Misje

(186 - maj - czerwiec 2012)

Historia Ewy i Maćka

KM

Nasza wspólna historia zaczęła się w pamiętnym jubileuszowym 2000 roku, kiedy oboje znaleźliśmy się na jednych oazowych rekolekcjach jako animatorzy. Jak to często bywa w takich sytuacjach, każde z nas miało jechać gdzie indziej, ale prawie w ostatniej chwili skierowano nas właśnie na te...

Już po paru dniach okazało się, że „coś” między nami zaczęło iskrzyć, więc nie namyślając się długo postanowiliśmy umawiać się przed oficjalną pobudką na... modlitwę w kaplicy. Prosiliśmy Pana Jezusa o to, żebyśmy nie bali się zakochania, żebyśmy umieli się szanować i żeby On nas od początku prowadził. I poprowadził... do rozstania.

Pierwsze nasze rozstanie było bardziej z inicjatywy Maćka. Pierwsze, bo po kilkunastu miesiącach znów pojawił się w moim życiu na trochę. Za drugim razem to ja zdecydowałam, że są takie aspekty naszego „chodzenia ze sobą”, których nie mogę zaakceptować – głównie to, że czułam się zaniedbana emocjonalnie, nie czułam troski Maćka o to, co się u mnie dzieje, czym żyję, brakowało mi błahego odwiezienia do domu po randce, żebym nie jechała sama autobusem... Czułam, że muszę o siebie zawalczyć i wolałam postawić sprawę jasno i odejść.

Maciek jako najstarszy syn w rodzinie, a do tego zapalony naukowiec, nie był przyzwyczajony do okazywania uczuć, nie zauważał, że drobne gesty są tak bardzo potrzebne, a ja byłam jego pierwszą dziewczyną, w dodatku mnie, jako najmłodszej córce w mojej rodzinie, nie skąpiono czułości... Bardzo przeżywałam zatem te różnice między nami.

Miałam świadomość, że Maciek ma wiele cech, które bardzo mi odpowiadają, był słowny, punktualny, pracowity, nie trzeba go było gonić do nauki, za co od początku studiów dostawał stypendium, a poza tym był wierzący i wyznawał te same wartości co ja – wydawałoby się idealny kandydat na męża. Na męża może tak, ale nie na chłopaka. Wydawało się, że ta niezwykle romantyczna – bo burzliwa historia naszej znajomości tutaj właśnie się zakończy, ale oto zdarzyło się coś dla mnie nieoczekiwanego.

We wrześniu 2003 roku spotkaliśmy się przy okazji zwyczajnego oazowego dnia wspólnoty i Maciek zaczął zabiegać o spotkanie. Zapytał, czy możemy się przejść, a potem czy może do mnie zadzwonić... Nie miałam pojęcia, co mu się stało. Ja już zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że na razie jestem sama i tak będzie, a tutaj znowu Maciek! Byłam kompletnie zdezorientowana, najbardziej chyba przez to, że moja przedwakacyjna decyzja o rozstaniu nie zakładała tego, że Maciek weźmie sobie do serca moje uwagi i się zmieni. Dla mnie było to zakończenie sprawy, a okazało się, że dla niego był to tak naprawdę początek pracy nad sobą i planowania walki o mnie i o moje serce.

1 października 2003 roku nie było chyba na świecie bardziej skonsternowanej osoby niż ja, która pierwszy raz w życiu usłyszałam od chłopaka słowa „kocham Cię”. Te słowa w ustach Maćka miały taką moc i taką wagę, że prosiłam, żeby mi ich za często nie powtarzał, były zbyt ważne. Zawierało się w nich wyznanie i jednocześnie wręcz oświadczyny „jesteś dla mnie najdroższa na świecie, chcę spędzić z Tobą życie”. Ten dzień był początkiem naszej wspólnej drogi do narzeczeństwa i małżeństwa.

Maciek: Można by mnie zapytać dlaczego wybrałem właśnie Ewę. Najważniejsze było dla mnie to, że mogłem jej zaufać, dała się poznać jako osoba, która żyje według wartości chrześcijańskich, a nie tylko o nich mówi. Nie musiałem się bać, że parę lat po ślubie obudzę się rano i zastanę na stole kartkę z napisem w stylu „znudziło mi się życie z Tobą, wyjechałam szukać przygód, żegnaj”. Fascynowało mnie to, że Ewa jest tak bardzo różna ode mnie, że ma artystyczną duszę, a jednocześnie stąpa twardo stopami po ziemi. Chciałem ją poprosić, żeby zadbała o nasz dom i naszą relację, tak jak do tej pory dbała chociażby o osoby ze swojej wspólnoty.

Ewa: Jedno wiedziałam, że zależy mi na tym, żeby mój mąż był głową domu, żeby czuł się za mnie, a potem za nasze dzieci odpowiedzialny. Nie chciałam przejąć sterów (chociaż mam bardzo silną osobowość i zapędy przywódcze) dla bezpieczeństwa naszej rodziny ważne było, żeby od początku każde z nas zajęło swoje należne miejsce. Chciałam stworzyć dom, w którym każdy gość i domownik będzie czuł spokój i harmonię.

Jednym z zadań, które sobie wyznaczyłam na czas narzeczeństwa, było staranie się o wygląd. Wcześniej, muszę przyznać, bliski mi był styl trapersko-wojskowy, ukrywałam moje kobiece kształty w luźnych bojówkach, swetrach i odcieniach szarości. Teraz przyszedł czas na sukienki i bardziej dopasowane bluzki. Nie chciałam jednak ubierać się wyzywająco i często pytałam Maćka, czy w danym stroju nie działam za bardzo na jego zmysły. Zdecydowaliśmy, że to on ma pilnować granic naszej narzeczeńskiej bliskości, bo czułam, że dla mnie są one znacznie dalej. Oczywiście chcieliśmy zachować naszą czystość do ślubu (co nam się udało), dlatego kiedy przed ślubem wyjeżdżaliśmy gdzieś razem, to wynajmowaliśmy osobne pokoje.

ŚLUBUJĘ CI MIŁOŚĆ, WIERNOŚĆ I UCZCIWOŚĆ MAŁŻEŃSKĄ ORAZ ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ AŻ DO ŚMIERCI. TAK MI DOPOMÓŻ PANIE BOŻE W TRÓJCY JEDYNY I WSZYSCY ŚWIĘCI. Wezwaliśmy całe Niebo na pomoc, więc jak nam się ma nie udać wytrwać w naszym ślubowaniu?

Maciek: To, co jest nieustannie ważne dla mnie jako dla męża Ewy, jest nasza jedność, która na zewnątrz – wobec dalszej rodziny (najpierw rodziców i teściów) ma się zawsze przejawiać w stawaniu po stronie współmałżonka w przypadku jakichkolwiek konfliktów. Oboje uznaliśmy, że biblijne „opuszczenie ojca i matki” musi w naszym małżeństwie przejawiać się w przedkładaniu zdania męża/żony nad nawet najlepsze rady własnych rodziców.

Ewa: Jednym z trudniejszych zadań, z którymi wiązało się dla mnie małżeństwo, było macierzyństwo. Nie było mi łatwo przestawić się na opiekę nad dzieckiem – do tej pory nie miałam do czynienia z dziećmi, a zwłaszcza niemowlętami. Nie mogłam się oswoić z myślą, że nasze śliczne mieszkanie będzie narażone na „dewastację” przez poznającego świat nowego członka rodziny. Maciek przekonał mnie np. do zainstalowania takich karniszy, których nie da się łatwo zerwać, ale ta wizja i tak napawała mnie grozą...

Przy naszej pierworodnej córeczce Zosi (ur. 2006 r.), która urodziła się półtora roku po naszym ślubie, Maciek był dla mnie nieocenioną pomocą. Jestem mu wdzięczna szczególnie za to, że dopingował mnie, żebym nie zrezygnowała z karmienia piersią, chociaż przez pierwsze tygodnie było to dla mnie prawdziwą męczarnią. Kiedy Zosia miała 2 miesiące, zorganizował dla nas wakacje na Roztoczu, gdzie żadne z nas wcześniej nie było i jest to jeden z naszych rodzinnych wyjazdów, który wspominam najmilej.

Moim szczęściem jest to, że Maciek ma takie podejście, że mąż ma tyle zarabiać, żeby żona nie musiała pracować poza domem chyba, że dla przyjemności, bo w domu, zwłaszcza przy dzieciach jest pracy na co najmniej trzy etaty.

Dzięki temu w zupełnej wolności mogłam podjąć decyzję o rezygnacji ze studiów doktoranckich. Zdałam sobie sprawę, że każdą pracę, tak naukową, jak i zawodową może wykonać za mnie kto inny, ale naszych dzieci nikt za mnie nie urodzi. Moje powołanie jako kobiety, na tym etapie życia może się zrealizować tylko przez zrodzenie dzieci. 

Jak już załatwiłam na uczelni wszystkie formalności, okazało się, że jestem w ciąży z drugim dzieckiem. To mnie upewniło, że podjęłam słuszną decyzję.

Dopiero kiedy przywieźliśmy do domu naszego synka Leosia (ur. 2008 r.), tak naprawdę poczułam, że jesteśmy rodziną. Mimo wszelkich trudów cieszyłam się, że dane mi było odkrywać, co to znaczy być mamą i zrozumiałam, co miał na myśli mój mąż, który mówił po ślubie, że dla niego teraz zaczęła się prawdziwa formacja chrześcijańska.

Maciek: Decyzja o założeniu rodziny oznaczała dla mnie podjęcie nieustannego i codziennego wysiłku pracy nad sobą, walki z moimi słabościami i przywarami, które mogły niszczyć naszą małżeńską relację. To, co do tej pory robiłem we wspólnocie, było zaledwie namiastką formacji. W dniu ślubu z Ewą stałem się odpowiedzialny za nią i za nasze dzieci, które miały nam się urodzić, za to, żeby zarobić na dom i zapewnić poczucie bezpieczeństwa.

Cieszę się, że Ewa z wdzięcznością przyjęła to, że kiedy była w pierwszej ciąży, to „cenzurowałem” jej niektóre rozdziały poradników dla mam oczekujących dziecka, żeby nie denerwowała się niepotrzebnie – i tak miała dużo emocji.

Teraz oczekujemy narodzin naszego trzeciego dziecka. To, co tak naprawdę najbardziej nam teraz pomaga, to radość naszych dzieci, że będą miały rodzeństwo i radość pozostałych członków rodziny z tego, że chcemy mieć więcej niż dwoje dzieci. Innych rzeczy nam na razie nie potrzeba: łóżeczko, wózek, fura ubranek, zabawek i książeczek czeka od dawna.

Jesteśmy szczęśliwi, że możemy cieszyć się wsparciem licznych wielodzietnych rodzin, których życie jest dla nas świadectwem tego, że w dzisiejszych czasach „da się” wychować liczniejsze potomstwo, a dorośli już bracia i siostry są dla siebie przyjaciółmi, opiekunami, niezastąpionymi ciociami i wujkami. Przy takiej pomocy nie boimy się myśleć o dalszym powiększaniu rodziny, bo przekonujemy się, że psychiczne wsparcie jest o niebo ważniejsze niż pomoc w sprawach materialnych. Dziękujemy Wam!