Ku dojrzałości w wierze

(153 - wrzesień - październik 2007)

Formacja permanentna

Agnieszka Salamucha

Uwagi laika
Jestem członkiem Ruchu Światło-Życie od 17 lat. Obecnie pracuję na wyższej uczelni i uczestniczę w spotkaniach grupy absolwentów, działającej przy studenckiej wspólnocie oazowej. Sądzę, że informacje te mają znacze-nie dla zrozumienia, czym jest dla mnie formacja permanentna w Ruchu i dlacze-go tak, a nie inaczej ustawiam jej priorytety. Jestem jednak przekonana, że moje przemyślenia mogą znaleźć zastosowanie w grupach przynależących do różnych gałęzi Ruchu.

„Pozdrów imiennie każdego z przyjaciół”

Specyfika wspólnoty studenckiej i absolwenckiej, w której jestem, polega na tym, że - w przeważającej większoś-ci - nie jesteśmy nigdzie na stałe. Mam tu na myśli kilka rzeczy. Po pierwsze, pochodzi-my z różnych stron Polski. Po drugie, miasto, w którym mieszkamy, nie stanowi dla nas ostatecznego miejsca po-bytu. Rynek pracy jest tu nasy-cony, a mieszkania drogie, zu-pełnie realna staje się więc perspektywa przyszłej wędrówki „za chlebem”. Po trzecie, dla wielu osób obecny etap życia jest przejściowy na drodze do małżeń-stwa, napisania doktoratu, zdobycia kwalifikacji zawodowych. Mamy zatem poczu-cie, że jesteśmy sobie dani na pewien czas, nie wiadomo jak długi. Dlatego wiele energii wkładamy w kształtowanie przyjaźni przez rozmowy, wspólne posiłki, świętowanie niedzieli, spacery, filmy, koncerty. Utrzymujemy także kontakty z tymi, którzy już wyjechali.

Dzielimy się nie tylko słowem Bożym, ale też dobrymi książkami. Niedawno moja przyjaciółka, Ania, umieściła na stronie internetowej dla artystów-amatorów fotografię przedstawiającą relacje rodzinne. Inspiracją stał się dla niej tekst z książ-ki Augustyna Pelanowskiego „Umieranie ożywiające”. Ciekawe zdjęcie to sukces Ani jako fotografika. Jest to jednak także i mój sukces, bo to ja pożyczyłam jej książkę Pelanowskiego. Ale nie zrobiłabym tego, gdyby inna Ania nie zachęciła mnie do kupna tej książki.

Generalizując, uważam, że wspólnota oazowa powinna być - o ile to możliwe - grupą przyjaciół, którzy pomagają sobie wzajemnie we wzrastaniu „ku Pełni Chrystusa” (por. Ef 4, 13). Powinno być to środowisko, które pomaga zobaczyć, że twoje i moje życie, od początku do końca, jest dziełem Boga. Prawdziwa wspólnota to grupa ludzi, których może wiele dzielić, ale ożywia ich „jeden duch i jedno serce”, jeden Boży Duch.

Podstawowa forma spotkań grupy absolwentów to dzielenie się niedzielną Ewangelią. Przy tej okazji opowiadamy też o ważnych życiowo wydarzeniach. Spotkania nie są długie, trwają nieco ponad godzinę. Wielokrotnie doświadczałam w ich trakcie, że jesteśmy ludem prorockim, kiedy przez usta siostry lub brata przemawiał do mnie Bóg, tłumacząc sens niektórych sytuacji i zdarzeń, w których uczestniczyłam.

Kiedy Bóg obłoży cię gnojem

Sądzę, że wspólnota jest najlepszym miejscem, by zobaczyć na nowo, w świetle słowa Bożego, to, co nas spotyka na co dzień, a przede wszystkim doświadczenia trudne: niepowodze-nia, poniżenie, samotność, brak nadziei, poczu-cie daremności wysiłków. Aby lepiej oddać moją myśl, posłużę się przykładem trudności związa-nych z wykonywaniem pracy zawodowej.

     Zazwyczaj środowisko pracy nie uczy znosić klęsk - uczy tylko, jak zwyciężać, odnosić sukcesy. Nikogo ze współpracowników nie interesują porażki, bezradność, kłopoty rodzinne i osobiste. Liczysz się tylko wtedy, gdy odnosisz sukcesy, jesteś „na topie”, a i wówczas musisz się zmagać z zazdrością innych. Zdobycie zdrowego dystansu do niepowodzeń odnoszonych w pracy jest rzeczą bardzo trudną. I tu przychodzi z pomocą wspólnota. Nie tylko można się w niej poczuć przygarniętym, wysłuchanym i zrozumianym, ale przede wszystkim w niej - w małym Kościele - głosi się Słowo Boże, które jest światłem dla naszego życia.

W trzecią niedzielę Wielkiego Postu 2007 odczytywana była przypowieść Jezusa o drzewie, które nie wydawało owocu. Ogrodnik, które chciał je uratować, poprosił właściciela ogrodu: „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem” (Łk 13, 8b). Podczas spotkania ktoś powiedział, że doświadczenie poniżenia, jakie stało się jego udziałem w tym czasie, przypominało mu obrzucenie gnojem. Nie jest łatwo zobaczyć w tym Boży sposób na leczenie duchowej bezpłodności. Konsystencja, zapach, pochodzenie, nie skłaniają do spontanicznego przyjmowania porcji gno-jówki jako daru. Bóg to wie. A jednak prawdopodobnie czasem nie ma innego le-karstwa...

Nasza koleżanka, która uczy muzyki w szkole prywatnej, przed Wielkanocą przeżywała konflikty z dyrekcją i zarządem szkoły. Światłem i oparciem stały się dla niej słowa z trzeciej Pieśni Sługi Jahwe, proklamowane w Niedzielę Palmową: „Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem” (Iz 50, 6b). Jeśli ktoś napluł mi w twarz - to boli, ale nie jest katastrofą. Na twarz Jezusa też ktoś napluł.

Znowu uogólniając, wszystkie klęski mogą być zwycięskie, porażki - ubogaca- jące dla wnętrza, otwierające serce na łaskę. Klęski sprawiają, że widzisz w sobie bariery, które przeszkadzają ci kochać, ale z Bożą pomocą możesz podjąć próby przekroczenia ich. Możesz burzyć zapory, blokujące rzekę miłości. Jednak w ogniu doświadczenia nie widzisz zbawiennego działania „Bożej gnojówki”. Ktoś musi ci pomóc. I po to jest właśnie wspólnota.

Wędrówki w czasie

Dorosłe życie bywa niekiedy obarczone ciężarami z przeszłości. U źródeł wyboru miejsca studiów znajduje się czasem chęć opuszczenia rodzinnego domu, mło-dzieńczy bunt i entuzjazm wobec nowości (tak stało się w moim przypadku). Kiedy mija entuzjazm i bunt, przychodzi pora na dojrzały powrót do domu rodzinnego.

Jest to niezwykle trudny moment konfrontacji ze wspomnieniami i zranienia-mi. Jedna z osób, podczas medytacji drugiego rozdziału Księgi Wyjścia, zobaczyła siebie w Mojżeszu: człowieku wychowywanym bez ojca, pozbawionym korzeni...

Ostatecznie, jak sądzę, nie chodzi o to, żeby uleczyć rany (zresztą, choć niektóre dają się uleczyć i tak pozostają po nich blizny). Z ranami trzeba żyć. Przecież rany Jezusa nigdy się nie goją, a są „jaśniejące chwałą”. Nie zawsze potrzebujemy specjalistycznej terapii, która czasem, oczywiście, bywa pomocna. Ale zawsze potrzebujemy przyjaciół, którzy nas kochają, z którymi możemy roz-mawiać o bolesnej przeszłości, i którzy są znakiem miłosiernego Ojca, prowadzą ku Niemu.

Gromadzić wokół siebie ludzi

Wspólnota oazowa nie powinna zatrzymywać na sobie - ma być pomocą w usły-szeniu głosu Boga i pełnieniu Jego woli w tym środowisku, do którego jesteśmy posłani jako prorocy.

W naszej grupie nie podejmujemy zazwyczaj wspólnych działań apostolskich. Ale wiemy, co się u kogo dzieje. Katechetka w wiejskim gimnazjum zorganizowała ewangelizację dla swoich uczniów - dziś prowadzi w szkole małą grupkę oazową. Ja organizuję ogniska i wyjazdy dla studentów. Co prawda, cieszą się one umiar-kowanym powodzeniem, ale między mną a tymi, którzy skorzystali z propozycji, nawiązały się bliskie relacje. Ktoś inny podpowiedział znajomemu małżeństwu, gdzie szukać rozwiązania pewnego problemu.

Uważam, że grupy formacji permanentnej powinny się charakteryzować atmo-sferą życzliwości, zainteresowania, przygarniania innych. Tam, gdzie jesteśmy, mamy tworzyć dom. To nie jest zadanie tylko dla rodzin. Uważam, że także miesz-kanie osoby samotnej, klasztor czy plebania mogą stać się domem, gdzie ludzie przychodzą, bo czują się wreszcie zauważeni, uszanowani, pokochani miłością Bo-żą, która jest rozlana w naszych sercach przez Ducha Świętego (Rz 5,5). Szcze-gólnie bliski jest mi obraz ko-biet konsekrowanych jako „mam dużych rodzin”, które naśladują Maryję, Matkę i wzór Kościoła, rodzącą Jezusowi dzieci z wody i z Ducha. „O Syjonie każdy powie: «Mat-ko!»” (tłumaczenie Ps 87, 5a według Septuaginty). W na-szych spotkaniach uczestniczy osoba, która nie ma za sobą drogi w naszym Ruchu, ale chce dzielić się sło-wem Bożym i dobrze się z nami czuje. Dlaczego nie?

Taka wizja wspólnot Ruchu jest dla wielu pociągająca, ale może też budzić określone oba-wy. Życie rodzinne i zawodowe niezwykle ab-sorbuje, potrzebujemy również odpoczynku i czasu na modlitwę. W wirze codziennych obo-wiązków trudno znaleźć czas i serce dla ludzi, którzy przychodzą z całym bogactwem, ale i ba-gażem swoich kłopotów. Poza tym oni przycho-dzą i odchodzą, czasem daleko, czasem łamiąc nam serce. Jak się nie zmęczyć i nie zniechęcić? Nie wiem, brak mi gotowych re-cept. Wiem tylko, że Bóg tego chce - aby gromadzić rozproszone dzieci Boże. Tak robił Jezus i pierwsi chrześcijanie. A gdzie jest prawdziwa miłość, tam jest cierpienie i walka o człowieka.

Wreszcie coś o formacji

Przepraszam czytelników, którzy dotarli do tego miejsca i myślą: „chciałem się dowiedzieć czegoś o formacji permanentnej, a tu nic”. Dla mnie trwanie w Ruchu to pewna postawa wobec Boga i ludzi, streszczona w tematach dni ORD: „świat-ło-życie”, „nowy człowiek”, „nowa wspólnota” i „nowa kultura”. Wydaje mi się, że sprawy, o których pisałam wcześniej, jakoś się do nich odnoszą. Formacja perma-nentna stanowi pomoc w kształtowaniu takiej postawy. Pamięć o tym, do Kogo należymy, świadomość bycia posłanym, odwaga w obliczu trudności i cierpienia, nadzieja, że każde Jerycho upadnie - każdy z nas musi o to walczyć. Jeżeli dana grupa tworzy sobie własny, alternatywny „światek”, gdzie można się ukryć przed życiem, które kąsa, przeszłością, która boli, i brzydkimi ludźmi, którzy myślą ina-czej niż my, to nie pomogą żadne materiały formacyjne „dla zaawansowanych”.