowieku. W ten sposób najczęściej sami na siebie sprowadzamy nieszczęście. Potem lamentujemy, pytamy retorycznie: gdzie był Bóg, dlaczego do tego dopuścił, buntujemy się przeciwko cierpieniu i krzywdzie, ale pomijamy, że sami do tego doprowadziliśmy, że to nasza niefrasobliwość była powodem końcowego zła.

I właśnie dlatego, żeby nas ustrzec przed zgubnymi następstwami bezmyślności, Bóg mówi: nie będziesz! Nie będziesz zabijał, nie będziesz kradł, cudzołożył, mówił fałszywego świadectwa… Przykazania są tarczą, która ma nas samych chronić przed nami samymi: przed nieszczęściem spowodowanym własnym grzechem czy zaniedbaniem. Niestety, człowiek przykazania lekceważy. Myśli, że sam wie lepiej. Tłumaczy się, że wszystko dobrze przemyślał i jest ostrożny. Dla swoich planów znajduje pełne uzasadnienie w szczerych i dobrych chęciach, szlachetnych intencjach, ale skrzętnie pomija wszelkie znaki zapytania, wątpliwości i groźbę skutków ubocznych.

Zrazu, zgodnie z zasadą, że miłe złego początki, wszystko układa się pomyślnie i zapowiada bardzo optymistycznie, ale z czasem zaczynają się pojawiać niepokojące oznaki. Na ogół są one zgodne i potwierdzają wcześniejsze zastrzeżenia i wątpliwości, dowodzą, że teoria przewidująca pojawienie się tych trudności była słuszna i prawdopodobnie kiedyś sprawdzi się w całości, łącznie z całym czarnym scenariuszem. Zwykle wtedy jest jeszcze czas, aby się wycofać, coś zmodyfikować, poprawić lub zaprzestać. Niestety, często jednak ignorujemy tę ostatnią przestrogę i idziemy dalej. I bywa, że przekraczamy granicę krytyczną, po której nie ma już odwrotu. To tak, jakby ktoś uruchomił automatyczny zapalnik bomby zegarowej: zegar zaczyna tykać i nie da się go już zatrzymać. Dzieło zniszczenia, którego jeszcze w tej chwili nie widać, jest już jakby przesądzone.

Scenariusz jak z greckiej tragedii? Fatum? Przeznaczenie? Widać, tak było pisane? Nie. To tylko ludzka beztroska i nieodpowiedzialność, lekkomyślność i lekceważenie Bożych zasad. W greckiej tragedii katastrofy odwrócić się nie da. W chrześcijaństwie taka możliwość jest, ale do czasu. Działania naprawcze trzeba podjąć odpowiednio wcześnie. Nazywają się one: nawrócenie. Jak wskazuje sam źródłosłów: trzeba w porę zmienić kierunek swego życia, odwrócić się od zła, od siebie, swoich zamierzeń, a zwrócić ufnie ku Bogu.

Trzeba Boga posłuchać, i to odpowiednio wcześnie. Wtedy uniknie się wielu trudnych sytuacji i dramatów. Im szybciej człowiek się nawróci, tym mniejszą zapłaci cenę za swą grzeszność. Jeśli jednak się nie nawrócimy i poprzestaniemy przy swoim, wtedy zapłacimy gorzką cenę swego nieposłuszeństwa i głupoty. I tak zresztą taką cenę płacimy, ale w małym wymiarze, bo absolutną większość kosztów wziął na siebie Chrystus. Jeśli jednak uporczywie będziemy obstawali przy swoim, jeśli zamkniemy się na słowa Chrystusa, wtedy nawet On nas nie uratuje. Co gorsza: wywołamy sytuacje, które będą wielkim nieszczęściem dla ludzkości, skażemy innych, by ponosili konsekwencje naszych złych decyzji. Wpędzimy się w ślepy zaułek, z którego nie będzie wyjścia. A Bóg będzie patrzył bezsilnie, jak giniemy – na własne życzenie.